Ukazuje się nowa książka o Gustawie Herlingu-Grudzińskim


Galeria cieni

Ewa Bieńkowska


Czuję się otoczony duchami moich bliskich zmarłych i wierzę, że duchy zmarłych krążą wokół każdego człowieka”.

(„Rozmowy w Dragonei”)



„Nasze stopy kurczowo lgną do ziemi kryjącej zmarłych”.

(„Dziennik pisany nocą”, 23 marca 1971)


Jak każdy starzejący się człowiek, Herling jest otoczony przede wszystkim przez zmarłych, ich liczba rośnie, wreszcie przekracza liczbę żywych. 


K.: wszechobecność i nieobecność

Zmarłą, która unosi się nad „Dziennikiem”, nad całą twórczością, jest pierwsza żona: K. – Krystyna. To nie tylko śmierć przedwczesna – samobójcza. Gdyby szło o fikcję fabularną, można by powiedzieć, że to postać wspaniale skonstruowana nowelistycznie. Jest niemal wszechobecna i nie ma jej – jak w metafizyczno-fantastycznych nowelach, które Herling szczególnie cenił; stanowi niedotykalne jądro jego życia wewnętrznego i pisarstwa. 
Długo w jego pismach było to imię zakazane. Dopiero pod sam koniec, kiedy się ujawnia, zdajemy sobie sprawę z pustki, jaka wślizgnęła się na jej miejsce. Niemota pisarza na temat osoby tak ważnej w jego życiu i której koniec był dla niego tragedią rozciągniętą na dziesięciolecia, jest już faktem dramatycznym, symbolem jego pisarskiego zamilknięcia i metaforą miejsc uczuciowo porażonych w jego egzystencji. 
Przez dziesięciolecia Herling współżyje z duchem – to niezwykłe zwierzenie pada w ostatnich latach. K., Krystyna, przez jakiś okres przychodzi do niego co noc. To miłosne obcowanie, chociaż przekazane w bardzo wstrzemięźliwej formie, przypomina poezję romantyków: cudowny i ukochany upiór nawiedza kochanka, który pozostał na ziemi i w ten sposób zagradza mu drogę do dalszego życia – do przetrwania duchowego. Czy K. istotnie odgrywała przez lata tę rolę? Uczuciowa przestrzeń wokół pisarza (sądząc z tekstów) wydaje się ogołocona, zamrożona – a przecież obok jest nowa żona, rodzą się dzieci. Możemy (jeśli to nie jest zbyt zuchwałe…) rekonstruować, kim była dla niego K., uosobienie delikatnej kobiecej urody, rozpieszczona przez nieumiarkowaną miłość mężczyzny i dlatego stawiająca światu zbyt duże żądania i szybko popadająca w rozczarowanie, w depresję; kobieta o przeczulonej wrażliwości, malarka, „topielica zieleni”, która pragnie żyć tylko pięknem, sztuką w niezwykle ciężkiej egzystencji powojennych emigrantów.
Pod jej znakiem upłynie najszczęśliwsza epoka Herlinga w Rzymie, odkrywanie poprzez nią sztuki i miast włoskich, spacery na Pincio, oszklona wieżyczka, którą wynajęli, aby mogła malować. To jej kamienne spojrzenie, które pobyt w Londynie uczyni koszmarem, spojrzenie uwewnętrznionej rozpaczy, będzie opisane w „Zjawach Saraceńskich”; to dla niej narrator wda się w upiorną londyńską aferę z wywoływaniem duchów. To może od niej będzie się ratował drugim małżeństwem. 
Podczas czytania „Dziennika pisanego nocą” intrygowała mnie nieobecność kobiet, milczenie o bliskich kobietach, tak jakby ich w ogóle nie było w przestrzeni wokół niego albo istniały zepchnięte na margines. Kobiecość pojawi się dopiero w późnych opowiadaniach (wcześniejsze też są w większości „męskie”). I w opowiadaniach zjawi się zwykle w specjalnej roli, jako ofiara. Śmierć przychodzi ze zderzenia jej daru do miłości i okrutnego porządku ziemskiego, który tę miłość musi zniszczyć. W opowiadaniach są to kobiety niezwykłe, angażujące w uczucie całą osobowość i często wyzywające śmierć. Mają upodobania malarskie, poetyckie, muzyczne; raz jest to mniszka opętana erosem, a po skazaniu na zamurowanie w celi odnajdująca w sobie wysokie talenty mistyczne. Te bohaterki na ogół nie wydają się nazbyt rzeczywiste, są może bardziej znakiem, zaświadczającym przejście przez świat ludzki nadzwyczajnego kobiecego daru namiętności. 
Dwie kobiety z opowiadań uczynił autor szczególnie przejmującymi: hrabinę Judytę, zuchwałą fałszerkę obrazów z miłości do syna – i anonimową, zamurowaną w niemocie Niemkę, która przybywa na Cmentarz Południa. Ich realność wyrywa się z krainy cieni, gdzie przebywają inne. Oczywiście, czytelnik Herlinga ma ochotę zawyrokować, że wszystkie owe bohaterki są wcieleniami, maskami K., wyrazem trwałego urzeczenia jej postacią, jej osobowością. Może to osąd pochopny, ale znakomicie organizuje lekturę całości dzieł pisarza. K. uobecnia w nich (swą nieobecnością, a potem obecnością) nagłość uczucia, jego fantastyczną energię, która karmi się nieumiarem, oscyluje między skrajnościami: absolutną akceptacją świata i absolutnym odrzuceniem świata.
Opowiadania i „Rozmowy” otwierają Herlinga bardziej niż praca nad „Dziennikiem”. Pisarz tak sobie postanowił, dziennikowi chciał przyznać inne funkcje. Czy świat „Dziennika” jest czysto męski? Jeśli przyznamy K. pierwszoplanową rolę inicjacyjną i dar wszechobecności, wrażliwość odbita w „Dzienniku pisanym nocą”, wrażliwość na sztukę, naturę, na beznadziejne sytuacje ludzkie jest tu „kobieca” (jak gdyby w duchu K.) – wywołuje „gruzełek w gardle” i łzy. Niewątpliwa twardość Herlingowa wchłania uczuciowość powściąganą w formach wyrazu, lecz o dużej skali wibracji.
 
Silone: zagadka rozszczepienia
Jednak wielkie przyjaźnie Herlinga, towarzyszące mu jak najcenniejszy składnik w życiu dojrzałym, opłakiwane z czułym porywem serca, są męskie (z ważnym wyjątkiem synowskiej przyjaźni do Lidii Ciołkoszowej). W kolejności odejścia będą to: Nicola Chiaromonte, Ignazio Silone, Kot Jeleński. I znów jego bliscy to zmarli, Herling obcuje z cieniami. 
Z dwoma pierwszymi łączą go od początku pobytu we Włoszech wybory intelektualne, walka polityczna. Ich pismo „Tempo Presente”, do którego redagowania Herling został zaproszony, wzmacnia więzi i pozwala bliżej poznać obu na zasadzie zawodowego koleżeństwa. Z „Dziennika” możemy wnioskować, że po zamknięciu pisma kontakty osobiste nie były częste, ale pisarz przyznaje, że dzięki istnieniu tych dwóch ludzi było mu łatwiej żyć we Włoszech. 
W biografii Ignazia Silonego wszystkie etapy wydają mu się znaczące, świadczące o głębi osoby. Wyniesiona z domu znajomość chłopskiej nędzy, wstąpienie do partii komunistycznej z motywacji moralnych i humanitarnych, dość szybkie zerwanie z tą partią, której charakter stanął mu wyraźnie przed oczami, niezaakceptowanie faszyzmu Mussoliniego, emigracja w Szwajcarii. Po wojnie powrót do Włoch, intelektualnie opanowanych przez komunistyczną czy komunizującą lewicę, samotność, wierność sobie, wyostrzona świadomość, czym są dwudziestowieczne totalitaryzmy. Silone, człowiek trudny, schorowany, podbija Herlinga tym, że jest „socjalistą bez partii” i „chrześcijaninem bez Kościoła”. To wrażliwość na krzywdę, na ideał braterstwa ludzkiego i wyczucie religijne, mocno zabarwione przez Nowy Testament. Dla Silonego religia to przede wszystkim coś w rodzaju moralności egzystencjalnej: szacunek dla każdej poszczególnej duszy – i zmysł nieskończoności, który musi wynikać z nieskończonego szacunku dla jednostki. 
Wielką wagę miał dla Herlinga utwór Silonego „Przygoda biednego chrześcijanina” – konfrontacja dwóch wizji religii. Z jednej strony abdykujący dobrowolnie papież Celestyn V, dawny pustelnik, z drugiej kardynał Caetani, przyszły Bonifacy VIII. Ten drugi opisuje chrześcijaństwo jako instytucję, narzuconą dyscyplinę, zasadę władzy. Jest na swój sposób mądry i niekoniecznie cyniczny – dla niego inaczej Kościół nie przetrwa. Celestyn V zdaje się wierzyć tylko w wartość sumienia i miłosierdzia: „nieśmiertelne są dusze, a nie instytucje, nie królestwa, nie armie, nie kościoły, nie narody”. (Wydania po polsku tej to właśnie książki nie życzył sobie kardynał Wyszyński). 
Wizja chrześcijaństwa u Celestyna była wyznaniem wiary Silonego – i niezmiernie ważna dla Herlinga. Wielokrotnie do niej powracał, zastanawiając się nad pontyfikatem Pawła VI i Jana Pawła II, rozmyślając pesymistycznie o możliwej w przyszłości przebudowie Kościoła. Narastająca brutalność świata współczesnego, duchowa dezorientacja produkująca ogniska zbiorowego obłędu są dla pisarza również ostrzeżeniem pod adresem Kościoła: niczego nie zwojuje, przestanie być cennym zaczynem wśród ludzi, jeśli nie wyrzeknie się nawyków instytucjonalnych, ciągle wznawianych, mimo ewolucji świata, prób organizowania się jako ziemska władza. Wpływ poglądów Silonego jest tutaj oczywisty.
13 stycznia 1980 pojawia się w „Dzienniku” dłuższa notatka o świeżo opublikowanym „Memoriale” Silonego, pisanym w okresie emigracji szwajcarskiej. (Jesteśmy mniej więcej rok po śmierci przyjaciela i mistrza Herlinga). To tekst bardzo mocny, niezwykły. Mowa w nim o kategorycznym imperatywie sumienia, o nieprzynależności do żadnej partii, a zwłaszcza o ciężkim zerwaniu z komunizmem, określanym jako „czerwony faszyzm”, o dramacie odrzucenia tej ideologii, którą* wręcz nazywa swoją „apostazją”. Warto przytoczyć fragment „Memoriału” – są tu sprawy istotne dla Herlinga.
„Przeżyłem w tym okresie kryzys straszny, lecz zbawienny. Jak pisał święty Bernard w jednej ze swych książek, są ludzie, których Bóg ściga, prześladuje, szuka, a gdy ich dopada i chwyta, zadręcza ich, rozszarpuje, gryzie, przeżuwa, połyka, trawi, i robi z nich istoty zupełnie nowe, twory całkowicie swoje; gdy myślę o cierpieniach, o niebezpieczeństwach, o błędach, o pokutach, jakie były udziałem wielu moich przyjaciół i moim, wydaje mi się, że spotkał mnie ten właśnie bolesny i uprzywilejowany los, o którym mówi święty Bernard (...). Samo znaczenie egzystencji człowieka na ziemi, samo znaczenie realności przybrało we mnie na powrót chrześcijański i boski sens, który posiadałem już we wczesnej młodości i potem zagubiłem (...). Zrozumiałem, jaka winna być najwyższa aspiracja człowieka na ziemi: stać się dobrym, uczciwym i szczerym. Moja działalność pisarska stanowiła świadectwo tej walki i tego dojrzewania wewnętrznego” (13 stycznia 1980).
Dalej znajdujemy zestawienie dwóch figur: Chrystusa i Barabasza. Dla Silonego jest to symboliczne odcięcie dobra od zła, faszyzmu i nazizmu od autentycznych ideałów socjalistycznych. W opowiadaniu polskiego pisarza „Kieł Barabasza” sytuacja jest bardziej złożona, metafizycznie splątana. Barabasz nie jest po prostu demonem w ludzkiej skórze, jest kreaturą Bożą. Jak Syn Boży jest też „synem ojca”, nieodstępnym Cieniem Jezusa...
Ale w postaci Ignazia Silonego jest również coś, co na chwilę zatrzymuje oddech czytelnika. W roku dwutysięcznym, dwadzieścia lat po tym zapisie i jeszcze za życia Herlinga, prasa włoska przyniosła informacje o nieznanej stronie życia Silonego w Szwajcarii. Szantażowany przez tajną policję Mussoliniego, Silone przez lata wysyłał do Rzymu obszerne donosy, gdzie opisywał spotkania swych antyfaszystowskich przyjaciół, analizował szczegółowo ich poglądy i osobowości, rozbierał ich strategię. Gazeta włoska przytoczyła kilka cytatów: są na wysokim poziomie intelektualnym i literackim, są pisane jak osobiste, przemyślane na własny użytek teksty. Chociaż do tylu rzeczy przywykliśmy, ogarnęło nas osłupienie. 
Są oczywiście okoliczności łagodzące: komunizujący brat, umierający we włoskim więzieniu, poczucie zagrożenia związane z własną chorobą płuc. Ale nie – tak naprawdę niczego to nie tłumaczy – u tego człowieka, z jego postawą, jego wiarą. Miałam uczucie absolutnej nieprzejrzystości ludzkiej. Rozdwojenie jaźni, jakaś straszna choroba umysłu? (Inna i paralelna do tej, na którą za stalinizmu, wedle własnego osądu, cierpiał Ważyk, tak ostro potraktowany i przez Silonego, i przez Herlinga?)* Czekaliśmy wszyscy na reakcję Herlinga, tak bezwzględnego wobec ludzi, którzy się moralnie potknęli. Reakcja nie przyszła. Pewnie była niemożliwa wobec takiego przywiązania uczuciowego, budowanego przez dziesięciolecia, wręcz utożsamienia z duchową sylwetką przyjaciela. Herling zabrał ze sobą do grobu zagadkę swoich myśli, być może nie mniej pasjonującą niż zagadka rozszczepienia Silonego.
„Wydarzenie Silone” w życiu naszego pisarza jest tak wyjątkowe (znów: wraz z ową przemilczaną stroną), że zdaje się wychodzić żywcem z literatury. Jego literatury? Chyba nie: w opowiadaniach Herlinga zło bierze w posiadanie ludzi najczęściej jak bierne ofiary (z wyjątkiem Barabasza!), perwersja moralna nie jest im bliska, raczej głucha wściekłość kogoś dogłębnie zranionego. Fantastycznej żyłki pisarza nie pociągał motyw sobowtóra – jego postacie są z jednego metalu, jak on sam. I jakim wydawał mu się Ignazio Silone, socjalista, chrześcijanin, przez pewien czas donosiciel tajnej policji. 

Chiaromonte: humanizm niemożliwy
W zespole „Tempo Presente” częstsze były kontakty z Nicolą Chiaromonte, intelektualistą z najczystszej oświeconej tradycji. Rzym stał się dla Herlinga znowu znośny, póki było możliwe spotkać tam Nicolę. Filozof, eseista, krytyk teatralny, podzielał z Polakiem obrzydzenie dla środowiskowych koterii, dla bezmyślności, amoralizmu i konformizmu lewicowej warstwy intelektualnej. Oraz wysokie wyobrażenie o właściwym „życiu zrzeszonym”, śladem ateńskiej polis. W osobie Chiaromontego Herling zbliżył się do prawdziwego filozofa kultury, krytyka ideologii, nieprzyjaciela wszelkich wariantów totalitaryzmu oraz współczesnej cywilizacji masowej, subtelnego znawcy dawnej literatury, dla którego życie duchowe było rzeczą najbardziej wymagającą i najbardziej samotną. 
W pamięci czytelnika pozostaje zdanie zamykające esej „Masowość a wyższe wartości”, które mogłoby go w całości reprezentować: „Z jaskini ludzie nie wychodzą masowo, tylko pojedynczo”. To decydujący argument przeciw zbawczym ideologiom masowym. Chiaromonte miał w postawie wobec kultury coś arystokratycznego, elitarnego – rys, którego nie spotykamy u polskiego przyjaciela. Miał również intensywność, żarliwość przeżywania problemów duchowych, śmiertelne serio wobec zadań twórcy, intelektualisty – ta cecha zbliża go do autora „Dziennika pisanego nocą”. Na wiadomość o jego śmierci w styczniu 1972 roku Herling pisze o osobistym ciosie, o pojawieniu się, prócz bólu, uczucia osobistego zagrożenia.
Wyznaje: „Byłem zakochany w jego duszy”. I opisuje styl twórczości Chiaromontego jako pisanie najwyższej próby, które realizowało jego własny ideał: „Pisać tak, by zdanie było przekazem nie tylko jasnej i swobodnej myśli, lecz nieustannego napięcia moralnego, by w słowie żył całym sobą, kto wypowiada je jako swoją długo odważaną i cierpianą prawdę – to pociągało mnie zawsze. I tak pisał Nicola”. Dla Herlinga to napięcie wewnętrzne spokrewnia włoskiego przyjaciela z Camusem, który również był w jego oczach wzorem pisarza.
„Z myślą Camusa łączyła go właśnie nienawiść do uroszczeń »globalnych« wszelkich ideologii, wiara w nieusuwalny sekret zamknięty w sercu każdego człowieka, w transcendencję człowieka wobec historii (...). Nie lubił Kafki, lecz często i chętnie powoływał się na jego refleksję, że człowiek nie może żyć bez uporczywej ufności w coś niezniszczalnego w sobie samym, bywa jednak przez całe życie nieświadomy owego niezniszczalnego «jądra» w sobie i jedną z form tej ustawicznej nieświadomości jest wiara w Boga” (18 stycznia 1976). 
Chiaromonte jego zdaniem odmawiał, jak i Camus, zamknięcia w alternatywie: albo ukorzenie się przed Historią, albo ucieczka do konfesyjnego Boga. Był to wybór humanizmu bardzo trudnego, nieomal niemożliwego. Wybór oparty w końcu na filozoficznej sprzeczności. Postawa dla wybranych, która nie może podtrzymywać w świecie żadnej wspólnoty szerszej niż ścisły krąg podobnie myślących przyjaciół. Herling musiał czuć, że ludzie nie nakarmią się tym chlebem, ale wiedział, jak dalece niezbędni są tacy wyniośli samotnicy, by nie utracić ufności w człowieka.
 
Jeleński: współdźwięk pamięci
Ale najbardziej rozdzierająca żałoba pisarza to zapewne śmierć Konstantego Jeleńskiego. Jako ważna postać pojawia się w „Dzienniku”, w okresie regularnych pobytów Herlinga w Maisons-Laffitte. Jak się zdaje, Józef Czapski zaprzyjaźnił się z młodym Jeleńskim (rocznik 1927) o wiele wcześniej, czego owocem była wymiana niezwykłych, intymnych listów, gdzie Czapski chciał trochę grać rolę mistrza życia właściwego. Mam wrażenie, że mimo pewnej różnicy wieku stosunki z Herlingiem były oparte na równości, koleżeństwie, na zachwycie starszego wobec inteligencji i wrażliwości młodszego oraz na podziwie młodszego dla pisarstwa przyjaciela. W osobie Kota zdawały się spotykać najlepsze cechy ludzkie, jak gdyby był on punktem dojścia, wykwitem tego, co cywilizacja wyprodukowała najszlachetniejszego. W notatkach nekrologicznych (bo w końcu tym jest natychmiastowa reakcja w „Dzienniku pisanym nocą”) brzmią zawsze uroczyste superlatywy, zasłużone czy niezasłużone. W zapisie Herlinga ten stopień najwyższy i tak wydaje się zbyt słaby.
„Niesamowicie inteligentny, błyskawiczny i błyskotliwy w rozpoznawaniu i przyszpilaniu rzeczy naprawdę istotnych, wprost niewiarygodnie oczytany i zadomowiony we wszystkich dziedzinach sztuki i myśli (przy żartobliwie niechętnym stosunku do »zawodowej erudycji«), naładowany energią, tak szybki w pisaniu i mówieniu, jakby nie nadążał za obrotami własnego umysłu, łakomy na »nowinki«, ale bezwzględny, gdy ocierały się o efekciarską blagę, zakochany po uszy w swoich wybranych artystach, nienawidzący kłamstwa i obłudy, wrażliwy na każdy przejaw przemocy i zniewolenia” (4 maja 1987). 
A dalej: „W naszych czasach »niemożliwego humanizmu« przyjaźń z takimi ludźmi jak Kot, pięknymi i szlachetnymi, jest szczęściem i skarbem. Skarbem, którego drogocenność trudno odmierzyć w słowach; i którego utratę opłakuje się, w milczeniu już, do końca życia” (4 maja 1987). 
To sytuacja inna niż zaprzyjaźnienie z wybitnymi Włochami. Jeleński jest Polakiem, ma bezsłowne rozumienie polskich spraw, sensu szczegółów historycznych, politycznych, literackich. Rozmowy z nim mają ten specjalny podkład współdźwięczenia, harmonii opartej na osobistych więziach, na wspomnieniach. Bardzo ważny jest fakt, że przy wszystkich różnicach środowiskowych, mieli „wspólne” dzieciństwo – Kot zna ten rodzaj krajobrazu, który na zawsze wrył się w pamięć pisarza; grobla olchowa, Ciemny Staw, obręcz Gór Świętokrzyskich są dla niego oczywistością, kształtem zapisanym na dnie oka. Jak inaczej rozmawia się z kimś takim, gdy pomostem są wrażenia, odczucia i nie wszystko musi przechodzić przez obowiązkową sieć pojęć ogólnych. 
Herling nie wspomina o podbijającej cesze Kota: zdolności do śmiechu, młodzieńczego, radosnego, bez negatywnych podszewek – śmiechu porozumienia, śmiechu niespodzianki. Zapewne nikt z jego bliskich tak nie śmiał się z Herlingiem. Pisarz również przemilcza uderzający rys zmarłego przyjaciela – nie pisze o niewiarygodnym wdzięku, w poruszaniu się, w mimice twarzy, w spojrzeniu i głosie, wdzięku, który odczuwali wszyscy, nawet ci, co spotkali się z nim jeden raz. Było w nim coś z wybrańca bogów i wielu znajomych martwiło się, że Jeleński nie chce zostać pisarzem (przy tylu darach, powiadali, jest to tylko sprawa chcenia). Związek z malarką, osobowością niecodzienną, artykuły w prasie zagranicznej, szkice w „Kulturze”, których wybór wyszedł pt. „Zbiegi okoliczności”, wystarczały mu jako własny udział czy bliskie towarzyszenie twórczości innych. Przypomnijmy jeszcze szaloną akcję, jaką Jeleński przedsięwziął na rzecz Gombrowicza i spopularyzowania jego książek we Francji. Ci, co znali go bliżej – więc i Herling-Grudziński – wiedzieli jeszcze o czymś: o jego dziwnej dobroci i skromności.
Notatka z 4 maja 1987 zaczyna się tak: „Umarł Kot. 
Ból prawdziwy i zastygający już na zawsze ból, odezwie się później, utrwali go, a nie złagodzi czas. Najpierw jest drętwota, jak po fizycznym zranieniu. I oszołomienie, niedowierzanie, z domieszką paniki. Paryż bez Kota? Nasz polski tutaj świat bez Kota? Odszedł naprawdę? Nie, to niemożliwe! Obraz czarnej dziury, suchy skurcz w gardle, gęsta ciemność za oknem, martwa cisza delle piccole ore, małych godzin między północą i świtem. Zakłócona o tej porze tylko szarpaniną bezdomnych kotów w krzewach na murze sąsiedniego domu.
Z czarnej dziury oszołomienia, niedowierzania, wydobywa się Kot, jakiego muszę odcisnąć w pamięci, zanim pokryje go cmentarna ziemia w Saint-Dye nad Loarą, nad tą Loarą, która na przedwieczornym spacerze przed kilku laty przypomniała nam ojczyste rzeki odgłosami pohukiwań i prostymi słupami dymów na tamtym brzegu. Byłem wtedy na jego przyszłym grobie, pokazał mi go z pogodnym uśmiechem i krótkim: »Tu będę leżał«. Nie znosił sentymentalno-dramatycznych tonów, brzydził się nimi po rycersku, miał nie wyznany nigdy głośno, lecz surowo przestrzegany kodeks indywidualnego męstwa. Pod tym pancerzem biło gorące i czułe serce”.
Wokół starzejącego się pisarza żałoba się zagęszcza. Wierzymy mu, że pośród tych strat strata Jeleńskiego była najboleśniejsza, uderzała i w związki z jego przeszłością, i w teraźniejszość emigracyjną. Jak dalej żyć bez takiego rozmówcy, bez tego kontaktu, natychmiastowego, lekkiego, pełnego dobroci? Bez człowieka, który myślał szybciej (i szerzej) od partnera, ale w żadnej mierze nie przytłaczał go swoją lotnością. Trzeba jednak zauważyć, że „Dziennik pisany nocą”, tak gęsto wypełniony bliskimi – i dalszymi – zmarłymi, nie jest dziełem elegijnym, nasyconym bólem i żałobą po stratach (dotyczy to nie tylko osób, lecz i miejsc, i czasów minionych: miejsc, czasów dzieciństwa i młodości). Pisarz przywołuje ich w ten sposób, jakby ciągle żyli przed jego oczami, jakby ich ciągle słyszał i cieszył się wspólnie przeżytymi momentami. Jest ból – ale z jednym wyjątkiem: K. – nie ma groźnego dla żywych czaru nekrofilii. 
Teraz do najbliższych doszedł Kot. Jest rok 1987 – niedobre lata dla Herlinga, samotność. Ale my już wiemy (jak przy powtórnej lekturze epickiej opowieści), że na widnokręgu jest rok 1989, przemiany w Polsce, w Europie Wschodniej – i nowe szczęście Herlinga: powroty wśród entuzjazmu i wdzięczności polskich czytelników.

Ewa Bieńkowska


* Herling opisuje spotkanie w Rzymie Silonego z Adamem Ważykiem, podczas którego ten ostatni nazwał swój akces do komunizmu chorobą umysłową. Silone był oburzony takim (lekkim?) stawianiem sprawy, Herling podziela to zgorszenie. Jest to daleko posunięta – na rzecz przyjaciela – niekonsekwencja w jego zwykłej postawie. Z przejęciem mówi o tragedii zerwania Silonego – dlaczego? – skoro chodzi o zerwanie z „czerwonym faszyzmem”. Na początku lat trzydziestych, gdy angażował się pisarz włoski, syn wsi w Abruzzach, być może oblicze komunizmu nie było jeszcze tak jawne. Natomiast w latach czterdziestych, gdy angażował się Polak? Nie mówiąc o konformizmie i strachu, ideologiczna choroba umysłowa nie jest tak daleko…

EWA BIEŃKOWSKA jest eseistką, historykiem idei i tłumaczką, należy do zespołu redakcyjnego „Zeszytów Literackich”, współpracuje ze „Znakiem”, „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”, wykłada na Uniwersytecie Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, stale mieszka w Wersalu pod Paryżem. Debiutowała książką „Dwie twarze losu. Nietzsche – Norwid” (1975), ostatnio wydała „Spór o dziedzictwo europejskie” (1999, wydawnictwo W.A.B.) i „Co mówią kamienie Wenecji” (1999, wydawnictwo słowo / obraz terytoria).
Książka „Pisarz i los. O twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego”, z której pochodzi powyższy fragment, ukaże się wkrótce nakładem „Zeszytów Literackich”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl