Pomoc dla wojennych dzieci
Na własne oczy widziałam w telewizji
polskiego generała, który przestrzegał, że emitowanie filmów i reportaży, ukazujących poszkodowane przez bombardowania dzieci afgańskie, może spowodować osłabienie poparcia dla amerykańskiej akcji wojennej.
Moim zdaniem, bardzo je osłabiają takie przestrogi.
W zasadzie jednak – generałowie nie są tymi akurat osobami, od których oczekuje się szczególnej wrażliwości na ludzką krzywdę, spowodowaną przez wojny. Toteż nie dziwi mnie ta wypowiedź, a jedynie oburza.
Wojna ta – miejmy nadzieję – niebawem się skończy. Zostanie po niej zapewne bardzo wiele poszkodowanych, osieroconych dzieci. Być może wtedy będzie wolno pokazywać je w telewizji, a nawet jakoś je ratować. Zawsze – dzięki Bogu – znajdują się ludzie, niosący pomoc. Co jedni zniszczą, drudzy usiłują naprawić.
W Rwandzie, po amoku wojny domowej 1994 roku, kiedy to wskutek rzezi blisko milion osób straciło życie, pozostało pół miliona sierot. ,,Prawie wszystkie widziały zwłoki pomordowanych, większość była świadkami zabijania ludzi, połowa – śmierci swoich rodziców. Misjonarze zbierali je potem po drogach i opustoszałych osadach i zachodzili w głowę, jak umożliwić im przeżycie” – napisała pani Beata Zubowicz (,,Powrót ze świata cichej śmierci”) w ,,Rzeczpospolitej” z 22 października.
Straszliwy obraz. Myśl o tym, co czuje takie dziecko, dość znacznie przekracza ludzką wytrzymałość. Co można zrobić w obliczu takiego nieszczęścia? Jeśli się jest reporterem, można o tym napisać lub nakręcić film; można i trzeba powiadomić opinię światową o tym, co istotom bezbronnym i niczemu nie winnym fundują ich naturalni opiekunowie, ludzie dorośli, ogarnięci wojennym szałem.
Jeśli człowiek nie jest reporterem, z pewnością może znaleźć inne drogi pomocy.
Zadzwoniłam do Pallotynów po informacje. I już wiem.
W roku 1996 rozpoczęto w Gdańsku akcję MAITRI – „Adopcja Serca”. W 1999 wolontariusze z MAITRI przyłączyli się do Pallotyńskiego Sekretariatu Misyjnego, tworząc jeden zespół. Do lipca 2001 polskie rodziny adoptowały 2400 dzieci z Rwandy. Obecnie sam tylko ks. Antoni Myjak z parafii Kinoni ma pod opieką 3000 (!) dzieci i pilnie poszukuje dla nich pomocy. O wielu dzieciach nie wiadomo nic – ani skąd pochodzą, ani – kim byli ich rodzice, ani – czy mają jakąś dalszą rodzinę, która mogłaby przejąć nad nimi opiekę. Wiele dzieci nie chce i nie może mówić o przeszłości. Każde z nich zostało ciężko doświadczone przez los, przeżyło wojenny koszmar, widziało gwałtowną śmierć swoich bliskich. Dzieciom tym grozi głód. Najbiedniejsze z biednych zostają przedstawione do akcji „Adopcja Serca”.
Dokonać takiej adopcji może, jak się okazuje, każdy – i osoba samotna, i rodziny, i ludzie starsi, i nawet całe klasy szkolne, składając się na utrzymanie rwandyjskiego dziecka, przydzielonego im pod opiekę. Osoba adoptująca, płacąc miesięcznie równowartość kilkunastu dolarów zapewnia adoptowanemu dziecku, aż do jego pełnoletności, wyżywienie (zresztą bardzo skromne: tygodniowa porcja żywności to mąka, fasola itp.) oraz odzież, książki i przybory szkolne, wreszcie – czesne na naukę. Daje mu też szansę na lepszy los, gdyż dzieci te są oczywiście zagrożone przez rozbój i prostytucję.
Adoptowane dziecko pozostaje w swojej ojczyźnie pod opieką misjonarzy i raczej nigdy go nie spotkamy, lecz zbliżeniu i wzajemnego poznaniu służy wymiana listów i zdjęć. Korespondencja (która może być prowadzona za pośrednictwem tłumaczy misyjnych albo w języku francuskim) jest dla tych dzieci bardzo ważna: chcą być czyjeś, bardzo potrzebują przyjaźni i zainteresowania. Raz na rok, kiedy przyjeżdżają z Afryki misjonarze, organizuje się spotkania przybranych rodziców – mogą się wtedy dowiedzieć czegoś bliższego o swoich podopiecznych.
Wygląda mi to na znacznie bardziej skuteczny sposób pomocy niż zrzucanie z samolotów na pustynię paczek z masłem fistaszkowym dla wygłodzonych dzieci.
Ktoś, kto się zdecyduje na adopcję dziecka z Rwandy może, rzecz jasna, usłyszeć od rodaka, że mamy w Polsce dość naszych własnych, polskich sierot. Mam dobrą odpowiedź na takie słowa: – A któż ci zabrania płacić i na polską, i na rwandyjską sierotę?!
Adres: ADOPCJA SERCA – Pallotyński Sekretariat Misyjny SAC, ul. Skaryszewska 12, 03-802 Warszawa, tel. (022) 756-58-50.
|