Pod władzą książek

O tym, jak Lenin przestał palić  

Andrzej Rostocki



Biblioteki nie lubią odsłaniać tajemnic, szczególnie przed swoimi właścicielami. Budują w sobie tylko znany sposób przemyślny labirynt, w którym pewnie poruszałby się jedynie Borges. Książki czują się w nim jednak bardzo dobrze. Niedostępne, szybko zapominają o czułych palcach tego, któremu miały wiernie służyć. Czasami nocą, kiedy zimowe lub letnie wichry przelatują przez nieszczelne okna poruszając kartkami w ukrytych tomach – ich szelest jest jedynym świadectwem, że jeszcze istnieją.
Nigdy właściwie nie wiadomo, dlaczego na półkach książki małe stoją za tomami wielkimi. Tę niedogodność zna każdy z posiadaczy dużej biblioteki. Mimo to z niezrozumiałych powodów bardzo często składa oficjalne deklaracje, że zawsze doskonale wie, gdzie poszukiwany tom stoi. Zwykle jednak po kilkudniowych poszukiwaniach, w które włączona jest sterroryzowana rodzina, pojawia się cicha rezygnacja, opatrzona westchnieniem: „Przecież wiem, że gdzieś tu była. Ktoś musiał przenieść w inne miejsce”. I tylko najbliżsi wiedzą, że ów akt poddania poprzedzony był dzikimi atakami furii, udowadniającymi, iż prawdziwy mężczyzna zawsze walczy do końca. Dlatego tak lubi czytać „Redutę Ordona”.
Próbując przed świętami Bożego Narodzenia ostatecznie podporządkować sobie bibliotekę i pokazać, kto jest jej panem i władcą, odnalazłem w misternie budowanej przez wiele lat konstrukcji „międzypółkowej” (każdy, kto zbiera książki, doskonale wie, o czym piszę) tom „Opowiadań o Leninie” Michała Zoszczenki. Wydała go Nasza Księgarnia w roku 1970, biorąc pod uwagę osobę głównego bohatera – w niezbyt imponującym nakładzie 30 tys. egzemplarzy. Było to pierwsze i chyba ostatnie wydanie w Polsce „Opowiadań ...”, wywołały one bowiem sensację wśród inteligencji. (Jak to ciągle pięknie brzmi...) Rzuciła się ona na książkę z ogromną i nie do końca zrozumiałą dla radzieckiej ambasady zachłannością, próbując dostosować swoje moralnie zdegradowane życie do duchowego piękna emanującego z małego Włodzimierza Iljicza. Dzieło było czytane na głos na ideologicznych, towarzyskich zebraniach, organizowanych ze staropolską gościnnością w domach prywatnych. Zbliżenie się do ideału było jednak niemożliwe, gdyż Lenin był chłopcem bez skazy, a jego cnoty wręcz porażały otoczenie. A przecież nic wtedy nie wskazywało, że z tego małego, przemyślnego dziecka wyrośnie wielki wódz rewolucji. Chociaż muszę powiedzieć, że z opowiadań „Karafka”, „Szary koziołeczek”, „Opowieść o tym, jak się Lenin uczył” oraz „O tym, jak Lenin przestał palić” jasno wynikało, że malec daleko zajdzie. Już w dzieciństwie świecił przykładem, chociaż nikt nie mógł przewidzieć, że będzie to światło rewolucji – tak oślepiające, że oczy wypalało.
Jest w tym zbiorze opowiadanie, które bez nadmiernej egzaltacji mogę nazwać ukochanym. Nosi ono prosty, proletariacki tytuł „O tym, jak Leninowi podarowano rybę” (osobom nieznającym tego wspaniałego dzieła chętnie podpowiadam, że chodziło o wyjątkowo smaczną, wędzoną rybę. Prosto z wody... Zoszczenko niestety nie wyjaśnia, kiedy zdążyła się tam uwędzić). Uwielbiam tę opowieść z powodu jednego zdania, które dowodzi persyflażowych intencji Zoszczenki. Otóż osoba, która przywiozła rybę („Jest to zwykły rybak. Rewolucja postawiła go na wysokim stanowisku, by ulepszył stan przemysłu rybnego”) wyjaśnia Leninowi, dlaczego połowy są tak słabe: „Potrzebne są pieniądze na remont łodzi i na zakup sieci. Bo ryby, nie mogąc się doczekać radzieckich sieci, odpływają na wody angielskie”.
Minęły 33 lata od wydania w Polsce „Opowiadań o Leninie”. Czytając je ze wzruszeniem doceńmy to, że dzięki nim otrzymaliśmy wreszcie wyjaśnienie kryzysu polskiego rybołówstwa – bałtyckie ryby nie mogąc doczekać się polskich sieci, zmęczone i zrezygnowane, rzucają się w sieci szwedzkie, duńskie i niemieckie. Są to na szczęście sieci europejskie... 

PS. Czytelnikom, szczególnie młodszym, poruszonym przywołaniem postaci wielkiego wodza rewolucji, polecam świetny tekst Michała Głowińskiego „Stalin-czarodziej (O baśni totalitarnej)”, zamieszczony w książce „Dzień Ulissesa i inne szkice na tematy niemitologiczne” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000). Warto też przeczytać „Punkt widzenia” Michała Zoszczenki (Czytelnik, Warszawa 1985) w wyborze i z posłowiem Andrzeja Drawicza.

Andrzej Rostocki pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, autor – od 1992 r. – list bestsellerów polskiego rynku książki. Członek redakcji „Ex Librisu”, współpracownik „Notesu Wydawniczego” i „Rzeczy o Książkach” – dodatku do „Rzeczpospolitej”. Nominowany do Ikara ’96 w kategorii informacyjno-publicystycznej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl