Tischner na ekranie

WOJCIECH BONOWICZ

 

 

Zdarzyło mi się nieraz słyszeć pogląd: „Nie byłoby Tischnera, gdyby nie telewizja”. Na ogół wypowiadano go z przekąsem. W takich sytuacjach mówiłem sobie: jakże mało wiedzą o autorze „Etyki solidarności” ci, którzy formułują podobne opinie! Z czasem jednak dotarło do mnie, że słowa te – jeśli usunąć akcent złośliwości czy zazdrości – są w dużym stopniu prawdziwe. Dla wielu, wielu ludzi nie byłoby Tischnera, gdyby nie obraz telewizyjny.

 

 

A w każdym razie byłby to inny Tischner: bez twarzy, bez rozbrajającego uśmiechu, bez charakterystycznej gestykulacji, Tischner-tekst, któremu ufałoby się może tak samo, ale kochało znacznie mniej. Kiedy oglądam filmy i programy telewizyjne z jego udziałem, poddaję się jego głosowi, ale śledzę przede wszystkim pracę rąk. Czasem dłonie jakby coś wypuszczały: zgięte palce nagle rozprostowują się i oddalają od siebie. To gest powierzenia myśli. Innym razem dłoń próbuje uchwycić coś w powietrzu, jakby obejmowała niewidzialną kulę. To próba doprecyzowania, o czym mowa. Niekiedy otwarte dłonie rozchodzą się: mówiący podkreśla w ten sposób, że należy jedną rzecz oddzielić od drugiej lub też spojrzeć na nie w szerokim kontekście. Czasem „pracuje” tylko sam wskazujący palec – punktuje kolejne kwestie albo stawia przy nich znaki zapytania...
Nie mielibyśmy wciąż ze sobą tego świata gestów, gdyby nie telewizja. To znamienne, że na tegorocznych Dniach Tischnerowskich przegląd filmów o ich bohaterze pojawił się w programie tuż po Mszy inauguracyjnej. Być może to dwa najlepsze sposoby przywołania jego obecności: modlitwa i żywy obraz.
Można powiedzieć, że Tischner miał wyjątkowe szczęście: dzięki zapobiegliwości rodziców-nauczycieli jego wczesne dzieciństwo (aż do wybuchu wojny) zostało bardzo dobrze udokumentowane fotograficznie. Z kolei lata 90. – ostatnią dekadę życia – zapisano na taśmach filmowych. Pierwszy i, jak dotąd, najdłuższy (a także merytorycznie najlepszy) film o Tischnerze – „Tak się toczy moja myśl” – nakręcił na początku tych lat Ignacy Szczepański. Był to prezent na 60. urodziny Księdza; w filmie pojawia się liczne grono jego krakowskich, podhalańskich, a nawet wiedeńskich przyjaciół i znajomych. Pojawia się też, w krótkiej scenie, jego mama. Film Szczepańskiego jest znakomitym komentarzem do filozofii Tischnera, ale też – do jego życiowych wyborów; on sam przejmująco mówi tam na przykład o swoim kapłaństwie. Widzimy go podczas wykładu o rozumieniu wolności u Hegla w auli Collegium Novum, ale też w trakcie idącej ulicami Krakowa procesji Bożego Ciała, Mszy Ludzi Gór pod Turbaczem czy nabożeństwa dla Związku Podhalan w Ludźmierzu. Oglądamy zdjęcia ze sławnych kollokwiów w Castel Gandolfo i śmiejemy się wraz z nim, słuchając wiersza Wandy Czubernatowej o kacu. Są też sceny symboliczne, na przykład kiedy Ksiądz poucza jednego z obecnych senatorów (dziś niechętnie przyznającego się do przyjaźni z Tischnerem), że w gospodarce od pieniędzy ważniejsza jest głowa...
Nie było wątpliwości, że film Szczepańskiego musi się pojawić podczas tegorocznego przeglądu. Czym jednak go obudować? Materiału jest dużo. Od cyklu audycji poświęconych filozofii pracy, nagranych w krakowskiej telewizji na przełomie lat 1989/1990, do popularnej ekranizacji jego „Historii filozofii po góralsku”, poruszającej tym bardziej, że każdy odcinek otwierają i zamykają zdjęcia Księdza z okresu choroby. Od rozmów z Tischnerem prowadzonych przez kilka lat przez katowicką dziennikarkę Ewelinę Puczek po powstałe w tym samym czasie dyskusje o katechizmie z Jackiem Żakowskim czy bardzo lubiany przez telewidzów serial „Siedem grzechów głównych po góralsku”. Co wybrać? Niewątpliwie, trzeba było czymś widzów zaskoczyć; stąd czterominutowy fragment jednego z odcinków „Ulicy Sezamkowej”, wyemitowanego we wrześniu 1997 roku. Podziwiam inwencję scenarzystów – w krótkiej scence udało im się wykorzystać Tischnera w potrójnej roli: osobowości medialnej (Ksiądz czeka na spóźniającą się owieczkę-dziennikarkę), człowieka gór (wszystko odbywa się w scenografii wykorzystującej rozmaite podhalańskie rekwizyty, a sam Tischner tłumaczy, czym jest gwara) i księdza (motyw pasterza i owieczek). Ten ostatni wątek został zresztą znakomicie spuentowany, kiedy na pytanie: „Co zrobić, żeby owieczki się nie gubiły?”, Ksiądz odpowiada, że to zależy, czy gubią się z nawyku, czy z natury. Bo jak z nawyku, to nawyki można zmienić, „a jak z natury – e, to lepiej nie próbować”.
Pierwszy przegląd filmów o Tischnerze musiał jednak przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie o znaczenie daru, którym był sam Ksiądz. Z tym pytaniem bowiem przychodzą na Dni Tischnerowskie ich uczestnicy. Jestem przekonany, że najgłębszy sens tej biografii, sens życia i śmierci Tischnera, daje się wypowiedzieć tylko językiem religijnym. A konkretnie: językiem ofiary i zmartwychwstania. Stąd tegoroczny przegląd otworzył film Winfrida Spinlera „...gdzie ja idę, wy kiedyś pójdziecie”: nagrane wczesną wiosną 1996 roku w Łopusznej rozważania Tischnera o misterium paschalnym. Obraz ten jest szalenie przejmujący: pełnym spokoju i powagi tonem Tischner mówi o najgłębszych tajemnicach wiary, w tym o tajemnicy losu człowieka, który w sytuacji cierpienia zostaje jak gdyby wypuszczony przez Boga z ręki i spada w przepaść... A jednak dzięki wierze, a może bardziej jeszcze dzięki miłości rodzi się w nim nadzieja, że po drugiej stronie przepaści czeka ta sama ręka Ojca. W końcowej sekwencji widzimy Tischnera odchodzącego w stronę rozświetlonej białym światłem bramy i słyszymy to wezwanie, które często powtarzał: nie bójcie się, nie jesteście na tej drodze pierwsi.
Podobną wymowę ma rozmowa „O wcieleniu” nagrana w cyklu „Rozmów na koniec wieku”; stąd – wraz z filmem Spinlera – spięła ona klamrą opisywany wieczór. Znów zabrzmiały słowa o Bogu, który pozazdrościł człowiekowi ciała, i o tym, że Wcielenie oznacza, iż „ciało nie jest głupie”, tylko my nie umiemy – czy nie chcemy – żyć w zgodzie z jego logiką. A logika jest taka – mówił Tischner – że „kiedy dochodzi się już do mojego wieku, ma się bardzo dużo kolegów, czasem nawet dostaje się jakieś pieniądze i wtedy się śpiewa: »Coz mi po piniązkach na tym Bożym świecie, kie mie ze cmentarza syćka odyndziecie«”. Bóg mógł zbawić świat bez śmierci Syna, a jednak wybrał tę samą drogę, którą przejść musi każdy człowiek. Na tej drodze uczymy się tracić siebie, aby siebie znaleźć...
Opuszczaliśmy budynek krakowskiej PWST w przekonaniu, że – podobnie jak za życia Księdza – spotkanie z nim odsłoniło nam coś z prawdy o nas samych. Niektórzy pytali: „Czy taki wieczór uda się jeszcze powtórzyć?” W każdym razie – należy próbować.



Wojciech Bonowicz, redaktor „Znaku” i stały współpracownik „TP”, autor nominowanej w tym roku do Nagrody Nike biografii ks. Tischnera, był autorem wyboru filmów o autorze „Księdza na manowcach”, które pokazano pierwszego dnia Dni Tischnerowskich w sali im. Wyspiańskiego krakowskiej PWST.

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl