„Tula” – powieść zmarłego w grudniu 2002 Jurgisa Kunčinasa


Miłość w Wilnie 

Juliusz Kurkiewicz



Im bardziej podejrzewamy, że ta romantyczna historia jest jeszcze jedną prywatną legendą bohatera-opowiadacza, tym bardziej chcemy w nią wierzyć. Bo czy Wilno nie jest miejscem, gdzie właśnie taka historia mogłaby się wydarzyć? A jeśli nawet nie wydarzyć, to zostać opowiedziana?


Przebywający w więzieniu dla alkoholików bohater powieści Jurgisa Kunčinasa „Tula” opisuje w liście do ukochanej panoramę Wilna, którą ogląda z trzech różnych okien. Nie jest to beznamiętny, topograficzny opis, a i list nie jest takim listem, jaki zwykle przesyłają więźniowie bliskim, którzy pozostali na wolności. „Nie tak przecież pisze się z więzień, lagrów, jednostek wojskowych i łodzi podwodnych”, zauważa przytomnie narrator-bohater. Zamiast detali codziennej rutyny – opis miejsc, gdzie nietypowa para kochanków już była i gdzie dopiero zamierzała się wybrać. Z tego fragmentu w mig odczytujemy wszystkie zasadnicze wątki „Tuli”, powieści alkoholowej, powieści o wielkiej miłości, powieści antytotalitarnej, hołdu złożonego Wilnu, „świętemu miastu”.
Jurgis Kunčinas, zmarły 13 grudnia 2002 roku w wieku 55 lat, był uznawany za jednego z najwybitniejszych powojennych prozaików litewskich. Podobnie jak należący do tego samego pokolenia Ricardas Gavelis, Kunčinas nie opublikował żadnej powieści przed upadkiem komunizmu. Nim w latach 90. odniósł sukces jako prozaik („Tula” jest uznawana za jedną z najważniejszych powojennych litewskich powieści), opublikował sześć tomów poezji. 

Drogocenne źródło

„Tula”, będąc powieścią antytotalitarną, nie jest powieścią alegoryczną. Szpital i więzienie, dwie typowe metafory obecne w wielu wybitnych utworach dwudziestowiecznych pisarzy (przypomnę dzieła tak odległe jak „Kolonia karna” Kafki i „Oddział chorych na raka” Sołżenicyna), u Kunčinasa są po prostu szpitalem i więzieniem. Ich drzwi nie są szczelnie zamknięte (zawsze zostaje przepustka), ich zarządcy zachowują swoją ludzką twarz. Mieszkańcy „pijackiego więzienia” to ludzie postawieni poza oficjalnym nurtem życia: alkoholicy, bezdomni, drobni złodzieje, czyli ci, których istnienie władza najchętniej ukryłaby przed społeczeństwem. Są oni zazwyczaj „przyzwoitszymi i solidniejszymi facetami niż na tak zwanej wolności za wysokim płotem”. 
Nie chcę przez to powiedzieć, że Kunči-nas przedstawia komunistyczne Wilno lat 80. jako miejsce, gdzie dało się po ludzku żyć, wręcz przeciwnie, to presja oficjalnej polityki, bieda i beznadzieja wyrzucają na margines życia tych, o których opowiada w „Tuli”. Kunčinas powiada raczej, że człowiek nawet w najstraszniejszych warunkach i nawet wtedy, gdy odbierze mu się wszystko, co jest wymierne i materialne, zachowuje coś własnego, co nie podlega już dalszej redukcji. Miłość do Tuli, pamięć Wilna, każdego kąta Zarzecza, ożywiane frenetyczną wyobraźnią opowiadacza, stają się drogocennym źródłem, z którego można czerpać. 
Ideologia jest głupotą, bo upraszczając wizję świata do kilku napuszonych pojęć, pomija najistotniejsze potrzeby człowieka i ukrywa fakt, że ludzki żywioł jest zarazem żywiołem przyrodniczym, który nie uznaje żadnych granic. Kunčinas tłumaczył na litewski Güntera Grassa, a sądzę, że ucieszyłby się, gdyby wśród jego literackich krewniaków wymienić Rabelais’ego czy Villona. Jego niezwykłe opisy zacierają różnice między człowieczym i zwierzęcym, materialnym i duchowym. Ukochana bohatera jest „zwierzątkiem, ważką, leniwą myszą”, a on sam śledzi ją zamieniając się w nietoperza i dzięki temu uciekając nocami z więzienia. Z kolei przyroda nie w pełni jest przyrodą, przypomina raczej dekorację teatralną. Powieść Kunčinasa to pełne dygresji „notatki” z podróży, najpierw przez ubogie domy Zarzecza, wileńskie kawiarnie, gdzie (często w jednej osobie) spotykają się artyści i pijacy, potem aż na Krym. Fakt, że po kilkudziesięciu stronach narrator przypomina sobie, że jest ona o Tuli, dla Tuli i ze względu na Tulę pisaną historią miłosną, nie przeszkadza mu sportretować wiele innych kapitalnych postaci, w większości kobiecych i, nierzadko, o polskich nazwiskach. 
Stara pani Daszewska i jej trzy „rozwiązłe” córki (syn Tadek dostał obłędu po przegranej walce bokserskiej, tak się składa, że zaraz po XX Zjeździe Partii). Aurelita Bonapartowna, kochanka narratora mieszkająca z córeczką i matką, amatorka wspólnych kąpieli. Helena Brzostowska, która lubiła pić rozcieńczone wodą czerwone wino, a także słuchać (z płyt) Paderewskiego. Maryna Pieczul, autorka gobelinów, posiadaczka wybujałego temperamentu i pokaźnego garbu. Piękna niczym łania Marisz, kobieta pewnego zarozumiałego moskwianina. I wiele innych, których nazwisk narrator nie pamięta. Ta podróż, pełna miłosnych jednonocnych przygód (okazuje się, że pruderyjny Związek Radziecki był światem wolnej miłości) i groteskowych spotkań, jest też podróżą do wyroczni Boskiej Flaszy (w epopei Rabelais’ego udzieliła ona prostej rady: „pij!”), bo edukacyjne zabiegi oficjalnych czynników (szpital, więzienie...) spełzają oczywiście na niczym.

Tula i święte miasto

Tylko o Tuli opowiada narrator inaczej, ze śmiertelną powagą. Siedmiodniowa znajomość, rozpoczęta przypadkowym spotkaniem w kawiarni, okazuje się romantyczną miłością na miarę świata i na miarę czasu, w którym się rozgrywa. Bezdomny narrator, gdzie indziej występujący w roli nieprzystosowanego do życia awanturnika (ulubione łacińskie powiedzenie Mussoliniego – „żyć wśród niebezpieczeństw” – jest jego maksymą życiową), zastrzega, że nie wie już, czy Tula jest kobietą z krwi i kości, czy dziełem jego wyobraźni. „Czasem mi się wydaje, że sam ciebie, Tula, wymyśliłem” – mówi i poddaje swą opowieść romantycznej stylizacji. 
Miłość bohaterów jest miłością wbrew światu: pochodząca z „porządnego” mieszczańskiego domu Tula zostaje siłą oderwana od bohatera (najpierw ma być zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, potem wraz z rodziną przenosi się nad granicę białoruską), odrzuca kolejnych „odpowiednich” kandydatów podsuwanych przez najbliższych, w końcu zamyka się w sobie i umiera w tajemniczych okolicznościach (zostaje zamordowana?). Rodzina urządza jej bezimienny pochówek w lesie, ale bohater odnajduje prochy i zamurowuje je w podłodze dawnego mieszkania nad Wilenką, w którym spędził z nią owe siedem dni. 
Ta baśniowa niemal historia nie razi naiwnością. Im bardziej podejrzewamy, że może jest jeszcze jedną prywatną legendą bohatera-opowiadacza (choć opowiedzianą w innym niż pozostałe rejestrze), tym bardziej chcemy w nią wierzyć. Bo czy Wilno nie jest miejscem, gdzie właśnie taka historia mogłaby się wydarzyć? A jeśli nawet nie wydarzyć, to zostać opowiedziana?
Kunčinas dał temu miastu podarunek, którego nie da się przecenić. Wilno, jak Delft na obrazie Vermeera, funkcjonuje w jego powieści w podwójnej optyce, konkretnego historycznego miejsca, o polsko-litewskiej (i nie tylko) przeszłości, wyniszczonego przez kilkadziesiąt lat komunizmu, i „świętego miasta”, gdzie wieże barokowych kościołów wskazują ku niebu. „A kościoły! Kościoły są najważniejsze, zmuszają cię, żebyś podniósł głowę do góry, a w górze jest zawsze niebo – niskie, siwe, zamglone, a jednak niebo. (...) Jeżeli nawet nie zmuszały mnie do uklęknięcia i nabożnego złożenia rąk, to chociaż, jak mówię, podnosiły mój wzrok ku górze”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 7 (2797), 16 lutego 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl