Co dobrego?
Nic dobrego. Mamy wojnę, prowadzoną w imię Boga. Powołują się na niego obie strony konfliktu. Ludzie giną też po obu stronach.
Mamy nową władzę w Polsce i w związku z tym męczy nas czkawka. Mamy perspektywę na cztery lata, wypełnione – obym się myliła! – kłamstwem i arogancją. To może być, zresztą, więcej niż cztery lata. Kto wie.
Tymczasem Redakcja „TP” życzy sobie, żebym nie zaniedbywała pisania felietonów. Ale jak tu pisywać pod programowo beztroską winietką
„Frywolitek”? To nie jest dobra winietka na takie czasy. Ale czy była dobra na jakiekolwiek inne? Prawdę mówiąc, zawsze mi trochę przeszkadzała. Bywały chwile, że ani rusz nie pasowała do bieżących wydarzeń. To właśnie wtedy nie wywiązywałam się z pisania.
Spróbuję jednak przemóc zły nastrój i złe przeczucia – i wywiązywać się, lecz jednak nie pod starą winietką. To pod tym nowym, dyskretnym i pojemnym
„F”, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, będą się odbywały nadal nasze spotkania. Tyle że niekoniecznie beztroskie. Jak się stanie coś złego, to przynajmniej sobie ponarzekam. Ale nie omieszkam Was powiadomić, gdy się zdarzy coś dobrego.
A czy się zdarzy?
– Na pewno! – mówi z przekonaniem moja Mama, patrząc na mnie krytycznie znad okularów. Leży sobie z książką w wygodnym fotelu ogrodowym, w cieple, na tarasie zalanym słońcem. Za tarasem jarzą się dalie w kolorze starego złota i październikowe marcinki w dwóch odcieniach jasnego fioletu. – Zawsze się zdarza coś dobrego. Nie łam się, tylko pisz! – cmoka z niezadowoleniem i przewraca kartkę
„Elementarza księdza Twardowskiego”. – Bierz przykład z księdza Jana, ten się nigdy nie łamie – znów zerka na mnie, po czym czyta w głos: –
„Trwoga jest mądrą nauczycielką, która mówi: Widzisz, tylko Bóg jest najważniejszy”.
– Czyj Bóg? – pytam posępnie.
A Mama kontynuuje: – „Miłość jest dla mnie świadectwem istnienia Boga. Nie wymyśliliśmy jej, była przed naszym urodzeniem”. Zastanawiam się, czy Mama wybrała te cytaty specjalnie – ale nie, niemożliwe, przecież akurat przed chwilą zwędziła mi
„Elementarz” spod ręki (jak wiadomo, najciekawsze są te książki, które ktoś inny właśnie czyta).
Przez trawnik przemyka wiewiórka – przystaje, śle mi bystre spojrzenie i znika w gałęziach świerka. Trudno się do niej nie uśmiechnąć.
(„Tymczasem życie podrzuca nam małe urocze niespodzianki, na które warto zwrócić uwagę”). Żółty listek rdestu, zarastającego taras od góry, spada lekko na stół, obok listu od profesora Andrzeja Sulikowskiego.
„Drogiej Pani przesyłam serdeczne pozdrowienia. Czytam Frywolitki i dzięki nim bardziej jeszcze niż zwykle kocham kwiaty. Bardzo proszę o polecenie naszej sesji młodym znajomym”. Dobrze! Chętnie! No, to już! – ogólnopolska konferencja naukowa z cyklu Szczecińskie Spotkania Studenckie w tym roku nosi tytuł:
„Wokół twórczości ks. Jana Twardowskiego” i odbędzie się w dniach 13–15 listopada 2001 w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego. Zgłoszenia referatów należy nadsyłać na ręce profesora Sulikowskiego. Są to naprawdę bardzo odpowiednie ręce. Kiedyś otrzymałam od profesora jego książkę –
„Świat poetycki ks. Jana Twardowskiego” (KUL, Lublin 1995) i przeczytałam ją z zajęciem i największym dla siebie pożytkiem, zakreślając mnóstwo fragmentów i stawiając mnóstwo wykrzykników na marginesach. Teraz muszę wymazywać je gumką, bo urosła mi w domu studentka polonistyki, która też by sobie chciała pozaznaczać ważne akapity. Obie uznajemy, że słusznie profesor urządza u siebie tę sesję, choć ja dałabym głowę, że najukochańszy współczesny poeta Polaków reaguje popłochem na myśl o poświęconej mu uczonej Konferencji.
– Piszesz? – pyta moja Mama od niechcenia. – Pisz sobie, pisz. Nie chcę ci przeszkadzać, ale posłuchaj:
„Nie można nie dostrzegać zła na świecie, bo ono jest bardzo groźne i ponure. Ciekawe że zło, które fascynuje, wydaje się bardziej inteligentne niż dobro. Dopiero później zło zupełnie się kompromituje i ośmiesza. Natomiast dobro, choć przemilczane, lekceważone, z biegiem lat szlachetnieje”. Mądry człowiek! – podsumowuje radykalnie Mama. – No pisz sobie, pisz.
Ale ja nie piszę. Wstaję i idę na tyły domu, gdzie mroczny brunet w kraciastej koszuli i gumiakach przez pół dnia wyrównywał ziemię spychaczem. Jakoś tam nagle ucichło – pewnie skończył już pracę i trzeba mu zapłacić.
Wychodzę zza krzaka bzu na pełne słońce, mrużę oczy. Pachnie tu świeżą ziemią. Brunet stoi obok maszyny, podwija rękawy. Właśnie przyszła jego żona z trzema synkami. Najmłodszy ma jasne włoski. Matka postawiła go na ziemi i malec depcze chwiejnie w stronę ojca. Ten pochyla się i czeka, wyciągając ręce. Podnosi dziecko, kołysze i przytula nieogoloną twarz do jego główki. Uśmiecha się. Jaki piękny uśmiech!
Zawsze się zdarza coś dobrego.
|