O wielkości bez cudzysłowu
czyli cała prawda o Władysławie Stróżewskim


Jacek Filek



Chcę mówić ,,O wielkości” Władysława Stróżewskiego, opuszczając jednak cudzysłów. O tym, że będę miał okazję na ten temat mówić, dowiedziałem się przez telefon. Państwo rozumieją, cudzysłów jest w telefonie słabo widoczny. Toteż w pierwszej chwili zrozumiałem, że mówić mam o wielkości Władysława Stróżewskiego, bez cudzysłowu. 


Nie dziwiło mnie to, jestem bowiem tej wielkości jednym ze świadków. Kiedy później okazało się, że mówić mam jednak nie o wielkości Profesora, lecz o jego ,,O wielkości”, nie umiałem już tych dwóch tematów oddzielić. Będę tedy mówił o wielkości Stróżewskiego, przywołując w sukurs ,,O wielkości” Stróżewskiego.

Laboratorium „Stróża”
Zacznę od tego, że świat dzieli się na tych, którzy słuchali wykładów Stróżewskiego i tych, którzy ich nie słuchali. Szczęście w nieszczęściu tych drugich polega na tym, iż nie słuchając tych wykładów, nie wiedzą, co stracili. Należę do tych pierwszych. Więcej, te wykłady mnie ocaliły (jeżeli człowiekowi w ogóle wolno mówić o ocaleniu). Słuchałem wykładów Profesora w latach 70. To było coś bardziej niezwykłego niż wypady do Wrocławia na Grotowskiego. A na dodatek zupełnie bez jakichkolwiek dziennikarskich fanfar. Filozofia – jak wiadomo – nie jest piosenką i tak naprawdę (niech mi wybaczą wydawcy śniący o wielkich nakładach) jest dla nielicznych.
Laboratorium ,,Stróża” (naiwni sądzili, że ta ,,ksywa” to od nazwiska, bardziej wtajemniczeni wiedzieli, że idzie o Heideggerowskiego ,,strażnika bycia”) różniła od laboratorium ,,Grota” materia spektaklu. Tu zmysły mogły spać, na scenę wkraczało myślenie. Myślenie Stróżewskiego nie jest jednak pomnieniem bycia. Jest pomnieniem prawdy, dobra i piękna (no, może ze szczególnym uwzględnieniem piękna). Jest zachwyceniem się, lekko przycienionym przerażeniem. I – oczywiście – jest bezinteresowne. Nie dąży do żadnych praktycznych celów. Jest rodzajem intelektualnej adoracji, samą radością myślenia.
My, zaklęty wówczas krąg zasłuchanych, choć byliśmy młodzi, dobrze rozumieliśmy, że oto obdarowywani jesteśmy przez największy w Polsce, od czasów Ingardena, talent filozoficzny. I nie myliliśmy się. Dlaczego? Proszę posłuchać: ,,Prawdziwą wielkość spotyka się na tyle rzadko, że nie sposób pomylić się, gdy naprawdę stajemy w jej obliczu. Stajemy onieśmieleni, niekiedy porażeni nią nawet, a przecież nie czujemy się przez nią pomniejszeni. Przeciwnie – wielkość podnosi nas i bogaci samą swą obecnością. Czujemy, że dostąpiliśmy szczególnej łaski uczestnictwa w czymś niecodziennym, niezwykłym, co już na zawsze pozostawi w nas ślad. Rodzi się w nas potrzeba oddania hołdu, czci” (s. 312). Poświadczam tutaj: tak było.
Minęły lata i dzisiaj do epitetu ,,wielki” muszę dodać ,,ostatni”. Stróżewski jest ostatnim, co tak myślenie wodzi. Strach pomyśleć, co będzie, kiedy go zabraknie. Uniwersytety, które stopniowo przekształciły się w gigantyczne przedsiębiorstwa produkcyjne, taśmowo produkujące tytuły, zarówno te drukowane na wizytówkach, jak i te książkowe, zatrudniają już w tej chwili setki tysięcy pracowników ,,branży” filozoficznej. W tej sztucznie rozdętej liczbie filozoficznych pracowników autentyczne powołania muszą być czymś na tyle rzadkim, że aż podejrzanym. Filozofia stała się branżą obok innych branż, dbającą o swój branżowy interes. W tym wszystkim nie bardzo jest miejsce dla filozofa. Tutaj potrzebny jest raczej rzutki menadżer naukowej produkcji niż klasyczny myśliciel.
Truizmem jest, że żyjemy w czasach kultu techniki, ale głośno trzeba powiedzieć, iż ów kult techniki przeniknął do filozofii pod postacią kultu techniki myślenia. Specjaliści od techniki myślenia są technicznie nader sprawni, dobrze zorganizowani i dostarczają bardzo poręcznego materiału dla wzmożonej produkcji tytularnej. To oni z wolna przejmują w posiadanie tradycyjne placówki filozoficzne. Filozof, który pozostaje wierny źródłowym pytaniom, jest tu już kimś zbędnym. Najwybitniejsze jednak liceum technik myślenia nie może zastąpić szkoły filozoficznego namysłu. Najgenialniejszy nawet logotechnik nie może zastąpić Stróżewskiego. Tymczasem we wzmagającym się ,,furkocie intelektualnych motorków” (Szestow) ściszony jego głos usłyszeć coraz trudniej.

Spóźnienie Filozofa
W takim kontekście przychodzi mi rozważyć wielkość Profesora, przychodzi mi zapytać: jaki jest ,,prawdziwy Stróżewski”? ,,Prawdziwy Beethoven”, twierdzi Stróżewski, to ,,nie ten utkany z przyziemnych anegdot i plotek, choćby znajdowały potwierdzenie w jego codzienności” (s. 306–307). Nie będę jednak sobie ułatwiał i chwycę byka wprost za rogi. Oto pytanie: co znaczy spóźnienie Stróżewskiego? 
Nie da się, proszę Państwa, przemyśleć fenomenu Stróżewskiego, nie stawiając problemu jego spóźnienia. Wszyscy, którzy go podziwiali, czekali na niego i dobrze wiedzą, o co chodzi. Czekaliśmy i niezmiennie byliśmy szczęśliwi, kiedy wreszcie przychodził i roztaczał przed nami – choćby przez kwadrans – urok myślenia istotnego. Oczywiście, zdarzali się idioci, co już po dwudziestu minutach czekania rezygnowali, oczyszczając w ten sposób krąg wtajemniczanych od dusz przypadkowych.
Pytam: co znaczy spóźnienie Filozofa? Stróżewski jest masywnie spóźniony, spóźniony na wiele sposobów, spóźniony zbyt ostentacyjnie, aby mogła to być jedynie słabostka, temat do anegdot. Na ostatnim posiedzeniu Rady Instytutu Filozofii, któremu przewodniczył, spóźniwszy się doprawdy nieznacznie, rzucił coś, co mogłoby naprowadzić na pewien trop. Chodziło o Lenina. Ten podobno miał przychodzić na wszystkie zebrania przed czasem. Tak, że to on czekał na innych, a nie oni na niego. Nawet ci, co przychodzili wówczas punktualnie, musieli czuć się zażenowani i mieć wrażenie, że się spóźnili. Jednakże bycie antypodą Lenina nie tłumaczy jeszcze przypadku Stróżewskiego. Wiadomo, że Stróżewski rewolucjonistą nie jest i czasu nie popędza.
Jest on na pewno kimś, na kogo czekamy, a spóźnienie jest również cechą jego twórczości. Czy Państwo uświadamiają sobie, jak długo czekaliśmy na książki Profesora? Dzisiaj już przedsiębiorczy magister wydaje swą pracę magisterską, a książkowe wydanie doktoratu staje się niemal normą. Toteż habilitacja jest już w najgorszym wypadku trzecią książką młodego habilitanta. Tymczasem Stróżewski jeszcze w kilkanaście lat po habilitacji nie miał żadnej książki. Pierwsza ukazała się w wydawnictwie Znak, kiedy miał lat 49. Jego książki, tak jak wykłady, poprzedzone były oczekiwaniem.
Spóźnione dzieła Stróżewskiego spóźnione są również w głębszym sensie. Gnający wciąż do przodu postpostmodernista mógłby powiedzieć, że Stróżewski jedną nogą utknął w starożytności, a drugą w średniowieczu, i że wychylając się wprzód dostrzega jeszcze Hegla czy Bergsona, a z filozofów późniejszych obcuje jedynie z Ingardenem. Ze szlagierów ostatniego sezonu nie zna zaś nawet tytułów. Jest tedy w swym dziele tak samo spóźniony, jak spóźniony jest w swym życiu. Jest nie na czasie. Spóźnienie jego dzieła tłumaczy się tu spóźnieniem w jego życiu. Tymczasem: ,,Błąd biografizmu – tłumaczy Stróżewski – polega na tym, że usiłuje tłumaczyć twórczość przez życie, przez splot niekoniecznych w gruncie rzeczy przypadków, podczas gdy naprawdę życie należy rekonstruować przez twórczość” {s. 306).

Stajemy przeto przed zadaniem zrozumienia spóźnienia Stróżewskiego z głębi jego twórczości, a nie odwrotnie. Tak, Stróżewski jest spóźniony, ale spóźnienie to przynależy do samej filozofii, która się nie śpieszy. I Stróżewski się nie śpieszy. Kto się śpieszy, nieuchronnie jest źle spakowany i gubi niejedno istotne ,,zawiniątko”. Stróżewski natomiast jest w filozofii znakomicie spakowany. Zgoda, nie jest na czasie, ale to jest wybór, a nie nienadążanie. Stróżewski nie goni za nowostkami. Nie ma u niego żadnej zadyszki nowoczesnością czy ponowoczesnością. Dobrze wie, że w filozofii czas płynie wolno. Platon był tu niedawno.
Stróżewski jest spóźniony na spotkanie z nami, których zegarki się śpieszą. Zegar Stróżewskiego nie jest sztucznie przyśpieszony, nie poddaje się przyśpieszonemu tempu współczesnego świata. Za wcześnie przybiegamy my, goniący fantomy, ścigający nowości, ale krok filozofa nie jest krokiem wrotkarza. Filozof przychodzi później, jeden powiadał: ,,o zmierzchu”. Tak więc my, pośpieszni, jeśli chcemy go spotkać, musimy na niego czekać. Ja czekałem i nadal czekam. Ten zaś, komu spieszno, niech pędzi dalej.

Mowa wygłoszona na promocji książki Władysława Stróżewskiego ,,O wielkości. Szkice z filozofii człowieka”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl