Książka miesiąca: opowiadania zebrane Idy Fink


Przeszły nieprzedawniony

Piotr Śliwiński



Ukazanie się zbioru opowiadań Idy Fink daje okazję do tego, by nie tylko przypomnieć tę pisarkę cenioną, choć za mało u nas znaną, ale i zastanowić się nad sposobem odbierania literatury o Holokauście. 


Autorka „Odpływającego ogrodu” nie jest wprawdzie twórczynią pokroju Benigniego (reżysera świetnego filmu „Życie jest piękne”) czy Marka Bieńczyka (autora powieści „Tworki”) i celem, jaki sobie stawia, nie jest poszukiwanie nowych, zaskakujących ujęć tematu, mimo to jej proza skłania do namysłu nad wydolnością konwencji służących do opisu zła nie mieszczącego się w żadnym opisie.

Wysłowić niepojęte
Trudna do wyobrażenia obfitość książek na temat doświadczenia Zagłady rodzi zasadniczą wątpliwość, nie będącą już jednak echem ani wersją słynnej kwestii Theodora Adorna. Dzisiaj – to „dzisiaj” jest czynnikiem ważnym – raczej nie pytamy o to, jak pisać po Holokauście, ale jak o Holokauście czytać. Jak czytać po tym wszystkim, co zostało dotąd napisane, powiedziane, a w końcu i przyswojone przez jakąś przynajmniej część opinii publicznej. Rewelatorski potencjał literatury o Zagładzie wydaje się bowiem uszczuplony, podobnie sprawa ma się ze zdolnością do wzbudzania empatii i wywierania na odbiorcę moralnego wpływu przez książki, będące głównie świadectwem, wiarygodnym zapewne, lecz nie posiadającym siły, jaką daje pisarstwu nadwyżka artyzmu, a pisarzowi – o czym pisał Czesław Miłosz w eseju „Niemoralność sztuki” – jego „chłodna, wybredna postawa”.
Oblicza bohaterów wyrwanych – przez teksty właśnie – spod władzy statystycznej wielkiej liczby, która odbierała im nie tylko życie, ale i tożsamość, na powrót się zacierają, ponieważ ludzi niewrażliwych na grozę tej jedynej w swoim rodzaju, do niczego niepodobnej historii nie da się przecież nakłonić do zmiany postawy, wrażliwi zaś mają prawo czuć się zmęczeni mnożeniem się coraz bardziej do siebie podobnych konterfektów. Stało się tak, że temat, który kneblował usta, teraz rozwiązuje język. Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że żałoba zmieniła się w emocjonalną chałturę.
Poważniej: pracę pamięci, której sens polega na rekonstrukcji twarzy bezimiennie pomordowanych, wspomaga wyjątkowo silna motywacja. Kto przeżył, musi dzielić się tym, co wie, pisarz musi pisać, a czytelnik – czytać, dlatego po prostu, że TO się zdarzyło. Trudność pojawia się na poziomie wysłowienia. Właśnie dlatego, że TO jest nadal niepojęte i niewyrażalne, nie wolno o nim milczeć, tym bardziej sprowadzić do koniunktury, znudzić się, nasycić, zmęczyć. Tylko że „nie wolno” odnoszące się do czytelnika nie oznacza, iżby pisarzowi było „wolno” na przykład chełpić się własną rolą w poznawaniu prawdy albo kreślić portret ofiary według uniwersalnej lub zużytej matrycy. Schematyzować, upraszczać, wykorzystywać przymus współczucia, grać na sentymentach i miękkim sumieniu. 
Nie wolno też zakładać, że temat gwarantuje krytyczną nietykalność. O Holokauście napisano sporo rzeczy słabych, żenująco przegadanych, czasami poczciwych, wynikających z głębokiej potrzeby, ale nierzadko niepoczciwych, będących wykwitem jakiegoś estetycznego i etycznego narcyzmu. „Obrotne w pustce języki”, parafrazując Tadeusza Różewicza, są być może przyczyną, dla której niektórzy pisarze, mający TO w swej własnej lub rodzinnej biografii, wolą milczeć lub mówić nie wprost, nie zdradzać swoich przeżyć, żeby nie zdradzić zabitych. Męczy grandilokwencja i nadprodukcja szlachetnych deklaracji, trudność, która zmieniła się w łatwość.

Przeszłość rozbita
Ida Fink, od 1957 roku mieszkająca w Izraelu, pisze po polsku. Na jej dorobek składa się powieść „Podróż” (1990) oraz zbiory opowiadań „Skrawek czasu” (1987) i „Ślady” (1996). Nie jest to, jak widać, dorobek wielki ilościowo, lecz z kilku powodów nieprzeciętnie ważki. 
Autorka przeszukuje wspomnienia, ujawniając w powściągliwy sposób dystans, jaki powstał między czasem tworzenia i czasem akcji. Nie wszystko da się odtworzyć, pamięć jest zawodna i kapryśna, kieruje się odrębną logiką, mami nas pozorami oczywistości, na to, co zdarzyło się faktycznie, nakłada warstwę hipotez i przemyśleń zrodzonych później. Nie ma bezpośredniego dostępu do przeszłości, odsłaniają się jedynie skrawki, niezwiązane w całość szczegóły, pojedyncze epizody, jak zza ściany przebijają wyrwane ze zdań słowa, twarze rysują się niewyraźnie. 
Co począć w tej sytuacji? Po pierwsze, można, jak czyni wielu pisarzy, skupić się na czynności obserwowania ruchów własnej świadomości, na opowiadaniu o tym, czego i dlaczego opowiadający nie wie. Efekty takiej strategii – nośnej, bo wplatającej się we współczesne teorie fikcyjności historii – bywają frapujące zarówno artystycznie, jak i filozoficznie, ale zdarza się również, że wywołują irytację. Świat w takim ujęciu jest bowiem zniesiony, a na plan pierwszy wysuwa się autorska persona, samolubnie wpatrzona w swe własne przeżywanie ciemności i rozpaczy. Herbertowy Orfeusz, cieszący się, że odkrył „lirykę zadumy i mroku”. 
Po drugie, można arbitralnie pominąć trudność, założyć, że uwierzytelnieniem przedstawionego świata jest ból, jaki wywołuje obcowanie z nim. Jednak w tym przypadku trzeba ten ból koniecznie zadawać, podsycać go, w końcu być może epatować okrucieństwem lub dla uniknięcia tego – mnożyć peryfrazy i odwołania do treści mieszczących się w sferze obiegowych wyobrażeń o wojnie. Wiąże się z tym groźba, że zło przeobrazi się w rodzaj atrakcji, odbieranej i definiowanej według banalnych wzorów.
 
Żywy świat opowiadania
Ida Fink postępuje, jak myślę, inaczej. Wiedząc, i wiedzy tej nie ukrywając, iż czas jest dla faktów przeszkodą nie do pokonania w stu procentach, pozwala światom swych opowiadań po swojemu żyć. Żyć, czyli zwracać uwagę zmysłowością konkretu, kusić urodą lub oryginalnością postaci, intrygować rytmem codziennych przyzwyczajeń, przemawiać pragnieniem miłości, zaciekawiać. Mimo że jej utwory są z reguły bardzo krótkie, to cechują się zaskakującym rozmachem, nieomal epicką predylekcją. Sceny rozproszone po różnych tekstach zdają się siebie szukać, jakby chciały ułożyć się w dramatyczną, chwilami zaś nieco melodramatyczną akcję. 
Weźmy opowiadanie „Rozmowa”. Żydowska rodzina ukrywa się w domu Emilii, której mąż zaginął na początku wojny. Mężczyzna ma dobrą prezencję, słowiańską, a do tego jest przystojny, kobieta wygląda źle. Między mężczyzną i Emilią wywiązuje się jakaś relacja, niezbyt to jasne, czy wymuszona przez młodą i samotną gospodynię, czy – co bardziej prawdopodobne – zrodzona z prawdziwej i wzajemnej skłonności. Zaledwie na trzech stronach zmieścił się materiał na film lub spektakl teatralny. Skąd Anna i Michał wzięli się u Emilii? Dlaczego ta ich ukrywa? Jak Anna poradzi sobie z zazdrością? Co zrobi Michał ze swym małżeńskim zobowiązaniem, tym bardziej zaś z poczuciem, że łączy go z żoną więź silniejsza niż wspólne życie – obejmujący ich razem wyrok śmierci? Kiedy odejdą od Emilii, razem, osobno – i gdzie się podzieją? 
Zastrzec trzeba, że w prozie tej nie ma ani metafizycznej, ani psychologicznej namolności, uporczywych żądań, by rozszerzać czy przenosić znaczenia epizodów poza właściwy im obszar, traktować je jak widzialny próg przepaści niezgłębionej przez oko. Nie ma też obezwładniania odbiorcy za pomocą stylu, patosu, symbolu czy wielokropków, są tylko, by tak rzec, fabularne ziarna, z których opowieść może rozwijać się w przyszłość lub, ponieważ przyszłość zabrano, w przeszłość. Powściągliwość Idy Fink, sytuowanie się na obrzeżach sceny, respekt dla konkretu i znakomite słyszenie rzeczywistości – wszystko to sprawia, że jej skromne opowiadania stoją obok twórczości najwartościowszej ostatnimi laty, Henryka Grynberga, Michała Głowińskiego, Wilhelma Dichtera, Irit Amiel. 
Przerażająca jest kolekcja śmierci i cierpień zaprezentowanych w „Odpływającym ogrodzie”, jednak zasada, której trzyma się pisarka, polega na tym, by na pierwszym miejscu stawiać zwykłość. Dopiero zobaczywszy świat ludzi takich, jak my, przeciętnych i złaknionych życia, odczujemy horror i dziką irracjonalność tego, co się z tym światem i jego mieszkańcami stało. Zagłada przestaje być skandalem, gdyż skandal dotyczy zawsze kogoś innego, jest incydentem, wyłomem. Holokaust jest zaś czymś dlatego właśnie na wskroś i na zawsze groźnym, że wdarł się i wszczepił w stosunki z normalnością. To sprawia, że nie jest kartą zamkniętą i nie dotyczy tylko Żydów, albo nie tylko Żydów w charakterze ofiar. Rozciąga się na współczesność, nie tylko jako obowiązek pamiętania, ale i jako nieprzedawnione oskarżenie skierowane przeciw ludzkiej naturze i urządzeniu społeczeństwa. 
Ida Fink, unikając relatywizowania, nie uważa szaleństwa okupacji za doświadczenie zastrzeżone dla Żydów. Jeśli zgroza śmierci ujawnia się na tle blasku życia, a życie jest wartością nadrzędną, jeśli więc ktoś rozpacza nad śmiercią, bo kocha życie i nie bez reszty zatruła go gorycz, to będzie się trzymał z dala od budowniczych hierarchii krzywd lub win. Fink mobilizuje w swych czytelnikach miłość życia, by pomóc im zrozumieć istotę gwałtu, jakim jest nienawiść. Żeby to osiągnąć, niezbędna jest wielkoduszność, prócz tego pewna doza zaufania do literatury, wiara, że (mimo ograniczeń nałożonych przez XX-wieczną teorię powieści) w czasie przeszłym da się opowiadać, że wolno próbować wniknąć w cudze myśli, wreszcie – co ważne – że niekoniecznie należy uważać czytelnika za prostaka, który nie wie, co czuć i myśleć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl