Dzwon



Niewiele brakowało, a byłabym przegapiła spotkanie ze starym znajomym. Przyczyną było to samo, co zawsze w jego przypadku: od początku jakoś go lekceważyłam.
Znajomość ta zaczęła się w roku 1967. Byłam wtedy studentką Wydziału Malarstwa i Grafiki, a zarabiałam oprowadzaniem wycieczek. Delegacja twórców litewskich, z którą zwiedzałam poznańskie Muzeum Narodowe, odwdzięczyła mi się teką reprodukcji swojego najsławniejszego malarza. Tak właśnie poznałam Mikołaja Konstantego Čiurlionisa.
Niebieska teka zawierała reprodukcje jego pasteli i niektórych temper. Choć pochodziły z mojego ulubionego okresu (przełom XIX i XX wieku), wydały mi się niezbyt interesujące: przegadane i zarazem niedojrzałe, niewprawne, pełne dziecinnej prostoty i dość niewyszukanej symboliki. W młodości łatwo się wydaje werdykty! Moim ulubionym malarzem przełomu wieków był (i jest do dziś) Konrad Krzyżanowski, notabene w latach 1902–1904 profesor Čiurlionisa w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Nic dziwnego, że w zestawieniu z obrazami Krzyżanowskiego, cechującymi się pasją i charakterem, malowanymi szeroko, z celnym rozmachem, pełnymi siły i wyrazu, dzieła Čiurlionisa wydały mi się bezkrwiste. Przy Krzyżanowskim jego uczeń gasł jak świeczka i mógł wzbudzić tylko zniecierpliwienie.
A przecież z tej niebieskiej teki dochodził intrygujący szept. Zajrzałam do niej raz i drugi; a znów kiedyś porozkładałam reprodukcje na podłodze i obejrzałam wszystkie, po czym dokonałam bezlitosnej selekcji. Niektóre schowałam z powrotem, kilka powiesiłam na ścianie. Niewyraźne jak sen, zatarte, nieporadnie malowane wizje-sceny baśniowe, kosmiczne kręgi, obłoki, drzewa i anioły – przemawiały słabo i niepewnie, lecz majaczyła w nich jakaś tajemnica.
Musiałam oswajać się z nimi dość długo, nim wreszcie dostrzegłam ukryty za baśniową anegdotą cichy wdzięk; tak niekiedy po dłuższej dopiero obserwacji odkrywa się urok człowieka z pozoru nudnego, wiecznie skrępowanego i zmieszanego, nie umiejącego wyrazić się prawidłowo ani postępować w sposób zdecydowany. W jednej chwili zauważa się jego uśmiech, nagły gest, błysk spojrzenia – i budzi się porozumienie, sympatia, braterstwo.
Polubiłam Čiurlionisa. A potem z wolna mi spowszedniał. Tak w życiu bywa.
Na ścianach pracowni zawisły nowe reprodukcje. Kredowe arkusze z niebieskiej teki rozproszyły się i pogubiły. Zmieniły mi się gusta. Zmieniło się i moje życie. Ubiegło prawie 30 lat – i obrazy Čiurlionisa przyjechały do Poznania.
Przez miesiąc wisiały w Muzeum Narodowym, a ja wciąż nie mogłam się tam wybrać. Nie bardzo mnie tam ciągnęło. I właściwie nie wiem, dlaczego jednak ruszyłam tam w ostatnim dniu trwania wystawy, na dwie godziny przed zamknięciem. 
Już było pusto. W olbrzymim hallu Čiurlionis spoglądał z powiększonego do wielkich rozmiarów zdjęcia, opatrzonego biogramem – ale nie chciałam zatrzymywać się przy nim zbyt długo. W pośpiechu odnotowałam tylko, że jego oczy są pełne przestrachu. Zdziwiło mnie to. Nigdy dotąd, co prawda, nie widziałam żadnej podobizny mojego starego znajomego, ale przestrachu oczekiwałabym najmniej. Już prędzej cichej melancholii albo łagodnego rozmarzenia.
W pierwszej sali – znów zaskoczenie. Wystawę rozpoczynała spora ilość fotografii, wykonanych przez samego Čiurlionisa na Kaukazie. Niewielkie i znów jakoś dziwnie mało wyraziste, przedstawiały niebo i obłoki, skały, morze i łodzie, a wszystko w starannie zakomponowanych kadrach. A więc te przestraszone oczy także i przez obiektyw widziały świat – inaczej. Z rosnącym zaskoczeniem zagłębiałam się w spuściznę jednej ludzkiej egzystencji. Bardzo duży dorobek, jak na 35 lat życia! Przechodziłam z pustej sali do sali, za towarzystwo mając tylko panią, dozorującą wystawę, i odkrywałam nieznane mi dzieła: winiety, rysowane cienkim piórkiem (istne szaleństwo miniaturowych, koronkowych form, punkcików, kreseczek, oczek i listków, drobiazgowej plątaniny wykonanej z najzupełniej zbyteczną dokładnością). Tempery na kartonie – na wpół abstrakcyjne kompozycje, inspirowane muzyką, w zgasłych już na zawsze kolorach. Drzewa malowane lekko i swobodnie, choć delikatnie. Wdzięczne impresje na temat pór roku. Baśniowe wizje – królewny, zamki, góry i zwierzęta. Tempera „Aniołki”, przedstawiająca wybrzeże morskie ze zgromadzeniem skrzydlatych istot (ten obraz musiał chyba znać Wim Wenders!). Wszystko niejednorodne, niepotrzebnie drobiazgowe albo na odmianę niedopracowane, wszystko bez wspólnej koncepcji i organizacji, tak jakby przez całe życie ten wrażliwy człowiek ulegał ciągłym wahnieniom nastrojów i stylu. Tak jakby, pogrążony w półśnie, zrywał się niekiedy do odnotowania – z trudem i wysiłkiem, w sposób właśnie wtedy możliwy – ulotnej impresji czy wizji.
Byłam coraz bardziej zaintrygowana. Dziwne doświadczenie! Wędrowałam po wielkich, pustych salach, słysząc w zupełnej ciszy tylko stukanie obcasów kroczącej za mną dozorczyni. Razem towarzyszyłyśmy Konstantemu Čiurlionisowi w jego drodze życia. Łagodny tryptyk z widokiem Rajgrodu zatrzymał nas na dłuższą chwilę i wymieniłyśmy uśmiechy pełne uznania. Ta pani najwyraźniej dużo rozumiała.
Tak dotarłyśmy do końca ekspozycji, gdzie wisiał duży obraz olejny – jeden z nielicznych olejów pośród temper, grafik i rysunków. Przedstawiał dziwną formę, w której zrazu dopatrzyłam się głowy z lśniącym dziobem. Dopiero po chwili dostrzegłam, że obraz przedstawia bijący dzwon, widziany od dołu – niezwykłe, pełne grozy ujęcie. Dzwon został namalowany w sposób dla Čiurlionisa nietypowy – z pasją i rozmachem, szerokimi uderzeniami pędzla, na ciemnym tle, złożonym z chaotycznie splątanych pasów czerni i granatu. Podpis, umieszczony w dole płótna przez artystę, objaśniał czerwonymi literami: TRWOGA.
Na kartoniku obok – informacja: ten obraz powstał w roku 1904. Jego projekt w formie pocztówki wysłał Čiurlionis do brata w dniu 24 stycznia 1903 roku. W tym dniu rozpoczęła się wojna rosyjsko-japońska. Niedługo potem wybuchła w Rosji pierwsza rewolucja.
A więc tak się skończyły jego baśniowe wizje.
To nie przestrach był w jego oczach, lecz trwoga – pomyślałam stając na koniec w hallu, znów przed wielką fotografią portretową. Przeczytałam też biogram; Mikołaj Konstanty Čiurlionis zmarł w obłędzie, w roku 1911.
– Biedny – wyrwało mi się w momencie nagłego zawstydzenia i skruchy, a na to dozorczyni odrzekła, kiwając głową:
– Wszyscy biedni.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl