W Miłosławiu

Agnieszka Sabor


„Z czego wynika trwałość Nagrody? (...) z połączenia cech szwajcarskich i wielkopolskich. Jury Nagrody jest bowiem punktualne jak szwajcarski zegarek i solidne jak poznański kupiec, średnio zamożne jak obywatel Helwecji nękany podatkami, lecz po wielkopolsku gospodarne, oszczędne w stosunku do siebie, a hojne dla innych, wybredne jak człowiek na co dzień obcujący z genewską elegancją, ale uważne wobec codzienności jak mieszkaniec poznańskiej prowincji. Mariaż Genewy i Poznania to pojednanie kapitału i pracowitości, upartej troski o dobre imię z umiarkowanym staraniem o rozgłos, uznania, że wiele zawdzięczamy przodkom, ze świadomością, że duchowe zobowiązania wobec przeszłości najwartościowiej spłaca się inwestując w przyszłość”.


Przemysław Czapliński



W tym roku nagroda Fundacji im. Kościelskich – jedna z najbardziej 
prestiżowych nagród literackich w Polsce – po raz pierwszy w jej czterdziestoletniej historii nie została wręczona w Genewie, Warszawie albo Krakowie, ale w wielkopolskim Miłosławiu, rodzinnym majątku fundatorów. Miasteczko, w którym mieszka niewiele ponad 3,5 tys. osób, udowodniło, że nierzadko prowincja potrafi lepiej i więcej niż metropolia.
Niewątpliwie największe znaczenie dla wyboru miejsca miała bezinteresowna determinacja społeczności lokalnej. To właśnie w Miłosławiu, wśród tutejszych nauczycieli, księży, działaczy samorządowych, narodziła się idea „powrotu” nagrody do miasta, z którego się wzięła – stąd bowiem, z rodzinnego domu, Monika Kościelska tuż po wybuchu II wojny światowej wyjechała do Rumunii, stamtąd do Paryża i Nicei, aby wreszcie, uciekając przed nazistami, osiąść w Genewie. Tam na krótko przed śmiercią (7 lipca 1959 r.), by uczcić nie żyjącego już męża Władysława i syna Wojciecha, ustanowiła Fundację im. Kościelskich, której celem stało się „przyczynianie się do rozwoju literatury i poezji polskiej drogą przyznawania nagród młodym pisarzom piszącym w języku polskim, zamieszkałym zarówno w Polsce, jak i za granicą”.
W okresie PRL-u ten ostatni punkt miał wyjątkowe znaczenie: to, co zostało rozdzielone, łączyło się dzięki nagrodzie w spójną całość. Sławomir Mrożek, Zbigniew Herbert, Zygmunt Kubiak, Andrzej Kijowski, Gustaw Herling-Grudziński, Henryk Grynberg, Stanisław Barańczak, Joanna Pollakówna, Ryszard Krynicki, Wojciech Karpiński – wybitnych laureatów tamtych czasów wymieniać by można długo.
W tym roku małe wielkopolskie miasteczko podjęło finansowy i logistyczny trud zorganizowania wielkiej, europejskiej imprezy. Być może pomogło mu w tym zaufanie jurorów, którzy – rozproszeni po świecie – rok w rok wysyłają sobie egzemplarze zgłoszonych do nagrody książek, kserują niedostępne, wydane w małych nakładach tomiki, wreszcie zjeżdżają do Genewy na krótkie, ale intensywne obrady. Dla jurorów Miłosław był jak nowa, nie odkryta jeszcze książka, dlatego 12 października przyjechali tu wszyscy, którzy tylko mogli: Jacek Woźniakowski, Jan Błoński, Zygmunt Marzys i Jerzy Jarzębski. Przybyła także „ostatnia z rodu” – Janina z Ruszkowskich Kościelska, żona zmarłego tragicznie w 1997 r. Władysława.
A może jakąś rolę w wyborze miejsca odegrała także specyfika nagrodzonej w tym roku Nagrodą Kościelskich książki? Olga Stanisławska, autorka zbioru reportaży „Rondo de Gaulle’a” mówiła o cudzie porozumienia, który zdarzył się między nią a spotkanymi podczas wielomiesięcznej podróży po Afryce ludźmi, pozornie obcymi i niedostępnymi, w rzeczywistości bardzo bliskimi, bo poznawanymi w najprostszym, codziennym życiu. Tę szczególną intymność mają również, choć w zupełnie inny sposób, wiersze ze zbioru „Po” Anny Piwkowskiej oraz z tomu „Pomiędzy” Renaty Putzlacher, którym jury Fundacji Kościelskich postanowiło przyznać w tym roku honorowe wyróżnienia – co, podobnie jak sam Miłosław, było precedensem w 40-letniej historii Nagrody.
Wszyscy, którzy w zimne, jesienne przedpołudnie znaleźli się w miasteczku, stanęli przed zadaniem samodzielnego odczytania kodu zapisanego w tutejszym pejzażu. Bo język tej niewielkiej, ale otwartej nieskończoną równiną na zewnątrz przestrzeni jest zupełnie inny niż ten oczywisty w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku. Pewnie dlatego uroczystości przyznania nagrody nie miały w sobie nic z metropolitalnej pompy. Rozpoczęły się w sposób zupełnie nieoczekiwany: Olga Stanisławska oraz zaproszeni do Miłosławia laureaci poprzednich edycji – Stefan Chwin, o. Jan Góra OP, Adam Michnik i Jacek Podsiadło – przeprowadzili warsztaty literackie z uczniami tutejszego gimnazjum. Główne uroczystości odbyły się co prawda w pałacu, ale jednocześnie w niedbałej scenerii typowego hallu szkolnego, w który dawną rezydencję Kościelskich zamieniły peerelowskie władze. Teraz pałac--szkoła nabrał jednak zupełnie nowych sensów: zaproszeni goście „ze świata” szybko rozproszyli się w tłumie mieszkańców, którzy zjechali z całej okolicy. A jakaż to okazja: porozmawiać z wybitnym znawcą literatury podczas otwarcia wystawy poświęconej „Żywemu dziedzictwu” Kościelskich na korytarzu Urzędu Gminy! Albo posłuchać „Poznańskich Słowików” na Mszy we własnej parafii. Wystawione na stoiskach książki znikły niemal natychmiast – a więc tak właśnie, nie poprzez zamknięty salon literacki, ale poprzez wysiłek poszukiwania zagubionego gdzieś na prowincji odbiorcy buduje się rynek czytelniczy.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl