Kłopot z Tischnerem

ARTUR SPORNIAK

 

 

Choć od śmierci ks. Tischnera minęło prawie dwa lata, zainteresowanie jego myślą nie zmalało. Dowiodły tego wieńczące Dni Tischnerowskie warsztaty młodych i wieczór filozofów, na których pojawili się nie tylko profesorowie, studenci, ale także licealiści. Na czym polega tajemnica popularności autora „Filozofii dramatu”?

 

 

Przed rokiem słuchaliśmy referatów filozofów nie zawsze związanych z autorem „Myślenia według wartości” (ukazały się niedawno w opublikowanej przez Znak książce „Pytając o człowieka. Myśl filozoficzna Józefa Tischnera”. W tym roku organizatorzy postanowili oddać głos uczniom Księdza Profesora. Liczono także na aktywny udział publiczności. Stąd dwojakiego rodzaju spotkania: poniedziałkowe przedpołudnie 13 maja wypełnił cykl trzech paneli z udziałem współpracowników, wychowanków i ostatnich uczniów Tischnera, wieczór zaś przeznaczono na dyskusję wszystkich zainteresowanych jego twórczością. „Chcemy połączyć precyzję dyskusji ze swobodą i nieprzewidywalnością sposobu ujęcia Józefa Tischnera przez ludzi, którzy poczuli tajemnicze dotknięcie myśli filozofa” – napisał Adam Workowski w zapowiedzi zamieszczonej w biuletynie PAT-u „Vita Academica”. Argumentował, że pozostawionym samym sobie zawodowym znawcom Tischnera zawsze „grozi uprawianie hermetycznych dyskusji, które pociągają tylko fachowców”. Pomysł interesujący, odważny. Czy udany?


Pytania bez odpowiedzi


Pierwszy panel miał traktować „o radości i smutkach życia”, czyli o „filozofie wobec dramatu człowieka”. Uczestniczyli w nim o. Jan Andrzej Kłoczowski OP i Dobrosław Kot z PAT-u oraz Wojciech Bonowicz z wydawnictwa Znak. Prowadziła go uczennica ks. Tischnera Anna Karoń-Ostrowska z Brukseli. Temat – jak się wydaje, sformułowany bardzo celnie – niestety nie został właściwie poruszony. Bardzo szybko dyskusja przerodziła się w rozważania, czy filozofia Tischera jest bardziej filozofią dramatu, spotkania czy podmiotu? Czy jego myślenie było myśleniem religijnym czy dialogicznym? Nie pomagały sugestie Bonowicza (który nie jest zawodowym filozofem), że za myślą Tischnera stoi głębokie, egzystencjalne doświadczenie i konkretne sformułowania nie są tak ważne, jak ich źródło. Świadczy o tym znana i wielokrotnie cytowana wypowiedź Księdza: „O jakości filozofii decyduje jakość bólu ludzkiego, który chce filozofia wyrażać i któremu chce zaradzić”.
Pamiętali o tym uczestnicy drugiego panelu, zatytułowanego „Sekrety myślenia, czyli jak robi się filozofię” (Karol Tarnowski, Piotr Murzański, Marek Drwięga, Adam Hernas i Michał Bardel). Powtórzono za Tischnerem, że myślenie ma nie tylko opisywać świat, ale także dawać nadzieję, prowadzić do wolności, ocalać. Nie może ono być monologiem: to, co najistotniejsze wydarza się w spotkaniu z drugim człowiekiem. Ale czy w każdym spotkaniu? Czy także w spotkaniu z „sytym, zadowolonym z siebie belgijskim młodzieńcem”? Szybko padła odpowiedź: „zadowolonym do czasu aż nie zachoruje na raka” (Tarnowski). Padło też inne ciekawe pytanie: „Co zrobić, gdy doświadczamy zła, które jest znośne, do którego można się przyzwyczaić?” (Hernas). Nie zostało ono jednak podjęte. Właściwie bez odpowiedzi pozostało także inne ważne pytanie, kilkakrotnie stawiane przez prowadzącego panel Adama Workowskiego: na czym polega logika myślenia Tischnera? Czy kieruje się ono jakimś rygorem, porządkiem? Czy ma w sobie jedynie moc przekonywania, czy także dysponuje mocą argumentacji? Karol Tarnowski próbował dostrzec taki porządek w opisywanej przez Tischnera hierarchii wartości, w której (podobnie jak u Platona) szczególną rolę pełni dobro najwyższe. Przy okazji zwrócono uwagę na ewolucję myśli krakowskiego filozofa: rozwijaną poczynając od fenomenologicznych analiz „ja transcendentnego” (Husserl), przez odkrycie „ja aksjologicznego”, kształtowanego bezpośrednio przez wartości (Scheler), aż do „ja agatologicznego”, dla którego dostęp do wartości i dobra jest możliwy tylko w spotkaniu (filozofowie dialogu). Później, podczas „nocy filozofów”, pojawiła się sugestia, że w ostatnich tekstach Tischnera, powołujących się na Eckharta i siostrę Faustynę, dostrzec można także „ja mistyczne”. Ta silna obecność wątków religijnych sprowokowała pytanie, które również domaga się dalszej refleksji: czy tajemnica człowieka nie sprowadza się w Tischnerowskiej filozofii dramatu do religii, czy dramat religijny nie pochłania dramatu międzyludzkiego?
Trzeci panel dotyczył – jak zażartował prowadzący dyskusję Aleksander Bobko – „spraw bardziej przyziemnych”. Mowa była o „niebezpieczeństwach polityki, czyli o myśleniu społecznym Tischnera”. Jak można ocenić zaangażowanie polityczne Księdza Profesora? Czy z perspektywy lat da się je usprawiedliwić? Czy jego publicystyka społeczno-polityczna jest nadal aktualna? Czy „etykę solidarności”, tak ważną w latach 80., można zastosować do współczesnych problemów? Pytania te podzieliły panelistów. „Ks. Tischner był człowiekiem naiwnym politycznie, który popełnił szereg fałszywych kroków. Niespodziewanie jednak doszedł do wielu głębokich wniosków” – w ten prowokacyjny sposób rozpoczął swoje wystąpienie Jarosław Gowin. Zdaniem redaktora naczelnego miesięcznika „Znak” do porażek Tischnera należy jego filozofia pracy – nieudana synteza socjalizmu i chrześcijaństwa („Tak myśleć mógł tylko ktoś, kto nie musiał zarabiać”), a także iluzoryczna wiara w dialog z marksizmem. Fałszywym krokiem był udział w spocie reklamowym Kongresu Liberalno-Demokratycznego i udział w radzie programowej Unii Wolności. Skąd brały się te błędy? Przede wszystkim z tradycji filozoficznej, do której sięgał Tischner (Hegel, Marks), zupełnie pomijając anglosaskich klasyków liberalizmu. Zdaniem Gowina, także bycie księdzem zaangażowanym w fundamentalne ludzkie sprawy utrudniało dobrą orientację w sferze polityki. Nie przeszkodziło to jednak Tischnerowi przenikliwie opisać problemy na styku Kościół – państwo – demokracja. Umiał przekonywująco pokazać, że Kościół nie musi się obawiać wolności i demokracji. I na odwrót: także Kościół i religia nie muszą stanowić zagrożenia dla wolności. Gowin przypomniał, że pod koniec lat 90. Tischner prowadził delikatny („perswazyjny”) spór z liberalizmem, krytykując redukowanie pojęcia wolności do tzw. „wolności negatywnej”, czyli obszaru, w którym jednostka wolna jest od jakichkolwiek zewnętrznych nacisków. Zdaniem Tischnera postawa taka zwalnia z odpowiedzialności za wybory innych i przypomina wolność Piłata.
Z krytycznymi uwagami Gowina nie zgodził się drugi panelista – Antoni Szwed. Jego zdaniem napisana w 1981 roku „Etyka solidarności” jest bardzo ważną refleksją, aktualną także dziś – w czasach bezrobocia. Zmienił się kontekst polityczny, zmieniły się problemy, z którymi się borykamy. Nie zmieniła się potrzeba i waga solidarności społecznej: „Gdyby ks. Tischner żył, zapewne powróciłby do etyki solidarności”.


Noc filozofów


Przed południem nie było czasu na stawiania panelistom pytań. Taką możliwość przewidziano na wieczornym spotkaniu w restauracji „Pod Gruszką”. Frekwencja dopisała – uczestnicy nie pomieścili się pięknej, barokowej sali Fontany. Nad nieuniknionym chaosem próbowali zapanować prowadzący: o. Jan Andrzej Kłoczowski i Adam Workowski. Pojawiły się pytania, czy potraktowanie świata jako jedynie sceny dla ludzkiego dramatu nie gubi istotnych sensów, jakie świat sam w sobie niesie? Dopytywano się, w jakim sensie myślenie ocala? Czy trudny, hermetyczny język filozofii Tischnera nie kłóci się z podkreślaniem roli dialogiczności, spotkania? Jak rozumieć przyjmowanie ról w dramacie międzyludzkim: czy nie istnieje możliwość ich odgrywania, maskowania fałszu? Czy Tischnerowska teza, że ocalając drugiego, ocalam siebie, nie kładzie niebezpiecznie akcentu na „siebie”?
Oprócz panelistów wypowiadali się goście spotkania: prof. Charles Taylor mówił o zbieżności własnej filozofii z myślą Tischnera, zaś ks. Waldemar Jachimczak z Austrii – o recepcji Tischnera na Zachodzie.
Dopiero ok. północy udało się Workowskiemu sprowokować studentów do odpowiedzi na pytanie, co ich przyciąga do myśli Tischnera. „Wyzwalaczem” stała się prowokacyjna teza, iż studenci nie odpowiedzieli na adresowane do nich listy (publikowane w „Logosie i Ethosie”), w których chory już Ksiądz Profesor radził m.in. przemyśleć na nowo dzieje marksizmu w Polsce. Okazało się, że młodzi adepci filozofii zafascynowani są nie tyle problemami, poruszanymi przez krakowskiego filozofa, ile jego fenomenologiczną metodą. „To, co Tischner opisuje i odsłania, nie jest dla nas oczywiste”.


Spiętrzona metafora


Poniedziałkowe spotkania i dyskusje pokazały, że wciąż nie jest nam łatwo radzić sobie z myślą Tischnera. Na czym ten kłopot polega? Przede wszystkim na wieloznaczności i metaforyczności języka, którego używał. I nie tyle na częstym sięganiu po metafory, ale na sposobie, w jaki Tischner to czynił. Filozofia nigdy nie stroniła od metafor – nawet ta, ceniąca precyzję i jasność języka. Wystarczy wspomnieć o wymyślonej przez Wisdoma metaforze niewidzialnego Ogrodnika opiekującego się zarośniętym chwastami ogrodem, która wywołała ważną dyskusję na temat języka religijnego i sprowokowała kolejne metafory, np. przywódcy ruchu oporu, który czasem pokazuje się w mundurze okupanta (zob. „Filozofia religii”, z cyklu „Fragmenty filozofii analitycznej”, Warszawa 1997). Metafory te służyły sugestywnemu wydobyciu pewnych problemów, po to, by móc je następnie szczegółowo i precyzyjnie analizować. Tischner natomiast nie tylko odwoływał się do znanych filozoficznych metafor: platońskiej jaskini, „wewnętrznego nauczyciela” św. Augustyna, „Wielkiego Inkwizytora” Dostojewskiego czy „złośliwego demona” Kartezjusza, ale mówił o nich językiem metaforycznym. „Myślenie” w jego tekstach „rodziło się”, „żyło”, „żywiło się...” Mamy więc do czynienia ze spiętrzeniem metafor. Próba uchwycenia istoty tej filozofii, polegająca na tworzeniu kolejnego stopnia metafor, musi prowadzić na manowce.
Z tego też powodu kontynuacja filozofii Tischnera wydaje się niemożliwa (to nie przypadek, że właściwie nie istnieje szkoła tischnerystów), choć budzi ona zrozumiałe zainteresowanie – metafora bowiem trafia w te najgłębsze w nas warstwy, których jednoznaczny język nie jest w stanie poruszyć. Wypracowany przez Księdza Profesora oryginalny i niepowtarzalny styl filozofowania – „swobodnej parafrazy metody fenomenologicznej”, jak to rok temu określił ks. Michał Heller – wymaga niezwykłego językowego wyczucia, które porównać można wręcz do poetyckiego geniuszu. Nie każdy jest Tischnerem, podobnie jak nie każdy jest Leśmianem czy Szymborską. Gdy o tym zapominamy, narażamy się na produkowanie filozoficznej grafomanii. Pozostaje lektura jego dzieł i wciąż żywe pytania, z którymi się zmagał – o źródła nadziei, możliwość ocalenia, sens człowieczeństwa – oraz mozolna, możliwie jak najbardziej precyzyjna analiza jego tekstów. Tę jednak pozostawmy fachowcom. Jej przykłady możemy znaleźć we wspomnianym na początku tomie.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl