Test na obecność

ANNA MATEJA

 

 

Pytanie, na ile Polacy zaakceptowali w życiu publicznym filozofię autora „Nieszczęsnego daru wolności”, jest, nie bez powodu, utożsamiane z pytaniem o obecność w polskiej naturze cech homo sovieticus.

 

 

Stworzone na początku lat 80. przez Aleksandra Zinowiewa, rosyjskiego pisarza, logika i emigranta, pojęcie człowieka sowieckiego stało się w Polsce, dzięki ks. Tischnerowi, prawie testem kontrolnym. Sprawdzamy siebie, na ile jesteśmy jeszcze homo sovieticus, by dowiedzieć się, na ile jesteśmy już obywatelami. Tym razem „test na obecność” przeprowadzono w auli Collegium Novum UJ w czasie jednej z pierwszych dyskusji „Dni Tischnerowskich” – „Tischnerowska wizja Polski a rzeczywistość”.
– Byliśmy ludźmi z kryjówki – przypominała Halina Bortnowska, dawna redaktorka „Znaku”, która publikowała artykuły ks. Tischnera i równocześnie często toczyła z nim spory. – Nie jesteśmy, ani nie mogliśmy być mocno zsowietyzowani, skoro powstał u nas niezależny od władz komunistycznych związek zawodowy „Solidarność”. W tamtym czasie przyszła do mnie pani B., pracująca w szpitalu, i powiedziała: „Muszę do tego należeć”. Czy homo sovieticus byłby zdolny do takiej niezależności?
Nie znaczy to jednak, że zaliczony pozytywnie egzamin z bycia obywatelem w czasach głębokiego komunizmu, odsunął nas daleko od niebezpieczeństwa bycia człowiekiem zniewolonym. Zdaniem biskupa Tadeusza Pieronka, którego wizja chrześcijaństwa, Kościoła i społeczeństwa jest przecież podobna do tischnerowskiej, i obecnie są ludzie, którzy zachowują się tak, jakby nic się nie zmieniło.
– Przeciwko niewinności polskiej duszy świadczą wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich w 1990 r. – twierdził Paweł Śpiewak, autor antologii „Polskie spory” i przygotowywanej do druku książki o dekadzie lat 90. w Polsce. – Mamy obowiązek patrzenia w lustro samych siebie. Bycie obywatelem to nie tylko dążenie do bycia wolnym, to jeszcze poczucie współodpowiedzialności za dobro wspólne i innych ludzi. To też solidarność rozumiana tak, jak pisał o niej Tischner: „Jedni drugich ciężary noście”.
Solidarność częściej bywała jednak politycznym znaczkiem niż niepolitycznym wezwaniem do współodpowiedzialności za innych. Gdy okazało się, że życie w wolności niesie ze sobą także takie zjawiska, jak: bezrobocie, bezdomność, kosztowna edukacja czy powstanie grupy ludzi wykluczonych z dobrodziejstw przemiany ustrojowej, zabrakło zasad społecznych, które Alexis de Tocqueville w książce „O demokracji w Ameryce” nazwał małymi wolnościami lokalnymi. Wolność Polaków podzieliła. Nie była okazją do stworzenia nowych więzi i wspólnot ani do przekształcenia solidarności w zasadę etyczną.
Wolność również, jak powiedziała Halina Bortnowska, obrzydziła nam pojęcia opieki i pomocy, zwłaszcza pomocy społecznej, a więc sfery, gdzie cecha współodpowiedzialności może ujawnić się najłatwiej. Zamiast niej pojawiła się źle rozumiana litość, a regułom wolnego rynku łatwiej było poddać edukację i służbę zdrowia niż niektóre dziedziny gospodarki. Trudno się dziwić, że dobrem poszukiwanym i rzadko w życiu publicznym obecnym, stało się zaufanie społeczne. Może właśnie dlatego, że zabrakło myślenia o dobru wspólnym i wspólnocie, Unia Europejska wydaje się wielu Polakom twardym orzechem do zgryzienia?
Za życia ks. Tischner miał odwagę wypowiadać sądy niepopularne i krytyczne nawet pod adresem wspólnot sobie bliskich, np. Kościoła. Krytyka nigdy jednak nie była atakiem ani napiętnowaniem (choć często tak właśnie ją przedstawiano), lecz wyłącznie troską. Dwa lata po śmierci autora publikowanego na łamach „TP” „Księdza na manowcach” zaczęła obowiązywać „tischnerowska poprawność” – w pewnych kręgach nie wypada ks. Tischnera krytykować. Czy znaczy to jednak, że myśli się po tischnerowsku? Chyba jeszcze nie. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl