Wiersze w Legnicy


 
„Otwieramy okna i słuchamy poezji”

  Aleksandra Lipczak



Na festiwal literacki Port Legnica przyjeżdża co roku blisko 300 osób (tyle, ilu jest przeciętnie nabywców tomiku poetyckiego). Oznacza to, że prawie każdy czytelnik współczesnej polskiej poezji powinien spędzić pierwszy jesienny weekend w Legnicy. Większość Portowiczów to młodzi ludzie. Często jadą przez pół Polski, aby posłuchać i zobaczyć poetyckich idoli.



300 osób na widowni plus pół tysiąca śledzących festiwal w internecie. Kilkunastu autorów na scenie plus kilku na widowni. Po każdym spotkaniu internetowy czat z poetami. Można kupić zestaw zdjęć autorów albo ściągnąć pliki MP3 z nagraniami z wcześniejszych wieczorów. Miejscowe gazety piszą o „święcie literatury”, Artur Burszta, szef Biura Literackiego organizującego Port, przekonuje, że „to impreza dla tych, którzy wierzą w potęgę słowa”. 
Wierzą więc chyba głównie licealiści i studenci. Najczęściej piszą sami, czasem tłumaczą. Dowiedzieli się o Porcie z prasy, telewizyjnego „Pegaza” albo internetu. Niektórzy przyjechali z jasno określonym celem: zaprezentować swoje wiersze i siebie. Innych przyciągają poeci związani z festiwalem: przeczytali wszystkie tomiki Marcina Świetlickiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego albo Adama Wiedemanna i teraz chcą ich zobaczyć „na żywo”. Bohdan Zadura, poeta obecny na Porcie co roku, pyta retorycznie – jeśli nie młodzi, to kto? 

Fort zdobyty

Pierwsze skojarzenia z Legnicą to bitwa z Tatarami w 1241 r., miejsce stacjonowania garnizonu Armii Czerwonej i huta miedzi. Artur Burszta przyjechał tu 7 lat temu („ciągle nie mam stałego zameldowania”) na zaproszenie dyrektora legnickiego teatru im. Heleny Modrzejewskiej Jacka Głomba. Wcześniej, po obu stronach granicy, organizował spotkania młodych pisarzy z Polski i Niemiec. W Legnicy postanowił zorganizować kolejne. Do Niemców i Polaków dołączyli Czesi. Powstał spektakl oparty na tekstach zaproszonych autorów. 
– Na premierę przyszło 200 osób. Gdyby nie zjawiło się tylu legniczan, może nie byłoby ciągu dalszego – cyklu comiesięcznych spotkań z pisarzami pod hasłem „barbarzyńcy i nie” – zastanawia się Burszta. W organizację zaangażowały się teatr i biblioteka wojewódzka. Odbyło się 30 spotkań w Legnicy, Lubinie, Polkowicach. – W maju 1997, oglądając z Andrzejem Sosnowskim i Bohdanem Zadurą programy telewizyjne o kolejnych odcinkach cyklu „barbarzyńcy i nie” wpadliśmy na pomysł festiwalu – Fortu Legnica. 
Między kolejnymi festiwalami odbyło się ponad 100 wieczorów autorskich, od 1998 r. także w miastach Kotliny Kłodzkiej. Ukazało się 50 wydawnictw, tylu też było „fortecznych” autorów. W 1999 r. scena teatru, na której odbywał się Fort, ledwo wytrzymała napór 300 osób. „Fort został zdobyty” – stwierdził Burszta. Narodził się Port Legnica oraz organizujące go Biuro Literackie – jednoosobowa firma, mieszcząca się na czterech metrach kwadratowych sypialni państwa Bursztów, który twierdzi, że śpi z żoną na książkach... 
Biuro wydaje też książki, płyty i kwartalnik „Dziennik Portowy”, organizuje wieczory autorskie (było ich już 200), koncerty i spektakle. Dzięki współpracy z British Council promuje literaturę brytyjską, m.in. zapraszając na festiwale takich poetów, jak Mark Ford czy Stephen Romer.

Bez zasuszonych liści

Na scenie legnickiego teatru Tomasz Majeran i Adam Wiedemann prowokują, głównie do śmiechu, wierszami o kotach i innych zwierzętach. „Prosimy obrońców zwierząt o opuszczenie sali”... Nad głowami autorów wiszą drabiny, pod nogami plażowy piasek, poeci siedzą przy stole w rogu sceny. Są starsi niż większość widzów, zajmujących podpisane fotele (wykup miejsc to sposób teatru na dziurę budżetową). Dziewczyny chrupią pestki słonecznika, ktoś pije piwo z butelki zawiniętej w papier. Od młodzieżowego tła odcinają się siwe głowy poetów oraz kilku legnickich VIP-ów i nauczycieli. 
– Wydawało mi się, że na spotkania będą przychodzić właśnie nauczyciele i bibliotekarze, ale od początku dominuje młodzież – mówi Artur Burszta. – Te prezentacje to chyba jakaś przeciwwaga dla tego, co słyszeli na lekcjach polskiego. Przyjeżdżają poeci – zwykli ludzie. Nie ma świec ani natchnionych wieszczów w rozpiętych koszulach.
– Byłam dzieckiem, które czytało wiersze Zbigniewa Herberta i ks. Jana Twardowskiego – wspomina Ola z Legnicy, studentka krakowskiej polonistyki i filologii chorwackiej. – Pierwszy raz zetknęłam się z innym rodzajem pisania – poezją hermetyczną. Byłam zdezorientowana, ale zaczęłam dużo czytać, wręcz pochłaniać.
W ciągu dwóch dni ostatniego wydania Portu przez scenę przewinęło się kilkunastu twórców: nominowany do tegorocznej Nagrody Nike Marcin Świetlicki, ale też uczeń liceum Tobiasz Melanowski. W sumie siedem (podwójnych!) prezentacji, do tego konkurs poetycki oraz seria wydarzeń dla wielbicieli Świetlickiego: wystawa jego rysunków, koncert nowego zespołu „Czarne Ciasteczka” i improwizacja „Anioł Pański”. W Porcie uczestniczy się intensywnie, spotkania dzieli jedynie 20 minut przerwy.
– O Porcie słyszałem od dawna – mówi Piotr, student anglistyki z Krakowa, który pierwszy tomik wierszy wydał jako 17-latek. – Czytałem recenzje z kolejnych edycji, niedawno odkryłem stronę internetową Biura Literackiego współpracującego z większością twórców, których szanuję. Chciałem ich zobaczyć na scenie albo po prostu pijących piwo. Nawet w Krakowie trudno o tylu uznanych autorów na raz. 
Podobnie myśli Ola: – Zgromadzić dwudziestu poetów tej klasy, to jest coś. Ale czasami wydaje mi się, że to ich prywatna impreza towarzyska. 
Biuro Literackie współpracuje z ponad 30 autorami, wydając książki i dbając o ich sprzedaż. Większość z nich to twórcy tzw. „średniego pokolenia”, z odchyleniami wiekowymi w obie strony: Wojciech Bonowicz, Krystyna Miłobędzka, Krzysztof Siwczyk, Piotr Sommer, Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Adam Wiedemann, Bohdan Zadura. Co roku wydaje się dziesięć nowych książek. 
Artur Burszta: – Prawie każdy ma szansę na wydanie tomiku: i siedemnastoletni Tobiasz Melanowski, i uznany poeta, jak Bogusław Kierc. 
Zamieszczona na stronie internetowej Biura Literackiego lista osób, które nadesłały swoje wiersze, zmienia się co kilka dni. Po festiwalu trafia też na nią nazwisko Piotra. Artur Burszta przyznaje, że przegląda rocznie około 200-300 maszynopisów, czyli 3-5 tygodniowo. Łowi perełki, takie jak Anna Podczaszy. 
– Jestem produktem ubocznym działań Artura – mówi poetka, nauczycielka języka angielskiego w legnickim Kolegium Języków Obcych, której zbiór „danc” nominowano do zeszłorocznej Nagrody Nike. – Zaczęłam przychodzić na spotkania autorskie z cyklu „barbarzyńcy i nie” i to mnie, między innymi, zachęciło do pisania. 
Artur Burszta: – Siadała gdzieś z tyłu, czasem zadawała pytania. Przez przypadek znalazłem jej wiersze w prasie literackiej, były bardzo dobre, więc zadzwoniłem i zaproponowałem wydanie. Ona pokazuje, że w legnickim Porcie można znaleźć talent. 
Anna Podczaszy pracuje nad nową książką, której premiera odbędzie się podczas przyszłorocznego Portu (planowany jest na koniec kwietnia). Jej zdaniem Burszta umie zarazić innych entuzjazmem. To dlatego Port przyciąga ludzi.

Pisać każdy może

Bartek i Ewa siedzą na murku obok teatru. Mają karimaty, plecaki i zmęczone twarze. Jeszcze nie wiedzą, gdzie będą spać. Przyjechali stopem z Lublina. Bartek, animator kultury i student zarządzania edukacją, zorganizował tam ogólnopolski konkurs „Konfrontacje Poetyckie”, w którym wzięło udział prawie 100 osób. Wiersze publikował w „Kresach”, „Toposie” i „Exlibrisie”. Jest uczestnikiem legnickiego konkursu „Pisać każdy może”. 
Na prowizorycznej scenie przed teatrem zaprezentowało się 15 autorów – zagłuszanych przez orkiestrę dętą, śpiew Andrei Boccellego i inne odgłosy festynu na legnickim rynku. „Halo, otwieramy okna i słuchamy poezji!” – nawoływał ze sceny Artur Burszta. „Dostałem rozliczenie z hurtowni, sprzedały się trzy egzemplarze” – opowiadał o debiucie książkowym jeden z autorów. Inny kokietował publiczność wołając „Kocham was!” – bo to do widzów należała decyzja, który z młodych poetów wystąpi za dwie godziny na prawdziwej scenie teatralnej. Najwięcej głosów zdobył technik budowlany z Olkusza Sławomir Elsner: „jeżeli sądzisz, / że jesteś Van Goghiem / lecz twoje słoneczniki / łuska się lub praży; / nie próbuj malować autoportretu: / musiałbyś oszaleć / i obciąć sobie ucho
Jeśli ktoś postrzegał Port jako imprezę hermetyczną, po tych występach musiałby zmienić zdanie.

Najważniejszy jest autor

Festiwal zmienia się. Nie ma już tylu dodatkowych atrakcji i widowisk. Jedyną tegoroczną sensacją był „Anioł Pański” Marcina Świetlickiego, gdy poeta przyjmował czytelników w konfesjonale. „Czy nie jest to zbyt kabotyński pomysł?” – niepokoił się uczestnik internetowego czatu z Arturem Bursztą. Publiczność portowa dojrzała, a wraz z nią festiwal. Od dwóch lat nie „zdobywa się” Fortu, ale „zawija” do Portu. Nie ma już wieczorów autorskich w konwencji techno ani spotkań u fryzjera.
– Widowiskowość Fortu wynikała z potrzeby chwili – tłumaczy Burszta. – Spotkania odbywały się w teatrze, więc zaczęliśmy wykorzystywać dobrodziejstwa sceny i rekwizytorni. Bohdan Zadura smażył naleśniki, a Tadeusz Pióro i Andrzej Sosnowski siedzieli w barze obsługiwani przez Darka Foksa – kelnera. Taka oprawa bardzo pomogła w przyciągnięciu i wychowaniu odbiorców. Kolejnym prezentacjom brakowało jednak świeżości i porzuciliśmy tę konwencję. Teraz publiczność nie oczekuje już specjalnych zachęt. Najważniejszy jest autor i nowa książka, nie widowisko.
– Spotkania odbywały się w hallu teatru albo na scenie, gdzie były ławki dla publiczności – wspomina atmosferę Fortu Ola z Legnicy. – Siedziało się w tłoku i duchocie, poeci na dodatek palili. Adam Wiedemann wcielał się w rolę klakiera. Zacierała się granica między widownią i występującymi. Teraz mi tego brakuje, robi się coraz nudniej.
– Mnie formuła Portu odpowiada – przekonuje Piotr, który po występie w ramach konkursu „Pisać każdy może”, w czasie prezentacji już uznanych poetów rzucił na scenę kwiaty dla Tkaczyszyna-Dyckiego. – Testem dla poezji jest jej słuchanie. Port stwarza wyjątkową okazję, żeby dowiedzieć się, czego warto posłuchać.
W czasie tegorocznego Portu pojawiło się dziesięć nowych wydawnictw Biura, m.in.: tomy Marcina Sendeckiego, Dariusza Sośnickiego, Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Bohdana Zadury oraz wybór poezji Marcina Świetlickiego.

Będą nam stawiać pomniki

Artur Burszta witał ze sceny tych, którzy przyjechali z zagranicy i tych, co mieszkają za rogiem. Tych ostatnich było wyjątkowo mało. – Port przerósł Legnicę, trochę dusi się w tym miejscu – przyznaje Burszta. Biuro Literackie zamierza jednak wychować nową publiczność: – Od stycznia planujemy rozpocząć w Legnicy 3-letni projekt edukacyjny – cykl spotkań z autorami portowymi: trzy prezentacje w miesiącu, w tym dwie w szkołach. Lubię szkolne spotkania, bo przychodzi na nie sporo przypadkowych osób, które można czymś zaskoczyć, „przekabacić”. Potem tworzy się z nich wierna publiczność. Tak jak w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie na spotkanie przychodzi nawet 120 osób. Kilka lat temu tak zaczynaliśmy w Legnicy. Tyle że grupa młodych ludzi wychowana przez Fort, poprzednik Portu, podrosła i wyjechała. 
Nie wyjechała Agnieszka, studentka zarządzania, bo uważa, że w mniejszym mieście łatwiej zrealizować pomysły. Pomagała przy organizacji Portu, w kwietniu była na warsztatach literackich Biura Literackiego: – Spotkałam ludzi z całej Polski: debiutantów i takich, którzy wydali już książki. Nauczyłam się przede wszystkim cierpliwości w pracy nad wierszem. I poznałam Tkaczyszyna-Dyckiego, z którym później korespondowałam na temat mojego pisania.
Artur Burszta: – Zadura, Tkaczyszyn-Dycki i ja próbowaliśmy sprowadzić uczestników warsztatów na ziemię. Uświadomić, że będą pisali dla 10, 20 osób. Chyba się nie udało, skoro połowa przyjechała na festiwal. 
Na pytanie internauty: „Czy ma pan pomysł, jak zarazić ludzkość poezją?” Burszta odpowiedział: „Tak, realizuję go od 1996 roku”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl