
Pod władzą książek
Andrzej Rostocki
Profesorowi Henrykowi Markiewiczowi i jego bibliotece z serdeczną dedykacją
Nie ma z nich, poza zawodowymi sytuacjami, większego pożytku. Zajmują bardzo dużo miejsca w ciągle za małych mieszkaniach, osiada na nich niewidzialny zrazu, a potem niestety niezniszczalny kurz. W dawnych i raczej niebajkowych czasach zdobycie ich wymagało ciągłych i konsekwentnych zabiegów, dlatego przyjaźnie, najczęściej zresztą szczere, z księgarzami były czymś zupełnie naturalnym. Wtedy, trzydzieści (i więcej) lat temu pozwalały wyobraźnią przekraczać granice, pilnie strzeżone przez ludzi, psy i wymyślne urządzenia, za które konstruktorzy otrzymywali nagrody bohatera pracy socjalistycznej. Teraz jest ich zdecydowanie za dużo, brakuje wykształconych ludzi, by wykupić i przeczytać chociaż część niewielkich już nakładów. Książki, moja miłość i życiowe przekleństwo.
Udało mi się przeżyć większą część życia unikając uzależnienia się od polityki, papierosów i alkoholu. Wobec książek pozostałem bezbronny. Mają nade mną władzę absolutną. Na szczęście o tym nie wiedzą, chociaż ich chytre uśmieszki, które dostrzegam na okładkach, wskazują na pełną świadomość panowania nad kolejną podporządkowaną im istotą. Czasami zdenerwowany ich panoszeniem się w moim życiu przystępuję do radykalnej przebudowy prywatnej przestrzeni, kierowany pragnieniem wprowadzenia do niej więcej światła. Słonecznego, a nie intelektualnego. Wyczuwają moją złość i chowają się po kątach. Starają się być niewidzialne – nawet wielkie encyklopedie w twardych okładkach udają bez powodzenia książki kieszonkowe. Wzruszają mnie wówczas swoją udawaną niewinnością i podejmuję decyzję, że uporządkuję bibliotekę przy najbliższej nadarzającej się okazji. Oddychają wtedy z ulgą, wzbudzając straszliwe tumany kurzu. Wiedzą już, że są niezniszczalne.
Jestem książkowym maniakiem i nigdy tego nie ukrywałem. Ale wiem też, że należę do wielkiej, chociaż ciągle zmniejszającej się wspólnoty i z niektórymi prawdziwymi szaleńcami nie mogę się porównywać. Poznać ich łatwo nawet na ulicy po szalonych oczach i niedbałym stroju. Taki nie doje, nie dośpi, dziecku zabawki nie kupi pod choinkę, ale pieniądze na kolejną książkę chowa w bucie, na wypadek, gdyby głodująca rodzina próbowała przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu drobnych na pyszną zupkę Knorra. Opisany tak grubą kreską książkowy maniak jest wielkim marzeniem wydawców, którzy nie są w stanie pojąć, że to zmieniający się system społecznych wartości uczynił z tryskających życiem księgarń kontemplacyjne pustelnie. Czasami więcej w nich pracowników niż osób zainteresowanych kupnem nowego tytułu.
Cóż takiego jest w książkach, że trudno jest bez nich żyć ? Odpowiedź jest tak prosta, że aż wstydzę się ją wypowiedzieć. Tysiącami, a nawet milionami (przy bardzo dużych bibliotekach domowych) stron chronią nas przed nierozumnością i chaosem świata. Zapewniają poczucie bezpieczeństwa w sytuacjach, kiedy nie radzimy sobie z problemami atakującymi podstępnie i najczęściej w nocy. Raczej rzadko odwołujemy się do argumentu, że zawiera się w nich część uogólnionej mądrości świata. Być może ważniejsza jest ich fizyczna obecność obok nas, wyrażająca się w możliwości dotknięcia aksamitnej (współczesnej) bądź szorstkiej (socjalistycznej) okładki. Każda z nich ma swoją własną historię, chciałoby się nawet rzec swoją własną biografię. Rekonstruując je przyglądamy się własnemu życiu, przypominamy sobie najważniejsze jego fragmenty. Dziwimy się, że tak szybko minęło. A wreszcie, w ostatnim błysku świadomości wiemy, że one nas przeżyją.
Delikatny papier okazuje się jednak trwalszy od ludzkiego ciała.
Andrzej Rostocki pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, autor – od 1992 r. – list bestsellerów polskiego rynku książki. Członek redakcji „Ex Librisu”, współpracownik „Notesu Wydawniczego” i „Rzeczy o Książkach” – dodatku do „Rzeczpospolitej”. Nominowany do Ikara ’96 w kategorii informacyjno-publicystycznej.
|