Sen Hrabiego
MICHAŁ
KOMAR
List, którego fragmenty publikujemy poniżej, napisany został przez hrabiego Josepha de Maistre wiosną 1813 roku, w czasie podróży przyszłego autora „Les soirées de Saint-Pétersbourg ou entretiens sur le gouvernement temporel de la Providence” do Kalisza (gdzie znajdowała się kwatera cesarza Aleksandra I). List adresowany był do Natalii Wiaziemcow, narzeczonej Rudolfa de Maistre, syna filozofa, oficera armii rosyjskiej. W 1918 roku archiwum rodziny Wiazemcowów zostało przewiezione zrazu do Ankary, potem do Lyonu i przekazane ks. Jean-Loup Leclercowi, znanemu w latach 1903–1912 aktywiście Action Française, później zaś bliskiemu współpracownikowi George’a Valois, twórcy Faisceau. Latem 1989 roku wnuk cioteczny duchownego i jego spadkobierca przegrał (w domino, warcaby, na koniec zaś w salonowca) znaczną część tego bezcennego zbioru do profesora Stefana Mellera, ten zaś – wiedząc o podjętych przez „Tygodnik Powszechny” przygotowaniach publikacji dotyczącej prof. Leszka Kołakowskiego – zechciał w październiku 2002 roku umożliwić nam dokonanie przekładu listu i przekazanie go redaktorom „TP”.
Wkrótce mogłem się przekonać, że w Polsce pluskiew jest tyle samo co w Petersburgu oraz, że wielkim rozgłosem cieszy się filozofia niemiecka.
W podróży towarzyszył mi major gwardii Witalij Lewaszenko, zwany w towarzystwie Pietuchem1, którego na Wielkanoc 1811 roku poznałem był na raucie u hrabiego Woroncowa; przedstawiał się wówczas jako pułkownik wojsk polskich Parys Ostoya-Potocki, zasłużony w likwidacji rokoszu jakobińskiego w Warszawie w 1794 roku, czego mu szczerze gratulowałem, on zaś stał skromny, milczący i dzwonił orderami. Teraz rozmowny ponad miarę częstował mnie wódką, która wedle jego mniemań chroni przed mrozem, oraz namawiał do zatrzymania się w Warszawie w Hotel d’Allemagne2, gdzie jakiś czas temu mieszkał słynny filozof niemiecki Johann Fichte3. Ponieważ nigdy o takim filozofie nie słyszałem, a przez grzeczność nie chciałem kwestionować opromieniającej go sławy, poprosiłem majora-pułkownika o parę słów przybliżających dzieło myśliciela.
Ten jednak oświadczył, że osobiście nie zna języka niemieckiego, wiele jednak dobrego słyszał o nim od swego stryja, którego kolega tym językiem włada znakomicie, mnie zaś radzi, bym przed położeniem się spać natarł kark, szyję i inne części ciała perfumą piżmową, a to z uwagi na pluskwy liczne we wszystkich hotelach warszawskich, z tym jednak, że w Hotelu d’Allemagne mniej kąśliwe. Dziękując mu za radę pogrążyłem się w namyśle: czy w istocie winienem dać odpór żuchwom tych stworzeń, czy też na odwrót, wystawić swe ciało na udręki; czyż zło, którego doświadczamy, nie jest oczyszczającą karą? I czy jest jakieś miejsce w Warszawie, gdzie można nabyć perfumy? A czy pomogą? W dziełach człowieka wszystko jest tak mizerne, jak ich twórca: zamiary ograniczone, sposoby nieporadne, środki niegiętkie, działania ociężałe, rezultaty zaś jednostajne.
Tak, pani, miło jest pośród powszechnego przewrotu, rewolucyj, wojen i republik, przeczuwać, jak ja, plany Opatrzności. Dowodem tego długa przeprawa przez rzekę Vistula, na której mimo braku kry i ciepłych tchnień wiosny nie ustawiono jeszcze mostu. Przy łodziach zabrało się lud grubo odziany, który mimo rozkazów wydawanych przez strażników za nic nie chciał ustąpić nam miejsca, a nawet jął wydawać z siebie złowrogie okrzyki wskazujące na brak subordynacji i szacunku. Wystarczyło parę zaledwie lat władzy uzurpatora Buonaparta, by ci ludzie niegdyś prości a szlachetni, wdzięczni a posłuszni, uznali się za wolnych w prawie wypowiadania posłuszeństwa zwierzchności. Ileż zepsucia! Jeśli zgodzisz się, Pani, z poglądem że jest w mocy Opatrzności wszystko, czego zapragnie, to zapewniam Cię, że nadejdzie dzień, w którym szlachetny metal narodu zostanie oddzielony od brudnego żużlu rewolty: Opatrzność nie zna łaski wynikającej z niemocy karania. Wezwany przez majora pluton żandarmerii użył batów. Jest niemożliwe, by człowiek był tym, czym jest i nie był rządzony, gdyż istota społeczna i zła musi znajdować się w jarzmie. Masy ludowe szanują rząd tylko dlatego, że nie jest ich dziełem. Ulegają zwierzchności, bo czują, że to coś świętego, czego nie mogą ani stworzyć, ani zniszczyć.
W hotelu stanęliśmy pod wieczór. Lokaj wysłany po perfumę wrócił po północy; chwiejąc się i bełkocząc tłumaczył, że po wyjściu od aptekarza został porwany przez trzech złoczyńców, ponoć inwalidów wojennych spod Austerlitz, którzy przymusili go do wznoszenia toastów z nieznanego powodu i śpiewania pieśni „Sto lat”, też z nieznanego powodu; gdy zaś zbrakło wódki, zabrali się do picia perfumy narzekając na jej zapach i nadal śpiewali. Tak, Pani, gdziekolwiek przeszedł ów korsykański potwór, tam napotkasz ślady zgubnego raka, syna pychy, ojca nierządu, co wżera się w porządek. Obliczyłem sobie jakiś czas temu, że za zbrodnie rewolucji w samej Francji winno zapłacić głową nie mniej niż cztery miliony Francuzów. Sądzę, że ów rachunek trzeba zastosować proporcjonalnie do wszystkich krajów skażonych jakobińską chorobą. Ta myśl jęła drążyć mój umysł mimo zmęczenia i potęgującej się z chwili na chwilę potrzeby snu.
Niestety w sąsiednim pokoju dwaj szlachcice polscy i jeden z Litwy zaprosiwszy kilka niewiast z ludu pobudzali je do wydawania głośnych chichotów i pisków. Lokaja wysłać nie mogłem, bo zapadł w stan odrętwienia i tylko od czasu do czasu wykrzykiwał strasznym głosem: „Sto lat”. Udałem się więc do nich osobiście i uprzejmym słowem prosiłem o uszanowanie mej dyplomatycznej godności. Wtedy jeden z nich, wionący zapachem trunku, zaprosił mnie do stołu i zapytał, czy mam jakieś wyobrażenie o dziele sławnego filozofa Johanna Fichtego (który niegdyś zaszczycił Hotel d’Allemagne), gdyż właśnie o nim toczy się dysputa, młode zaś damy, w szczególności Kaśka Duzycyc, podnoszą problem następujący: jest li człowiek neumenem, istotą wolną i moralną, czy nie jest?
Słysząc te słowa kobiety znów zaczęły piszczeć i chichotać, zaś szlachcic z Litwy natarczywie proponował mi wstąpienie do kółka miłośników filozofii. Wydaje się, że kółka filozoficzne są dosyć popularne w tym kraju, tak pomiędzy szlachtą, jak i wśród ludu. Gdy odmówiłem, wyraził chęć stoczenia pojedynku na szable lub chociażby siłowania się na rękę, jak to zazwyczaj – twierdził – czynią ludzie honoru. W pokoju było ciemno od węgli w piecu i tytuniowego dymu. Na stole stały liczne flaszki. Połowa była pusta, połowa zaś napoczęta. Kobiety nadal chichotały. Oto dlaczego największą plagą świata było zawsze to, co nazywamy filozofią, zważywszy, że filozofia jest niczym innym jak samodzielnie działającym rozumem ludzkim, i że rozum ludzki, ograniczony do sił jednostkowych, staje się tępym bydlęciem, którego cała potęga streszcza się w niszczeniu.
Powróciwszy do swego pokoju ległem w pościeli. Wrzaski zza ściany nieco ucichły. Gdy tylko zapadła cisza, poczułem dotkliwe pieczenie karku oraz łydek. Nie wiem, Pani, ile pluskiew przyszło mi zabić, jestem jednak pewien nade wszystko, że właśnie wtedy przez mój umysł na wpół przytomny ze zmęczenia przebiegła myśl: zło istniejąc na ziemi, działa stale, a zatem koniecznie musi być stale hamowane przez karę; jest przeznaczeniem zwierzchności karanie zła i z tego powodu władza jest nieomylną w każdej dziedzinie, w której zło się ukazuje, a ukazuje się w każdej. Z ta myślą niepostrzeżenie zasnąłem.
Przyśnił mi się młody człowiek w średnim wieku, szczupły, o twarzy pociągłej, szlachetnym spojrzeniu i wielce grzeczny, który po wymianie uprzejmości oświadczył, że od dawna pragnął porozmawiać o mych – jak się wyraził – dziełach filozoficznych. Nie będąc pewnym, czy aby nie drwi, gdyż o filozofach nigdy nie miałem, jak wiesz, dobrej opinii, zadałem mu dwa pytania. Pierwsze: czy był ostatnio przyjęty przez Najjaśniejszego Pana, Monarchę Francji?, drugie: w jakim miejscu prowadzimy rozmowę?
Na to młodzieniec z wielką pewnością siebie stwierdził, że we Francji panuje republika, a jeśli idzie o miejsce spotkania, to wizytuję jego sen w Warszawie, w szóstej dekadzie XX wieku. Co do republiki, to sądzę, że chciał mnie rozzłościć, gdyż jest rzeczą oczywista, że w XX wieku w Europie będzie panowała zasada monarchii, gdyż taki jest rozpoznany przeze mnie plan Opatrzności. A co do drugiej odpowiedzi... Nie przeczę, że mnie rozbawiła, gdyż – jeśli uwzględni się porządek historyczny – ponad wszelką wątpliwość ja śniłem pierwszy, a skoro tak, to tylko ja mogłem wyśnić jego, a on mnie – w żadnym rozumnym przypadku.
Młodzieniec wyglądał na stropionego, wkrótce jednak nabrał ponownie pewności i rzekł, że sprawa ma się zupełnie inaczej. Nie ulega wątpliwości, że w porządku historycznym XIX wiek poprzedza XX wiek i tylko głupiec mógłby twierdzić inaczej, nie należy jednak wykluczać innych interpretacji. Ta zbudowana na osi czasu dowodzić by mogła – że z nas dwóch tylko on mógł mnie przyśnić, gdyż zna moją biografię i dzieło, podczas gdy ja przyśnić jego zupełnie nie mógłbym, gdyż umarłem dobre sto lat z hakiem przed jego narodzinami. Ta znów interpretacja oparta na wierze we wszechmoc Stwórcy, w tym zaś w jego nieskończone poczucie humoru, czyni możebnym i taką sytuację, w której on śni mnie śniącego jego albo – na odwrót – ja śnię jego śniącego mnie, z czego może wyniknąć śmiech otwierający nasze grzeszne dusze na pokusę dobra.
Ciągnął młodzieniec, że napisał właśnie mały traktacik pt. „Klucz niebieski albo opowieści budujące z historii świętej...”, w którym na przykładach zaczerpniętych z Pisma św. ukazane zostały śmieszne, przez to zaś pouczające przypadki ingerencji Opatrzności w nędzę ludzkiego bytowania.
Odrzekłem na to, że w moim rozumieniu plan Opatrzności jest dziełem nieskończenie groźnym i posępnym; wszelka zwierzchność, poczynając od Zwierzchności Najwyższej wyraża się w groźbie kary: miecz sprawiedliwości nie posiada pochwy – zawsze musi albo grozić, albo uderzać, tedy wszelkie rozważania o poczuciu humoru Najwyższego są dowodem podstępnej dywersji heretyckiej.
Zapytał mnie wówczas ów młodzieniec, czy wedle moich mniemań Panu naszemu obca jest skłonność do uśmiechu, który rozpogadza zarówno Jego oblicze, jak i oblicze doczesnego świata? – W rzeczy samej – odrzekłem. Na to on: – Znam, jako się rzekło, twoje dzieła, a w pamięć zapadł mi fragment, w którym udowodniasz, że najdoskonalszym, wyniesionym ponad wszystkich śmiertelnych reprezentantem woli Bożej, dziełem jakiegoś fiat potęgi stwórczej jest kat, oprawca. Czy pamiętasz, hrabio, jak opisałeś jego straszną radość, która nie zna łaski uśmiechu?
Pozwól, że Ci przypomnę... na placu egzekucji zapada przerażające milczenie i słychać tylko trzask kości, pękających pod drągiem i wycie ofiary. Kat odwiązuje ją, przenosi na koło: zdruzgotane członki oplatają szprychy, głowa zwisa, włosy jeżą się, a usta szeroko otwarte wydają co jakiś czas kilka krwawych słów wzywających śmierci. Katu serce bije z radości. Winszuje sobie, szepcząc w duszy: nikt nie łamie kołem tak dobrze jak ja. Cała wielkość, cała potęga, cała dyscyplina spoczywa na kacie: on jest postrachem i więzią społeczności ludzkiej. Zabierzcie światu ów niepojęty element, a w jednej chwili ład ustąpi miejsca chaosowi, trony upadną i społeczeństwo zniknie.
– Piękne zaiste to słowa – szepnąłem. – I powiadasz, że ja jestem ich autorem? – Owszem, choć nie całkowicie. Napiszesz je jutro rano, po przebudzeniu – rzekł młodzieniec. – Ale na twoim miejscu, Hrabio, nie byłbym z nich dumny. Rozprawiasz przecież o niezdolności Stwórcy do uśmiechu, tym samym zaś kwestionujesz Jego wszechmoc...
– Na odwrót – wykrzyknąłem. – Zdolność do samoograniczenia jest dowodem wszechmocy!
– Zdolność do samoograniczenia się jest dowodem pojmowania dystansu. A to z poczucia dystansu, z ironii właśnie, którą tak pogardzasz, rodzi się uśmiech – raz jeszcze parsknął śmiechem młodzieniec. – A jeśli, Hrabio, tego nie pojmujesz, to proszę cię, byś opuścił mój sen.
Urażony chciałem wezwać go do tego samego, ale wtem jakaś siła wyższa uniosła mnie i rzuciła w niepojętą jasność, w której słychać było donośny śmiech. Poczułem zapach lilii i róż.
Obudziłem się z gorączką. Wezwany lekarz postawił mi pijawki. Po śniadaniu zażądałem papieru i atramentu, by napisać krótką rozprawkę, wedle której istnieje w kręgu doczesnym boskie i widome prawo karania; i prawo to musi być wykonywane jako jedyny zwornik wszelkiej ludzkiej społeczności. Rzecz jasna sporo tam słów przychylnych poświęciłem instytucji i postaci oprawcy. Przyznam jednak, Pani, że co jakiś czas nachodzi mnie podejrzenie, że śniąc ów sen, w którym byłem śniony, potem zaś tworząc apologię kata, padłem ofiarą żartu, a jego sprawca, jego sprawca, jego uśmiechnięty sprawca... Boże! Cóżem Ci zawinił (...) Uciekajmy, Pani! Lecz dokąd uciekać? (...)
1 Pietuch – Parys Władysławowicz Ostoya w rzeczywistości był od 1810 r. generałem-majorem; w 1813 r. służył w tajnej kancelarii J.C. M. Aleksandra I; odegrał znaczną rolę w przygotowaniu ukazu z 2 grudnia 1815 r. o kasacji w Rosji zakonu jezuitów; po przejściu na emeryturę zajął się upowszechnianiem kultury muzycznej wśród ludu; autor pierwszego w Rosji podręcznika gry na fagocie oraz wspomnień wojennych „Dalokoje i niedawnoje. Wospominanja oficera razwiedki”, St. Petersburg 1821.
2 Hotel d’ Allemagne, zwany też Niemieckim, mieścił się na ul. Długiej 27.
3 Johann Fichte mieszał w Hotelu d’ Allemagne w 1791 r.
Michał Komar – prozaik, historyk literatury, scenarzysta. Ostatnio opublikował książkę „Trzy” (2000).
|