Debata o nadziei

W „Jaskini filozofów” rozmawiają prof. Krzysztof Michalski, prof. Barbara Skarga, prof. Władysław Stróżewski i prof. Charles Taylor. Wprowadzenie: Krzysztof Mech

 

 

Krzysztof Mech: – Czym jest nadzieja? Chciałbym zwrócić uwagę na trzy możliwe kierunki namysłu.
Po pierwsze, co znaczy dla człowieka nadzieja? Co znaczy owo dokonujące się w nadziei otwarcie człowieka na przyszłość? To odsyła wszak do innych fenomenów, takich jak wiara, sens, ale także takich jak rozpacz, brak wiary, bezsens.
Po drugie, skąd wyrasta w człowieku nadzieja, jak jest ona w ogóle możliwa? To pytanie przywołuje kolejne. Do jakiego stopnia nadzieja może być rozpatrywana w oderwaniu od chrześcijańskiego pojmowania czasu, od pojmowania przyszłości jako możliwości ostatecznego wybawienia?
Ważna wydaje się też kwestia miejsca nadziei we współczesnym świecie. Ksiądz profesor Tischner napisał w 1973 r.: „Świat współczesny jest światem szczególnie żywo i głęboko doświadczanej nadziei”. Czy dzisiaj możemy powtórzyć to zdanie? Czy po prawie 30 latach sytuacja nie jest na tyle odmienna, że stanowi tamtej przeciwieństwo: czy współczesny świat nie jest światem utraconej nadziei, przynajmniej w tym sensie, że jest światem coraz bardziej ogołacanym z wielkich projektów przyszłości?
Horyzontem naszego dzisiejszego spotkania będzie myśl ks. prof. Józefa Tischnera – „filozofa wypróbowanej nadziei”.


Odpowiedzialność za nadzieję


Barbara Skarga: Przyznać się muszę, że dość trudno mi dzisiaj o nadziei mówić. Rozumiem wybór tematu, podjęty zapewne przez pamięć o Tischnerze. Wszakże Tischnera niektórzy wprost nazywali filozofem nadziei. Lecz on o tej nadziei pisał głównie przed 1989 rokiem i nadawał jej polityczny sens, nawet wówczas, gdy próbował analizować pojęcie. Chodziło wszak o nadzieję wyrwania się z pęt komunizmu. Nadzieja się ziściła. A dzisiaj? Czego spodziewają się organizatorzy i słuchacze? Filozoficznych analiz tego dziwnego pojęcia? Czy rzeczywiście one są najważniejsze? Roztoczenia przed słuchaczami metafizycznych lub zgoła religijnych aspektów nadziei? Pisałam już o nich kiedyś w ,,Znaku”, starając się uchwycić to pojęcie z różnych stron. Wątpię, bym mogła od strony filozoficznej powiedzieć coś nowego. Może więc trzeba nadać temu pojęciu inny sens; sens wiążący się z tym, co aktualne, z tym, co nasze społeczne nadzieje budzi i z tym, co je gasi? Bez wątpienia, dziś to słowo narzuca nowe skojarzenia i wskazuje na inne zadania. Kiedy dziś myślę o nadziei w tej beznadziejności, która ogarnia na widok rozmaitych przywar i działań naszego społeczeństwa, paraliżujących życie obywatelskie, wręcz niszczących demokrację – a nasza demokracja jest jeszcze krucha – to może rzeczywiście warto powrócić do tych rozważań. Może warto zdać sobie sprawę, czego nadzieja wymaga, co nakazuje, na jakie prowadzi drogi, a więc czym w istocie jest.
Zacznijmy od etymologii. Otóż mieć Nadzieję, to znaczy czegoś się spodziewać; czegoś, czego chcemy, czego pragniemy, co nie jest nam obojętne, ale nie jesteśmy pewni, czy to coś się zdarzy, ono się zdarzyć tylko może. Etymologia zaś słowa „spodziewać” odsyła do tego, co się dzieje lub dziać może. Działanie, dzieło, spodziewanie się, nadzieja – wszystko tu zostało powiązane. Jednym słowem nadzieja to dzieło, którego się spodziewamy na skutek jakiegoś działania. I w tym miejscu pojęcie nadziei rozszczepia się na dwa niewspółmierne z sobą. Bywa bowiem taka nadzieja, która liczy na bieg szczęśliwy tego, co się dzieje, na bieg wydarzeń od nas niezależny, który w końcu przyniesie to, na czym nam tak bardzo zależy jakby cudem, jakby jakąś wolą nadzwyczajną. Taką nadzieję może mieć skazany na śmierć, lub śmiertelnie chory. Czeka on na cud, na łaskę, której spodziewać się nie powinien, a mimo to trwa wciąż w nadziei. Taka nadzieja eschatologiczna (nazwałam ją niegdyś heroiczną), pojawiająca się w sytuacjach granicznych, wydaje się nierozumna, ale, co nie jest rzeczą małą, pozwala niekiedy do końca człowiekowi pozostać człowiekiem.
Nie o niej jednak chcę mówić, lecz o tej nadziei, której spełnienie jest możliwe, zależy jednakże przede wszystkim od naszego działania. Uczeń mający nadzieję, że zda maturę, wie, że po prostu musi się uczyć. Ta nadzieja to nie marzenie, nie wysnuta iluzja, to realna perspektywa, wymagająca tylko odpowiednich dróg działania. Naszego działania. Stąd prosty wniosek: my sami jesteśmy odpowiedzialni za jej ziszczenie, do nas też należy szukanie odpowiednich dróg skutecznego działania. Jak to się potocznie mówi, nie można czekać na ziszczenie się nadziei z założonymi rękami. Państwo znają tę słynną i tak trafną anegdotę: ,,Jeżeli masz nadzieję wygrać na loterii, to daj mi szansę, kup los” – napominał Pan Bóg rabina.
Tę nadzieję, taką właśnie, która nie przeczy racjonalności wydarzeń, która często bywa prostą, ludzką, wiąże się z jakimś konkretnym celem. Mam cel i wierzę, że go osiągnę. Bywa, że cel jest zbyt wielki. Wówczas nadzieje gasną. Bywa jednak i tak, że jest on całkowicie realny, osiągalny. Trzeba tylko wysiłku działania. Niestety, tego wysiłku nie podejmujemy, rozbudzamy nadzieje, lecz niewiele czynimy, by cel urzeczywistnić. Gdy tak niszczy swoje możliwości jakiś indywidualny człowiek, to on sam za ten stan rzeczy odpowie, czasem całym swoim życiem. Gorzej, gdy tej szansy Panu Bogu nie daje społeczność. Jest zgoła coś tragicznego w życiu społeczeństwa, gdy nie tylko tej szansy nie wykorzystuje, ale wręcz ją niszczy. Sam własnymi rękami, swą głupotą, ciasnotą, niezrozumieniem, niszczy własną nadzieję.
I w tym miejscu nie mogę przestać myśleć o nas samych, o tej polskiej rzeczywistości, o tym dziwnym społeczeństwie, którego stać na nadzieję w sytuacjach beznadziejnych, i które ją niszczy tam, gdzie jest ona możliwa. To tragizm naszego społecznego istnienia. O przykłady nietrudno. Pochłonęła nas mierność i marność codziennych dni, a wraz z nimi przyziemność i ubóstwo pragnień i myśli. A tymczasem pojawiła się dziś nadzieja na lepszy nasz byt także materialny, na większe bezpieczeństwo, a przede wszystkim na większy udział w tworzeniu przyszłości tej Europy, której częścią jesteśmy. Czy nie dostrzegamy, że oto stoimy przed możliwością zjednoczenia się nadziei wielu narodów na życie bez wojny, bez cierpień, w poszanowaniu człowieka i różnorodności jego myśli i wierzeń? Lecz my w tym momencie właśnie, zamiast zgodnego działania, by ten wysoki cel się ziścił, pozwalamy, by nasza zaściankowość, partykularyzm, wąskie interesy, a przede wszystkim nacjonalistyczne aberacje działały przeciw ziszczeniu się tej nadziei. Czyż rzeczywiście chcemy, by los nas skazał na wegetację, na istnienie gdzieś na marginesach polityki i kultury?
Myślę, że mówiąc dziś o nadziei, nie powinniśmy przemilczeć tej smutnej refleksji nad naszą rzeczywistością. Nadzieja dziś nie może być tylko pojęciem, nad którym zastanawia się filozof. Zbyt jest konkretna, zbyt istotna dla obywatelskiego bycia. Dlatego o tym tragizmie mówię i o tej konieczności działania. Czasem bowiem mi się wydaje, jakbyśmy oczekiwali, ze ten cel „dobrego państwa” przyjdzie jako cud, jako dar nieba, i że możemy go spokojnie oczekiwać, bez wysiłku.
To właściwie wszystko, co chciałam powiedzieć. Skoro jednak są to ,,Dni Tischnerowskie” to dodam, że dziś Tischnera jako człowieka nadziei, brak. Może on by potrafił przemówić do tych, co nadzieję niszczą, do tych, co nie rozumieją nadziei świata, i bieg tego świata próbują powstrzymać. Takim ludziom Tischner wróżył, że ich wsteczne starania „puste i bezsensowne zaowocują bezsensownymi pobojowiskami”.


Nadzieje zawiedzione


Charles Taylor: – Chciałbym zacząć od innego punktu. Najpierw trzeba stwierdzić, że nadzieja jest niezbędna – bez niej nie można myśleć, planować, działać. Nie jest to coś, co stanowi opcję. Zauważmy, że kiedy nadzieja zostanie pogrzebana w jednym miejscu, ludzie zaczynają jej szukać gdzie indziej. Chciałbym podjąć ten wątek w kontekście współczesnej cywilizacji. Punktem wyjścia były dla tej cywilizacji nadzieje związane z postępem. Potem okazało się, że są one zawodne, bo nadziei związanych z pewnym rodzajem postępu nie da się urzeczywistnić. Jednym z najlepszych przykładów jest komunizm, który miał właśnie takie nadzieje i zostały one pogrzebane. Ale to samo dzieje się – i to w dramatyczny sposób – na Zachodzie. Po wojnie zachodnie demokracje przeżyły 30 szczęśliwych lat. W latach 70. nastąpił kryzys naftowy i wszystko zaczęło się trząść w posadach. Wtedy pojawiły się nowe idee, np. neoliberalizm. Uważano, że wystarczy wolny rynek, byśmy znów zaczęli iść w górę.
Zazwyczaj jest tak, że kiedy nadzieja zostanie zawiedziona, ludzie zwracają się do wewnątrz: do własnego życia, w stronę prywatności. Mają nadzieję, że coś się poprawi w ich własnym życiu. W zachodniej cywilizacji pojawiają się takie okresy, kiedy społeczeństwo staje się bardziej sprywatyzowane, wewnętrzne. Ważna okazuje się wówczas taka forma nadziei, która przewiduje jakieś rzeczywiste możliwości.
Ale jest jeszcze inny punkt widzenia, również bardzo istotny w zachodniej kulturze. Pojawia się idea głosząca, że można się wyrwać z przejścia nadzieja–beznadzieja, bo być może naprawdę silni ludzie mogą żyć bez nadziei. To bardzo wpływowy sposób myślenia, reprezentowany choćby przez Nietzschego czy Camusa. Taka jest interpretacja Nietzscheańskiej „idei wiecznego powrotu” – jeśli można pogodzić się z powrotami, z ciągłymi przemianami nadziei–beznadziei, to wtedy urzeczywistnia się ideał człowieczeństwa. Jeżeli wszakże przyjmiemy taki punkt widzenia, co tracimy? Nadzieja jest jedną z trzech cnót teologicznych. Czy jest coś istotnego w ciągłym poddawaniu się kołowrotkowi nadziei-beznadziei? Myślę, że można nadzieję rozumieć inaczej – jako coś twórczego, dzięki czemu urzeczywistniamy to, co nowe i ważne. Coś bardzo odległego od codziennego kołowrotu zawiedzionych nadziei na lepsze życie. I tak rozumiem nadzieję jako cnotę teologiczną. Nauczyłem się tego od księdza Tischnera.


Nadzieja na nic


Krzysztof Michalski: – Pani profesor Skarga ma rację: w naszej dzisiejszej rzeczywistości bardzo brakuje Józka, ponieważ on umiałby znaleźć w tym, co się teraz dzieje, szansę na nowe odrodzenie, a jednocześnie potrafiłby nas do tego zmobilizować. Kiedy przyjeżdżał do mnie do Instytutu, czasami przychodziłem do jego pokoju, żeby posiedzieć tuż obok, nawet nic nie mówiąc. Dostawałem wtedy zastrzyk optymizmu, który wystarczał mi na 24 godziny. 
Wydaje mi się, że dzisiaj wiele moglibyśmy się nauczyć zarówno od Tischnera-osoby, jak i od Tischnera-myśliciela. Nauczyłem się od niego podobnych rzeczy jak profesor Taylor: umiejętności nadziei, która nie jest nadzieją na coś konkretnego. Jak łatwo zauważyć, to słowo odnosi się do dwóch zupełnie różnych wymiarów ludzkiej kondycji. Naturalnie odnosi się do codziennego życia, w którym chcę zrobić to czy tamto: mam nadzieję, że zdam maturę albo że kiedyś sprawiedliwość społeczna stanie się powszechna. I to jest bardzo ważne: prawdopodobnie bez tego rodzaju nadziei grupowej czy indywidualnej nigdy nie będziemy potrafili żyć. I być może jest tak, że hybris XX wieku, o czym wspomniał Charles Taylor, związane były z tym, że nadzieje na coś konkretnego – że będzie mi lepiej, że ludzkości będzie lepiej, że zrealizuje się jakiś scenariusz – stawiano w miejscu tej drugiej nadziei, która nie jest nadzieją na coś konkretnego. Tischner pamiętał o tym wymiarze nadziei, kiedy pisał o spotkaniu z innym człowiekiem, a także wtedy, gdy spotykał się z ludźmi. Wykrzesywał iskierkę ducha u tych, u których ja nigdy w życiu nie próbowałbym jej szukać. Nie dlatego, że jak dobry nauczyciel matematyki starał się wydobyć z niezdolnego ucznia odpowiedź, że dwa plus dwa to cztery, nie dlatego, że wiedział z góry, jaka jest odpowiedź. W spotkaniu z innym człowiekiem widział szansę – nadzieję, na to, że stanie się coś nowego, nadzieję bez przedmiotu. Nadzieją stawało się stworzenie przestrzeni, w której może się zdarzyć coś nieoczekiwanego.
Nadzieja, która nie liczy na coś konkretnego, jest naturalnie bardzo bliska innej cnocie – miłości, która nie jest wyrachowana. W miłości, podobnie jak w nadziei, istnieje wymiar nieobliczalny, otwarcie na coś nieznanego, niespodziewanego. Ten wymiar przynależy Bogu. To nie jest tak, że sacrum to jakiś nieznany kraj, do którego sami znajdziemy kiedyś klucz, albo da nam go jakaś instytucja i wtedy doń wejdziemy prosto ze sfery profanum. Boski wymiar tego, co przeżywamy w codziennym życiu, otwiera się w każdym możliwym ruchu, w każdym spodziewaniu się czegoś, w każdym momencie miłości.
Gdy myślę o temacie tego spotkania – i sądzę, że posuwam się śladami Tischnera – to myślę o nadziei, która jest nadzieją Nietzschego, nicości. Konsekwencje są daleko posunięte, bo jeśli jest tak, że rzeczywiście w ludzkiej miłości czy w ludzkiej nadziei kryje się ów wymiar niewyliczalny, to okazuje się, że wszystkie nasze pojęcia – łącznie z moralnością, wiedzą, pojęciami filozoficznymi – są tymczasowe, tylko na teraz. Boski wymiar tajemnicy, nie dający się wyrazić, poza dobrem i złem, stawia je pod znakiem zapytania. Wydaje mi się, że bez tego wymiaru nadziei, jak i bez tego wymiaru miłości ludzka kondycja nie da się zrozumieć.


Myśli o beznadziei


Władysław Stróżewski: – Chciałbym się jeszcze raz zastanowić nad niektórymi przynajmniej metafizycznymi uwarunkowaniami nadziei. Pierwsza sprawa, to czas, w szczególności potrzeba wychylenia się w przyszłość, żeby w niej oczekiwać czegoś pozytywnego. Nadzieja jest jakimś sposobem bycia nastawionym na przyszłość, i to przyszłość, która powinna być. Na tym polega ostatecznie nasycona wartościami istota nadziei.
Nadzieja jest czymś ze swej istoty aksjologicznym – i ten element zawierał się w refleksji księdza Tischnera. Po to, by ten czas mógł być rzeczywiście oczekiwany, sama rzeczywistość musi mieć pewną szczególną strukturę i my w jakiś sposób sami musimy się w niej znaleźć. To nie może być np. rzeczywistość radykalnie deterministyczna. W rzeczywistości radykalnie deterministycznej, w której wszystko byłoby przewidziane wedle jakichś z góry narzuconych praw, nie byłoby miejsca na nadzieję. Tak samo w rzeczywistości rządzonej w sposób radykalnie racjonalistyczny, w której wszystko byłoby przewidywalne – tam także nie byłoby miejsca na nadzieję. Coś takiego miał chyba na myśli profesor Michalski, mówiąc o czynniku niepewności. To sprawa niezwykle ważna, bo gdyby teraz przejść do przykładów bardziej praktycznych, może okazałoby się, że beznadzieja ustrojów totalitarnych, przez które przeszliśmy w XX stuleciu polegała m.in. na tym, że były one radykalnie deterministyczne i miały pretensje do radykalnego racjonalizmu. Przecież od góry do dołu wszystko miało być doskonale wiadome, prawa historyczne miały być niezmienne: po kapitalizmie miał przyjść komunizm, ten komunizm musiał wyglądać tak, jak zaplanował to komitet centralny sowieckiej partii komunistycznej i jak wymyślił go Stalin. A my nie mieliśmy mieć nic do powiedzenia.
Tymczasem naprawdę jest inaczej. Pan Bóg stworzył świat dziurawy, z pewnymi miejscami niedookreślenia, które są do wypełnienia przez nas. Kiedyś ksiądz Pietraszko powiedział, że zadaniem człowieka jest być współbudowniczym dobrego świata – nie jego poprawiaczem, tylko współbudowniczym świata, który został zaprogramowany dobrze, ale w taki sposób, żeby działalność człowieka mogła się w nim w pełni zrealizować. I tu jest dopiero miejsce na właściwie rozumianą nadzieję.
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedną sprawę. Od czasu Sokratesa istnieje przeświadczenie (któremu najlepszy wyraz dał Platon), że aby poznać istotę jakiegoś zjawiska, warto przeciwstawić je jego przeciwieństwu. Co jest przeciwieństwem nadziei? Rozpacz. Kiedy rodzi się rozpacz? Wtedy, gdy nasze oczekiwania – i to uzasadnione – nie są realizowane. Nagle widzimy, że to, co było dla nas niesłychanie ważne, idzie w innym kierunku niż oczekiwaliśmy, w dodatku w kierunku złym nie tylko dla nas samych, ale złym obiektywnie. Rodzi się rozpacz jako wynik radykalnej niezgody na to, co się stało, ale rodzi się także rozpacz z powodu nieznalezienia w sobie siły, by temu stanowi rzeczy się przeciwstawić i żeby próbować go zmienić. Rodzą się pretensje do losu, do Boga, ale wydaje się, że mimo wszystko w rozpaczy – bez względu na to, czy będzie się ona wyrażała w krzyku, czy tylko w niemym bólu – jest jeszcze iskra nadziei, która może rozpalić w nas jakiś bunt.
Bardziej radykalnym przeciwieństwem nadziei jest stan beznadziei. W stanie beznadziei nie jestem zdolny zrobić czegokolwiek. Godzę się z tym, co się stało, godzę się z tym, że nie będzie lepiej i że nie mam absolutnie nic do powiedzenia. Wszystko, co się zdarzyć mogło, zdarzyło się, okazało się jednak czymś zupełnie innym niż oczekiwałem i sprawa jest już dla mnie całkowicie zamknięta. Nie tylko nie mam siły, żeby się z tego stanu wyrwać, ale nie chcę się wyrwać. To jest owo słynne „oni nie chcą chcieć”, o którym mówił Wyspiański. Czasami poezja lepiej potrafi wyrazić myśl aniżeli filozofia. Dlatego chciałbym jeszcze zacytować fragment wiersza Leśmiana, który jest bardzo dobrą ilustracją tego stanu beznadziei: „Kto potrafi żal dłońmi tak stłumić obiema / kto zdoła gdy mu z oczu nicość jawę zmiecie / tak nic nie mieć / naprawdę nic nie mieć na świecie / jak człowiek co nic nie ma / naprawdę nic nie ma”. Oto człowiek niezdolny już do jakiegokolwiek wysiłku, do jakiejkolwiek nadziei.
Czy z tego przeciwstawienia płyną jakieś pozytywne wnioski? Nie chciałbym, żebyśmy pozostali pogrążeni w myślach o beznadziei. Nie, nie jest tak źle. Zawsze istnieje jakaś możliwość wyjścia: trzeba szukać go w sobie, ale wolno – tym zwłaszcza, którzy mają wiarę – szukać tej możliwości w Absolucie. Wtedy jest szansa znalezienia drogi wyjścia z największej nawet beznadziei. Do takiej nadziei mamy chyba prawo.

Nadzieja życia społecznego


Barbara Skarga: – Chętnie porozmawiałabym o nadziei w planie społecznym. Ale zawsze jest także plan egzystencjalny. I tu trzeba sobie powiedzieć wprost – myślę, że to właśnie chciał powiedzieć Władysław Stróżewski – że bez nadziei właściwie żyć nie sposób. Bez nadziei życie w jakiś sposób się kończy, zamiera. Ale oprócz nadziei w nas samych – która może rzeczywiście idzie, jak powiedział tutaj Krzysztof Michalski, „ku Tajemnicy” – istnieje nadzieja życia społecznego, za którą jesteśmy odpowiedzialni.
Krzysztof Michalski: – Połączenie tych dwóch wymiarów wydaje mi się bardzo istotne. Można mówić jednocześnie o wymiarze społecznym i o wymiarze egzystencjalnym: o kondycji ludzkiej. Bardzo dobrze pokazał to Charles Taylor. Można mieć nadzieję, że ludzkość kiedyś jakaś będzie i że ma się jakiś plan. Niektórzy, jak choćby Marks, a zwłaszcza jego koledzy, myśleli, że historia rozwija się według pewnego planu i że w związku z tym prędzej czy później konieczność historyczna zaprowadzi nas tam, dokąd ma nas zaprowadzić. Była to być może tylko parodia nadziei. Ale było to prawdziwe – nie tylko jako fakt, ale jako coś, co motywowało ludzi do rzeczy dobrych, podejmowanych, by usunąć biedę, nierówność. Jeśli warunkiem możliwości, przesłanką działania w tym kierunku jest nadzieja, to lepiej. Okazało się jednak, że nadzieje grupowe są płonne i że niekoniecznie trzeba to rozumieć jako rezygnację z jakiejkolwiek nadziei.
Można mieć przekonanie, że pojęcia konieczności historycznej i żelaznych praw historii są nonsensem. Można być pesymistą jak Max Weber i uważać, że wszystkie nasze wysiłki prędzej czy później zakończą się niepowodzeniem – niemniej każdy z nich może mieć sens, z którego nie wolno zrezygnować. Rezygnacja ze zbiorowej nadziei nie musi prowadzić do rezygnacji z nadziei w sensie społecznym, ale do zmiany jej formuły. Tu chciałbym powiedzieć słowo na temat rozpaczy. Dla nadziei boskiej, niewyliczalnej, rozpacz jest warunkiem, a nie opozycją – rozpacz rozumiana nie jako stan psychiczny, ale jako przekonanie, że w rzeczywistości nie ma żadnych trwałych struktur, nawet tych, które zostawiają jakieś punkty niedookreślone. A jeśli tak, to również wszystko, co jest mi drogie i własne, do czego się przyzwyczaiłem, też jest prowizoryczne. I z punktu widzenia tajemnicy, drugiego przyjścia, przyszłości, apokalipsy; z punktu widzenia tej drugiej strony, której nigdy nie mogę przewidzieć – wszystko to jest kruche. W każdej chwili muszę być gotów do odejścia. Oczywiście nie mogę zrobić tego bez rozpaczy, bo jednak lubię, kocham, jestem przywiązany – ale nie ma jednego bez drugiego.
Nie można rozumieć nadziei metafizycznej czy nadziei religijnej jako przedłużenia nadziei zwykłej, codziennej. To nie są te same rzeczy. Jedna nie jest kontynuacją drugiej. Raj nie jest kontynuacją tego, co się teraz dzieje – nie będę miał znowu 33 lat. W naszej dyskusji pojawiają się dwa obrazy: współczesny Polak, który traci nadzieję, a z drugiej strony nadzieja sakralna. Na pewno jeden obraz uzupełnia drugi, ale nie wolno zapominać, że między nimi jest kompletne pęknięcie. Dlatego nie ma wyobrażenia konkretnego stanu, do którego ludzkość może dotrzeć. To jest nadzieja na nicość, która zakłada rozpacz.


Nietzsche i nicość


Władysław Stróżewski: – Zgadzam się, że nie ma całkowicie trwałych struktur i że zburzenie każdej struktury, do której się przyzwyczaiłem, może być związane z jakąś rozpaczą. Zgadzam się też, że nadzieja, która jest jak gdyby nadzieją wyższego rzędu – nadzieją sakralną – jest czymś zupełnie innym niż nadzieja codzienna. Brakuje mi tu jednak jednego elementu. Ta nicość, o której mówił Krzysztof Michalski, nie jest nicością, która ma pochłonąć wszystko – to byłoby zupełne przekreślenie nadziei. Jednym z warunków nadziei jest wiara w sens mimo tego, co się dzieje. Ten sens musi być rozumiany jako wszechobejmujący, chociaż prawdopodobnie partykularyzujący się na bardzo rozmaitych płaszczyznach. Tam, gdzie tracę poczucie sensu, mogę mieć nadzieję, że jest sens wyższego rzędu. Jeżeli stracę nadzieję w sens wyższego rzędu, mogę mieć nadzieję na sens jeszcze wyższego rzędu – aż do Absolutu. Wszystko zależy od tego, czy przyjmujemy, że jest coś takiego jak Logos, który jest Logosem metafizycznym, nie tylko kosmicznym. Na poszczególnych odcinkach wszystko może wyglądać tragicznie, może zmieniać się w nicość, ale w całości, w którą wkomponowany jest człowiek – bezcenne indywiduum, nawet jeżeli przechodzi przez fazę rozpaczy – wszystko znajduje gdzieś swój sens.
Nie wiem, czy tak jest. Ale stawiam pytanie i podejrzewam, że przynajmniej hipoteza tego rodzaju może okazać się tutaj potrzebna.
Barbara Skarga: – Widzę, że wkroczyliśmy na szerokie tory filozofii, historii, determinizmu, indeterminizmu, regularności, sensu historii. Nie przypuszczam, by istniała jakaś regularność w historii, jakiś jej cel, jakieś zaplanowane dążenie ku czemuś całej ludzkości. Wydaje mi się, że to, co obserwujemy, jest pełne niespodzianek, wydarzeń, zmian – raczej chaosu niż regularności. W chaotycznej rzeczywistości, która porządkuje się tylko w pewnych miejscach, żeby po iluś wiekach czy dziesiątkach lat rozbić to uporządkowane miejsce, istnieje coś takiego, jak przekraczanie tej rzeczywistości przez myśl ludzką.
Nadzieja przekracza to, co jest, sięga dalej, ale musi mieć pewien cel, pewne wyobrażenie. Nadzieja musi być związana z czymś, czego się rzeczywiście pragnie. Jeżeli to jest tylko nicość – to jest to nic. Nie cierpię słowa nicość, tego „nic”, bo nic to jest nic. Tego, co jest przed nami, nie nazwałabym sensem ani logosem, dla mnie to po prostu coś, o czym nie wiem. Przyszłość jest nieprzewidywalna. Wiem tylko, że człowiek, by żyć sensownie dla samego siebie, musi myśleć więcej – tak, jak mówił Kant. Musi przekraczać to, co jest dokoła niego. Musi sięgać myślą dalej. To może być nieskoordynowane, niesprecyzowane, ale w tym umieszcza swoją nadzieję. Bez tego nie ma życia, więc to nie może być nic. Co to jest? Nie wiem.
Ja i Krzysztof Michalski jesteśmy z różnych pokoleń. Dla mojej generacji nazwisko, które Pan tak kocha, zawsze przywołuje myśl o „nadludziach”, którzy jeździli na motocyklach po ulicach Warszawy czy Wilna w mundurach i kaskach. Niestety, moje pokolenie od tego oderwać się nie może. Za dużo widzieliśmy. Jak się mówi w sposób nieokreślony o tym „nic”, albo po heideggerowsku o „przyszłych”, a też nie wiadomo, kto to jest – to ja się boję, że wkraczamy na płaszczyzny absolutnie puste, które nie mają w sobie takiego momentu, który człowiekowi jest potrzebny. Człowiek musi się na czymś oprzeć. Inaczej pogrąża się w pustce. W tym „nic”.
Władysław Stróżewski: – To „nic” przezwyciężyć można na dwa sposoby. Jednym jest postulat praktycznego rozumu Kanta, bez którego żyć nie można. Ale można powiedzieć to mocniej – nie w sensie postulatu, może w sensie pewnej hipotezy metafizycznej. To jest Punkt Omega Teilharda de Chardin.
Charles Taylor: – Zgadzam się z Krzysztofem Michalskim, ale spróbuję powiedzieć to nie używając terminu „nicość”. Dlaczego Weber był pesymistą? Bo dostrzegał, że wszystko, co ludzie myśleli w dziejach, okazało się z jakichś powodów błędne, prowadziło do innych skutków niż oczekiwali albo kończyło się fiaskiem. Co możemy zrobić? Robić dalej to, co robimy: z wiedzą, którą dysponujemy, urzeczywistniać dobro. To jest warunek człowieczeństwa. W tym kontekście mówiliśmy o ideale Camusa i Webera. Trzeba działać dalej, nie mając pewności na nic. W tym kontekście idea nicości, o której mówił Krzysztof Michalski, ma sens; kiedy mamy nadzieję na coś, co się urzeczywistnia inaczej, nie w pełni, kiedy nadzieja nas zawodzi, to nadal, działając, coś urzeczywistniamy, osiągamy jakieś dobro. Nasza obecność przy śmiertelnie chorym przyjacielu jest czymś pozytywnym. Uczestnictwo w takiej sytuacji może nieść nadzieję, że urzeczywistni się coś, czego nie dałoby się zdefiniować wcześniej. Tego nauczył mnie Tischner. Chociaż na co dzień funkcjonujemy w różnych strukturach, prawdziwa nadzieja przenosi nas ponad rozczarowanie i beznadzieję. Nadzieja chrześcijańska może nas zaprowadzić w stronę buddyjskiego pojęcia nicości, ale nie musimy iść tą drogą, musimy tylko pamiętać o tym, że nadzieja przenosi nas ponad ustrukturyzowane życie. Jeśli w takim życiu coś wydaje się nie mieć sensu, czy też nie mieć szans na powodzenie, to i tak – mając nadzieję – możemy coś urzeczywistnić.
Krzysztof Michalski: – Żeby się z tego Nietzschego wyswobodzić, podam inny przykład. Pani Profesor Skarga wstawiła nadzieję w kontekst dwóch innych pojęć, przywołując triadę: nadzieja–miłość–wiara. Miłość – kochając kogoś drugiego, oczekuję różnych rzeczy i w tym sensie mam nadzieję: że się z nią ożenię, że mnie pokocha, że będziemy szczęśliwi, że będziemy mieli dużo dzieci. Wszystko to ma uzasadnienie i bez miłości drugiej osoby nie jest możliwe. Ale jest jeszcze coś więcej. Miłość ma wymiar, w którym nie liczy się na nic. Miłość staje poza wszystkimi oczekiwaniami. Powstaje wymiar nie liczenia się z niczym, czyli podejmowania maksymalnego ryzyka. Ta miłość jest tak intensywna, że w ogniu, który pali się we mnie, wszystko co mam, może zostać spalone. To jest ukryty cytat z Orygenesa, nie trzeba Nietzschego. Ogień może oczywiście oczyszczać, a wtedy coś takiego jak np. dusza – rodzaj diamentu, który nie spłonie w tym ogniu – oczyści się. Z drugiej strony, ten sam Orygenes mówi, że inny ogień – ten, który miałem na myśli, mówiąc o miłości, która na nic już nie liczy, ryzykując wszystkim – nie oczyszcza: nic już nie zostaje, a jednak jest to największa nadzieja z możliwych. Podobnie jak w miłości, jest to jej maksymalna intensyfikacja.
Głos z sali: – Czy pewien typ nadziei nie jest równoznaczny z zaufaniem?
Władysław Stróżewski: – To są chyba dwa równoległe doświadczenia. Ufność jest pewnym stanem skierowanym zawsze ku komuś: ja komuś ufam. Oczywiście mogę w kimś pokładać nadzieję i dobrze, jeśli pokładam ją w kimś, kto na to zasługuje i kto jest godny, by przyjąć mój dar pokładanej w nim nadziei. Z ufnością jest chyba podobnie. Ufam komuś, kto na zaufanie zasługuje. Tu musielibyśmy podjąć się analizy fenomenu ufności. To jest coś bardzo ważnego i może być rozmaicie rozumiane. Czy ufność odnosi się do drugiego człowieka? Niewidomy ufa swojemu psu przewodnikowi. Istnieje ufność przez wielkie „U”, żeby przypomnieć choćby zdanie pod obrazem Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Twardowski powiedział, że ufność jest tym, co nas spotyka, przychodzi spoza nas i jest czemuś potrzebne. To prawda.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl