
Juli Zeh – nowe odkrycie literatury niemieckiej
Tęsknota za anielskością
Katarzyna Zimmerer
Jej debiut w 2000 roku krytyka niemiecka okrzyknęła jednomyślnie sensacją sezonu. Chwalono ją za talent, umiejętność budowania napięcia, precyzję konstrukcji, poetyckie metafory, a przede wszystkim za niespotykaną u 26-letniej kobiety dojrzałość.
– Trochę przesadzili – mówi dziś z rozbrajającym uśmiechem Juli Zeh, autorka powieści „Anioł i orły”. – Z perspektywy widzę niedociągnięcia tej książki. Nie jestem też wyjątkiem. Ostatnio pojawiło się w Niemczech sporo pisarek poniżej trzydziestego roku życia. To, co piszą, krąży zazwyczaj wokół tych samych, dość osobistych tematów – rodzice, studia, problemy ze znajomymi i z dojrzewaniem. Udało mi się wyjść poza teren prywatnych doświadczeń, co sprawiło, że moja powieść uznana została za dojrzałą, choć moim zdaniem jest nieco zbyt chaotyczna.
Wyróżniona kilkoma prestiżowymi nagrodami książka Juli Zeh łączy cechy politycznego thrillera, powieści społeczno-obyczajowej i melodramatu. Jej akcja toczy się w Niemczech, Austrii, Włoszech i byłej Jugosławii, wśród prawników i polityków z organizacji międzynarodowych, porażająco blisko związanych ze światem handlarzy narkotyków. „Jeśli to się wyda – mówi jeden z jej bohaterów – skończy się twoja ukochana Unia Europejska, a Bałkany sięgną nagle Atlantyku”. „Anioł i orły” to pełna goryczy krytyka dzisiejszych czasów i wydarzeń z pierwszych stron gazet. Autorka dobrze wie, o czym pisze. Studiowała prawo międzynarodowe, a w nagrodę za świetnie zdany egzamin końcowy odbyła półroczną praktykę w ONZ.
– Przychodzisz na uniwersytet jako idealista – mówi. – Chodzisz na wykłady o prawach człowieka i zdaje ci się, że możesz uratować świat. A potem stykasz się z praktyką i wszystkie twoje idealne wyobrażenia rozpadają się, bo nagle zaczynasz rozumieć, że przy pomocy tych samych instrumentów prawnych możesz zarówno ratować, jak i krzywdzić ludzi. To odkrycie było dla mnie prawdziwym szokiem, ponieważ przyzwyczaiłam się traktować prawo jako rodzaj religii czy posłannictwa moralnego.
Nauka pisania
Urodziła się w 1974 roku w Bonn. Rozpoczęła studia na renomowanym uniwersytecie w Passau, konserwatywnym miasteczku bawarskim. Właśnie przechodziła fazę anarchistyczną, nosiła zbyt duże kurtki, pomarańczowe dredy i po kilka kolczyków w każdym uchu. Nie ruszała się nigdzie bez ogromnego psa imieniem Othello. Tymczasem „prawnicy nigdy nie są prawdziwymi studentami, już w pierwszym semestrze mówią do siebie per »kolego« i są zawsze dobrze ubrani, bo każdy dzień oznaczać może rozmowę kwalifikacyjną” – jak napisała w swojej powieści.
– Rzucałam się w oczy, budząc początkowo nieufność. Nie przeszkadzało mi to, bo w tym czasie zajęta byłam przede wszystkim sobą, a poza tym udało mi się znaleźć dwie koleżanki równie niezależne jak ja – wspomina. – Na szczęście sporo umiałam, więc szybko zapomniano o tym, jak wyglądam i nauczono się szanować mnie za wiedzę.
Pisze od dziecka. Równolegle ze studiami prawa ukończyła Niemiecki Instytut Literatury w Lipsku, dokąd się przeprowadziła. Według niej nauka pisania jest podobna do nauki komponowania czy malowania: można nauczyć się pewnych koniecznych technik, metod i zasad, by używać ich później w świadomym procesie twórczym. Jeśli studenci są komunikatywni i ciekawi opinii innych, jeśli gotowi są na dyskusję i krytykę, wówczas prowadzone pod okiem doświadczonych wykładowców seminaria, na których przedstawia się własne teksty, mogą wiele nauczyć.
Duża część „Anioła i orłów” powstawała przez prawie dwa lata jako zapis nie związanych ze sobą scen, pozbawionych jednolitej fabuły i głównych bohaterów. W końcu jednak zaczęły się konkretyzować pewne punkty ciężkości, a akcja skupiła się wokół poszczególnych postaci. W ostatniej fazie pracy nad książką Juli, która w tym czasie studiowała w Krakowie, porządkowała swoje zapiski i nadawała im spójny kształt.
Kraków i inne podróże
Kraków pojawił się w jej życiu przez przypadek. Nie miała żadnych planów na Sylwestra 1998 roku, a słyszała, że tej nocy wiele się tu dzieje. Przyjechała na trzy dni i od razu zakochała się w tym mieście. Choć dużo podróżowała po świecie, nigdy wcześniej nie przeżyła tak silnej fascynacji obcym miejscem. Postanowiła spędzić jeden semestr na Uniwersytecie Jagiellońskim; z semestru zrobiło się osiem miesięcy, a Juli nauczyła się w tym czasie całkiem nieźle polskiego.
– Może to zabrzmi absurdalnie, ale czasem czuję się w Krakowie bardziej w domu, niż gdzie indziej, choć to dość zamknięte wobec obcych miasto, więc trzeba się namęczyć, zanim się do niego przeniknie, co zresztą chyba nigdy się w pełni nie udaje. Jeśli jednak zadasz sobie trochę trudu i poznasz ludzi, to kontakty z nimi będą znacznie bliższe niż gdziekolwiek indziej. Mam wrażenie, że krakowianie prowadzą zazwyczaj szczere i poważne rozmowy na poważne tematy, nie spowijając każdej wypowiedzi w zasłonę ironii, żartu czy dystansu.
Twierdzi, że studia prawnicze miały ogromny wpływ na jej pisarstwo, bowiem specjalizacja w prawie międzynarodowym umożliwiła jej podróżowanie po całym niemal świecie. Dzięki temu Juli odwiedziła już większość krajów europejskich, USA, Kanadę i Japonię, a w tej chwili odbywa dwumiesięczny staż w niemieckiej ambasadzie w Zagrzebiu.
– Te podróże były szalenie inspirujące, bo dzięki nim miałam okazję wyrwać się z codziennych przyzwyczajeń. Spotkałam ludzi, których nigdy bym nie spotkała i zetknęłam się ze sprawami, których nigdy bym inaczej nie poznała. Poza tym prawo w sposób bardzo intensywny zajmuje się językiem, wielorakim znaczeniem każdego słowa zależnym od kontekstu, w jakim się ono pojawia, a prawnicy muszą myśleć bardzo precyzyjnie, co się przydaje przy konstruowaniu powieści.
Z Othellem do Bośni
O konflikcie na Bałkanach uczyła się na studiach. Chciała sprawdzić, jak tam jest naprawdę. W kwietniu 2001 ruszyła na krótką wyprawę do Bośni w towarzystwie nieodłącznego Othella, którego udało jej się przeszmuglować przez granicę. Porozumiewała się przede wszystkim po polsku, pomagając sobie niemieckim, angielskim, gestykulacją i mimiką twarzy. Tak jej się tam spodobało, że postanowiła wrócić na dłużej, by zebrać materiał do kolejnej książki.
– Jechałam, bojąc się, że potraktują mnie jak intruza, który chce oglądać niezagojone rany. Nie byłam też pewna, czy osoba, która nigdy nie doświadczyła wojny i przemocy, ma prawo snuć subiektywne refleksje z podróży po kraju tak dotkliwie naznaczonym cierpieniem. W dodatku jestem Niemką, a w niemieckiej podświadomości tkwi wstyd za zbrodnie nazistów. Ten wstyd sprawia, że w kontaktach z obcokrajowcami, zwłaszcza z Europy Wschodniej, jesteśmy bardzo ostrożni – boimy się, by kogoś niechcący nie urazić, przywołując swoją niemieckością wojenne wspomnienia.
W Bośni przyjmowano mnie z absolutną naturalnością, a może nawet z pewną wdzięcznością za to, że przyjechałam z bezinteresownej ciekawości. Bośniacy mają już dość traktowania ich z dystansem, dość niewiedzy o tym, co się u nich wydarzyło w ciągu tych siedmiu lat, jakie minęły od zakończenia wojny. Do tego kraju powraca normalność, zazwyczaj w bardzo trudnych, choć czasem zaskakująco dobrych warunkach, i tylko dziwić się można, że w obliczu tak wielkich zniszczeń i psychicznych urazów powraca ona aż tak szybko.
Mając Othella za jedyne towarzystwo, przejechała samochodem niemal cały zniszczony wojną kraj, uważany za najbardziej niebezpieczny obszar w Europie z powodu licznych nierozbrojonych dotąd pól minowych. Na jedno z takich pól weszła nieopatrznie w pobliżu Mostaru, bo chciała zobaczyć z bliska ogromny, oświetlony nocą krzyż; tylko cudem uniknęła śmierci. Do Niemiec wróciła z nowym, znalezionym przy drodze psem i gotowym materiałem do książki „Cisza jest dźwiękiem”, która ukazała się w maju tego roku.
Przeciw terrorowi, przeciw wojnie
– Z punktu widzenia prawa międzynarodowego interwencje w Kosowie i Afganistanie oraz ewentualny atak na Irak należy interpretować jako absolutne bezprawie – twierdzi Juli. – Terrorystyczny zamach na World Trade Center wymagał oczywiście reakcji. Wypowiedzenie wojny talibom wydawało się usprawiedliwione – skoro nas atakują, powinniśmy się bronić. Taka wojna nie tylko jednak nie pokona terroryzmu, ale go wzmocni. Jedyną naszą szansą w tej chwili jest żmudna i trudna praca na rzecz porozumienia przeciwstawnych sobie kultur. Zapewne można też wiele dokonać na płaszczyźnie politycznej, jednak posługiwanie się przemocą w imię pokoju jest dla mnie niedopuszczalne i dlatego jestem zadowolona, że rząd niemiecki sprzeciwia się interwencji w Iraku.
Juli Zeh nie boi się wypowiadać radykalnych sądów, choć mogą narazić ją na krytykę i niepopularność. Wyznaje zasadę, że należy przede wszystkim być wiernym sobie i swoim zasadom. Kiedy kilka lat temu zaproponowano jej prestiżową, ciekawą i w dodatku dobrze płatną pracę, pod warunkiem, że zetnie swoje pomarańczowe dredy, nie zgodziła się.
Jakie ma plany na przyszłość, jeszcze nie wie. Ma nadzieję, że uda jej się pogodzić pisanie z wykonywaniem zawodu prawnika. Za pół roku czekają ją dwa trudne egzaminy państwowe na zakończenie studiów doktoranckich, a w 2004 roku przyjedzie do Krakowa na stypendium Willi Decjusza. Wydaje się pozbawiona tak dziś typowych dla młodych ludzi lęków o przyszłość i w pełni wyzwolona od wszelkich ograniczających kobiety stereotypów.
– Ruch wyzwolenia kobiet, podobnie jak feminizm, nie mają dla mnie i dla ludzi mojej generacji, urodzonych w rodzinach inteligenckich, żadnego znaczenia – mówi. – Z tymi problemami poradzili sobie już nasi rodzice. Wraz z przysłowiowym mlekiem matki wyssaliśmy poczucie, że kobieta ma dokładnie takie samo miejsce w społeczeństwie jak mężczyzna, a obie płcie są równouprawnione.
Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jako kobieta mogę mieć mniejsze szanse, albo że muszę o coś szczególnie walczyć. Jeśli urodzę dziecko i z tego powodu nie dostanę pracy albo nie będę mogła wynająć mieszkania, co się w Niemczech dość często zdarza, będę oczywiście musiała te poglądy zrewidować, choć w tym przypadku chodzi raczej o konflikt z generacją naszych szefów, a nie z płcią przeciwną. Niewykluczone jednak, że lęk przed konfrontacją z tego typu problemami sprawia, że większość moich znajomych nie chce zakładać rodziny; obawiają się, że popadną wtedy w zależności, od których nie ma już ucieczki.
Pochwała zależności
Bohaterowie „Aniołów i orłów” są przerażająco samotni. „Jako dziecko wpadałem czasem w weekendy na moją matkę...” – mówi jeden z nich, a według Juli Zeh tak właśnie wygląda w większości świat jej rówieśników. Dobrze zna takich odrzuconych przez rodziców ludzi, bo do jej szkoły w Bonn chodziło sporo dzieci dyplomatów, które w pewnym momencie miały już dość włóczenia się po obcych krajach, postanawiały wreszcie zostać na dłuższy czas w jednym miejscu i lądowały w przyszkolnym internacie.
– Można powiedzieć, że to one same zdecydowały się odsunąć od rodziny – mówi Juli. – W rzeczywistości jednak nigdy nie były z rodziną związane, bo zawsze w ten czy inny sposób jej przeszkadzały. W Niemczech zanika powoli życie rodzinne, jakie znamy z przeszłości, a procent rozwodów jest bardzo wysoki, co nie stanowi szczególnie budującego przykładu dla ludzi młodych.
Podczas niedawnego wieczoru autorskiego w Krakowie zorganizowanego przez Dom Norymberski Juli Zeh bardzo pięknie mówiła o zależności, którą przyzwyczailiśmy się uważać za cechę negatywną.
– Żyjemy w świecie, który stwarza ogromne możliwości bycia niezależnym zarówno w sensie indywidualnym, jak i społecznym. Wydaje mi się jednak, że uzależnienie wpisane jest w ludzką naturę, bowiem człowiek zawsze będzie pragnął przyporządkowania czemuś lub komuś. Uznajemy, że to złe, bo jesteśmy opętani pragnieniem wolności, czego skutkiem jest absolutna nieumiejętność funkcjonowania w określonym porządku społecznym czy rodzinnym. Gdyby udało się zmienić to negatywne nastawienie wobec uzależnienia, gdyby udało się nam zrozumieć, że jest ono bardzo bliskie miłości, wtedy być może byłoby nam łatwiej żyć.
Główną bohaterką powieści Juli Zeh, która nie ukrywa, że właśnie ją najbardziej lubi, jest Jessie: kobieta-dziecko, wymagająca nieustającej opieki, niezdolna do samodzielności i niedojrzała. To ona jest tytułowym aniołem.
– Jessie mnie fascynuje, ale nie chciałabym takiego życia, jak ona – mówi Juli. – Jessie ucieleśnia piękną utopię i tęsknotę każdego człowieka za anielskością, albo, jak kto woli, za sytuacją dziecka, które nie ponosi jeszcze żadnej odpowiedzialności. Dorosłość oznacza wybór, a dokonując wyboru, choćbyśmy chcieli jak najlepiej, nieświadomie wyrządzamy komuś krzywdę. Każda nasza decyzja ma nie tylko bezpośrednie, ale też pośrednie konsekwencje, na które nie zawsze mamy wpływ. W praktyce oznacza to, że dorastając, tracimy na zawsze rajską niewinność. A co to jest dorosłość? Stan, w którym człowiekowi udaje się radzić sobie z życiem codziennym, podejmować decyzje, licząc się z ich następstwami, nie szkodzić innym ludziom i zachować w sobie żywą pamięć o niewinnym dziecku, które w sobie wiecznie nosimy.
Kiedy pytam, czy jest już dorosła, odpowiada zdecydowanie, że nie, a potem wybucha śmiechem, w którym czai się cień ulgi.
|