Uniwersytet
Latający Znaku
Droga w labiryncie
Z redaktorami
miesięcznika „Znak” Jarosławem
Gowinem i Januszem
Poniewierskim
rozmawia Agnieszka Sabor
Raz w miesiącu aula i
korytarze nowego skrzydła Biblioteki Jagiellońskiej wypełniają
się tłumem ludzi w różnym wieku: profesorów i studentów,
starszych pań i licealistów, kleryków i hippisów. Wszyscy
przychodzą na wykłady organizowane przez miesięcznik
„Znak” i Fundację Kultury Chrześcijańskiej w
ramach powstałego w styczniu „Uniwersytetu Latającego”.
Zasłuchani w słowa Ryszarda Kapuścińskiego, Jerzego Jarzębskiego,
ks. Michała Hellera, ks. Tomasza Węcławskiego i Normana
Daviesa oczekują rzetelnej wiedzy, ale i nauki dobrego życia.
Jest to także nawiązanie do tradycji wielkich otwartych wykładów,
na które przychodziło „całe miasto”. Ostatnie
takie wykłady głosił ksiądz Tischner...
Agnieszka Sabor: –
„Uniwersytet Latający” to nazwa odsyłająca do
bardzo konkretnej historycznej rzeczywistości, do prób
poszukiwania wolności w czasach zniewolenia. Czy dzisiejsze
czasy wymagają „Uniwersytetu Latającego”?
Janusz Poniewierski: – Zawsze jest dobry czas na
„Uniwersytet Latający”, bo, moim zdaniem, zawsze
jest w ludziach głód wartości, pragnienie kultury wysokiej.
Wydało nam się, że jesteśmy – wszyscy! –
zagubieni, że tkwimy w jakimś labiryncie i nie umiemy
samodzielnie znaleźć drogi wyjścia. Szczególnie aktualne stało
się to po 11 września 2001 roku. Pomyśleliśmy zatem: warto,
by ludzie zaczęli się spotykać, by zaczęli słuchać mistrzów
– tych, którzy mają coś ważnego do powiedzenia; tych,
którzy pomogą oswoić świat.
Jarosław Gowin: – Nazwa symbolizuje niezwykle dla
nas ważną tradycję polskiej inteligencji, inteligencji
niepokornej. Idea „uniwersytetu latającego” powstała
w czasach zaborów, potem odżyła w PRL. W obu przypadkach
chodziło o obronę niezależności myślowej przed presją
cenzury, tajnej policji, przed próbami zniszczenia polskiej
kultury narodowej. Dzisiaj sytuacja jest inna – cieszymy
się wolnością, problemem jest natomiast rozumne z niej
korzystanie. Demokracja też potrzebuje postawy bezinteresownej
służby wartościom. A podstawową zasadą „Uniwersytetu
Latającego »Znaku«” jest właśnie
bezinteresowność. Chcemy spotykać się z ważnymi ludźmi wokół
ważnych tematów i proponować słuchaczom poważne, trudne myślenie
– nie ma w tym żadnego celu utylitarnego, chodzi tylko o
wspólne dochodzenie do prawdy.
– Kiedy powstała idea powołania
„uniwersytetu”?
Jarosław Gowin: – Janusz wpadł na ten pomysł po
11 września, ale myślę, że korzeni tej inicjatywy trzeba
szukać wcześniej, w pewnej zasadniczej decyzji, jaką redakcja
miesięcznika „Znak” podjęła po 1989 r.
Zdecydowaliśmy wówczas, że nie ulegniemy naciskowi spraw bieżących,
skoncentrujemy się na tematach uniwersalnych i
„wiecznych”, nawet jeżeli narazi nas to na zarzut,
że jesteśmy pismem „trudnym”.
„Uniwersytet” to naturalna konsekwencja tamtego
wyboru. Trzeba zbudować przestrzeń duchową nie podlegającą
presji ekonomii. Ta presja to nie tylko polski problem. Pamiętam,
że kiedy byłem na początku lat 90. na Targach Książki we
Frankfurcie, rozmawiało się tam o literaturze. Pod koniec lat
90., kiedy znów pojechałem do Frankfurtu, rozmawiało się już
tylko o interesach. Wolny rynek jest potrzebny także w
kulturze, ale nie można pozwolić na jego wszechwładzę.
– Program „Uniwersytetu Latającego »Znaku«”
obejmuje bardzo szeroki zakres tematów, bardzo różnorodni są
także wykładowcy. Co jest rdzeniem tego
„Uniwersytetu”?
Jarosław Gowin: – Odpowiedziałbym formułą
Tischnerowską: „myślenie według wartości”. Te
spotkania mają dostarczać słuchaczom dużą porcję wiedzy,
ale nie ma to być myślenie obojętne na wartości. Te
spotkania powinny formować. Ludzie, których zapraszamy na wykłady,
nie są wyłącznie specjalistami w swej dziedzinie, są także
autorytetami, które mogą służyć jako drogowskazy.
– A gdybyśmy mieli określić kierunek tej formacji?
Janusz Poniewierski: – To dalekosiężne
pytanie. „Uniwersytet Latający” rozpoczął działalność
w 2002 roku, ale ufam, że jej w tym roku nie skończy. Oś
tematyczną tegorocznych wykładów wyznaczają trzy kierunki:
pierwszy stara się opisać współczesne cywilizacje – tu
wykład inauguracyjny wygłosił Ryszard Kapuściński; drugi
kierunek ma uczyć odnajdywania się w świecie kultury,
samodzielnego rozpoznawania arcydzieła – i o tym mówił
na przykład prof. Jerzy Jarzębski. Trzeci kierunek –
zainicjowany wykładem ks. Michała Hellera – to panorama
współczesnej nauki. W przyszłości pragniemy zainteresować
się także teologią i filozofią. Jakiś przedsmak tego, czym
powinien, naszym zdaniem, zająć się „Uniwersytet Latający”,
dał przed miesiącem wykład księdza Tomasza Węcławskiego,
teologa mówiącego o dialogu religijnym, o Kościele i o Panu
Bogu w sposób poruszający ukryte struny mojego (przynajmniej)
serca i umysłu. Przyznaję, że nie potrafię przejść obojętnie
obok takiego na przykład zdania: ,,Bóg przychodzi nie z
naszych myśli o Bogu i nie z naszej nadziei na Boga i nie z
naszych pytań o Niego, ale stamtąd, skąd się Go wcale nie
spodziewamy. Dlatego właśnie to, co inne, obce i niepokojące,
bynajmniej nie musi być zagrożeniem dla świata naszej
wiary”.
Jarosław Gowin: – Zakres tematów musi być
szeroki, bo jedyna edukacja, która ma dzisiaj sens, to edukacja
klasyczna: przez kontakt z wielką tradycją kultury zachodniej
uczy ona samodzielnego myślenia. Jeśli pytamy o kierunek
formacji, trzeba przypomnieć rzecz oczywistą:
„Znak” jest pismem o takiej a nie innej tożsamości,
określanej mianem katolicyzmu otwartego, i dlatego chcielibyśmy,
aby Uniwersytet formował uczestników tych spotkań w duchu
spotkania wartości chrześcijańskich i wartości
humanistycznych.
– Czy „Uniwersytet” ma wobec tego jakąś
funkcję ewangelizacyjną?
Jarosław Gowin: – Nie, to byłaby uzurpacja.
Jeżeli mamy jakąś funkcję religijną, to raczej
preewangelizacyjną. Chcemy budzić coś, co bywa określane
jako wiara podstawowa, czyli ogólne przeświadczenie, że życie
ma sens, że prawda i wartości moralne istnieją obiektywnie.
Natomiast nie próbujemy ani ewangelizować, ani nawracać. Po
pierwsze, byłoby to skazane na fiasko, a po drugie nadawałoby
całemu przedsięwzięciu jakiś rys „interesowności”.
Chcemy, żeby przychodzili do nas ludzie wolni i żeby
wychodzili z tych spotkań ludzie wolni. Podstawowych wyborów
światopoglądowych muszą dokonywać na własną rękę, ja mam
tylko nadzieję, że drogowskazy, których dostarczają im nasze
spotkania, pomogą im decydować w sposób przemyślany.
Janusz Poniewierski: – Simone Weil powiedziała
kiedyś, że gdyby miała wybierać między prawdą a
Chrystusem, wybrałaby prawdę, ponieważ Bóg, zanim został
Chrystusem, był Prawdą. „Uniwersytet Latający »Znaku«”
nie zamierza nikogo namawiać do przyjmowania katolickich
sakramentów – zależy nam natomiast na głoszeniu prawdy,
pokazywaniu dobra i piękna.
– Czy „Uniwersytetowi” nie grozi, że będzie
wyłącznie szkołą wielkich gwiazd, takich jak Ryszard Kapuściński
czy Norman Davies?
Jarosław Gowin: – Już od przyszłego roku
zamierzamy przeplatać wykłady wielkich gwiazd wystąpieniami
przyszłych wielkich gwiazd – ludzi młodych, mniej
dotychczas znanych, ale mających już dziś coś ważnego do
powiedzenia. Oczywiście, decyzje o doborze wykładowców
podejmujemy w redakcji wspólnie, ale mnie np. bardzo zależałoby,
aby na ich liście znalazł się w przyszłym roku ks. Grzegorz
Ryś, który nie tylko jest wybitnym historykiem Kościoła, ale
może być także znakomitym przewodnikiem duchowym. Chciałbym
zaprosić Piotra Kłodkowskiego – świetnego znawcę współczesnego
świata, zwłaszcza cywilizacji azjatyckich, autora pasjonującej
książki „Wojna światów”, która ukaże się po
wakacjach w Wydawnictwie Znak.
Janusz Poniewierski: – Gdybyśmy w pierwszym roku
działalności „Uniwersytetu” nie zaprosili ludzi
powszechnie znanych, być może mało kto przyszedłby na
pierwsze wykłady, a malkontenci mówiliby, że są one mało
ciekawe. Gwiazdy są między innymi po to, aby coś rozpalić,
żeby coś zacząć.
Jarosław Gowin: – A jednocześnie natchnąć słuchaczy
zaufaniem do rzetelności tego przedsięwzięcia. Zresztą słowo
„gwiazda” można zastąpić słowem
„autorytet”.
– Jakie są relacje „Uniwersytetu Latającego”
z Kościołem i z Uniwersytetem Jagiellońskim? Te dwa środowiska
mogą stać się zarówno wielkimi sojusznikami, jak i
konkurentami...
Janusz Poniewierski: – Zacznijmy od Kościoła
instytucjonalnego: na nasze wykłady przychodzą księża i
seminarzyści, choć obawiam się, że nie jest to zjawisko
masowe...
Jarosław Gowin: – Masowe na pewno nie, ale jednak
dostrzegam na sali całkiem sporo osób duchownych. Na wykładzie
ks. Węcławskiego zauważyłem np. grupę młodych zakonnic. To
bardzo budujące – widać, w kim szukają autorytetu. Jeśli
zaś chodzi o Uniwersytet Jagielloński, to nasza inicjatywa nie
jest oczywiście żadną konkurencją, natomiast chyba wypełnia
pewną lukę. W krakowskim środowisku intelektualnym istniała
tradycja wielkich otwartych wykładów, na które przychodziło
„całe miasto”. Ostatnie takie wykłady głosił ksiądz
Tischner. Potem ich zabrakło. Krakowskie uczelnie przeżywają
trudności, przede wszystkim ekonomiczne. Muszą walczyć o
przetrwanie, dlatego zapewne brakuje czasu i entuzjazmu, aby
szerzej otworzyć uniwersyteckie bramy. W tym sensie nasza działalność
jest jakimś dopełnieniem. Co do naszych kontaktów z UJ
dodajmy, że pierwszy wykład – Ryszarda Kapuścińskiego
– odbył się w uniwersyteckiej auli, a od lutego swoje
pomieszczenia udostępnia nam na wykłady Biblioteka Jagiellońska.
Bardzo jesteśmy za tę pomoc wdzięczni.
– Wykłady „Uniwersytetu Latającego”
wskazują, że wśród inteligencji istnieje głód twórczych i
bezinteresownych środowisk. Jak z tysięcy słuchaczy
Uniwersytetu Latającego stworzyć takie środowisko? Jak
wprowadzić w formułę tej instytucji jakąś formę dialogu,
„ćwiczeń”, które uzupełniłyby wykłady?
Jarosław Gowin: – Cały czas się nad tym
zastanawiamy. Być może należy do tego celu wykorzystać
Internet. Byłoby wspaniale, gdyby nasz
„Uniwersytet” się rozwijał i wychodził poza Kraków.
Wykład prof. Jerzego Jarzębskiego został już powtórzony w
Toruniu. Planujemy kolejne wyjazdy. Ważnym
„uniwersyteckim” forum powinien stać się miesięcznik
„Znak”. W numerze wrześniowym opublikujemy
wszystkie dotychczasowe wykłady wraz z towarzyszącymi im
dyskusjami.
Janusz Poniewierski: – Powtórzmy: to jest dopiero
początek. Na wykłady przychodzą jednak profesorowie,
asystenci, całe grupy studentów. Przychodzą rodziny,
przychodzą zakochani... Mamy nadzieję, że po wykładzie
ludzie ci zaczynają ze sobą na ten temat rozmawiać. W tym
widzę sposób na rozszerzenie działalności naszego
„uniwersytetu”. Może to brzmi jak utopia, ale przed
kilkoma miesiącami sam pomysł powołania „Uniwersytetu
Latającego” wydawał się utopią.
|