Kapłan i błazen w jednym

Jan Andrzej Kłoczowski OP



Z Kołakowskim miałem kłopot od zawsze, to znaczy od 1956 roku.


Gdzieś w zakamarkach mojej podręcznej biblioteczki zalegają jego tomy, które pieczołowicie wyszukiwałem w księgarniach. Starsi pamiętają kłopoty towarzyszące poszukiwaczom książek w PRL – książka się ukazywała, ginęła, a wytrwali i przebiegli poszukiwacze przetrząsali księgarnie w mniejszych miejscowościach w nadziei, że tam jeszcze nie dotarli ich rywale. Ze wzruszeniem odkryłem niedawno ciemnoczerwony tomik „Filozofii pozytywistycznej”, wykopany przed laty w księgarni w Kwidzynie, gdy przejeżdżałem przez to miasto w jakiejś wakacyjnej wyprawie.

Kłopot z Kołakowskim

Pamiętam poruszenie intelektualne doznane w rowie, w oczekiwaniu na autostop, gdy przeczytałem zakończenie tej książeczki. Została tam zarysowana podstawowa opozycja dzieląca świat kultury. Z jednej strony nauka, dzieło analitycznego umysłu, przedłużenie technologicznego pnia cywilizacji, w ostatecznym rozumieniu służąca fizycznemu trwaniu gatunku. Z drugiej strony trwale obecne w kulturze pytania i przeświadczenia metafizyczne. Obecność w człowieku tych pytań ujawnia istotny wymiar ludzkiego bytowania – potrzebę odniesienia do „nieempirycznej realności bezwarunkowej”. Można opisać mit, wskazując na odkrywane w człowieku pytania o sprawy „ostateczne”, które Kołakowski nazywa metafizycznymi. Są one rdzennie mityczne i nie można ich przekształcić w pytania naukowe.
Gdy wpadła mi w rękę „Filozofia pozytywistyczna”, znałem już inne teksty Kołakowskiego. Należę do pokolenia, które dochodziło do świadomości i dojrzałości w okolicach Października. Cokolwiek by można powiedzieć o późniejszej ewolucji sytuacji w Polsce, niewątpliwie czas ten oznaczał poważne otwarcie na kulturę światową i europejską. Teksty Kołakowskiego-rewizjonisty wpisywały się w ten klimat ożywienia kulturalnego, jakie przeżywaliśmy. Był mi obcy filozoficznie, ale bliski kulturowo, obcowanie z jego tekstami ożywiało nadzieję, że nie zawsze realny socjalizm będzie miał twarz tępego politruka-stalinowca.
Potem przychodziły nowe odkrycia. Ukryty przed psotami świata w krakowskim klasztorze ojców dominikanów, oddawałem się studiom myśli św. Tomasza z Akwinu. Ale pamiętam poruszenie, jakie wzbudził artykuł Kołakowskiego o Chrystusie. Dla członków mojej gildii był to nieoczekiwany zwrot. Przykre było bowiem dla nas czytać napastliwe artykuły młodego, „pryszczatego” marksisty; ale bodaj bardziej jeszcze niebezpieczne były – sądziliśmy – inteligentne i kąśliwe bajeczki w oświeceniowym stylu, nieco cynicznie kpiące z religii i biblijnych dziejów. Ze zdumieniem przeczytałem w książeczce Henryka Skolimowskiego o polskim marksizmie wyrazy podziwu dla sposobu, w jaki Kołakowski traktował na wykładach mistrzów myśli średniowiecznej i scholastycznej. (Jego wydane drukiem wykłady nie były utworami najwyższego lotu kultury umysłowej.)
I oto na łamach „Argumentów” można było przeczytać: „osoba i nauka Jezusa Chrystusa nie mogą zostać usunięte z naszej kultury ani unieważnione, jeśli kultura ta ma istnieć i tworzyć się nadal”. Sympatię czuliśmy do Kołakowskiego przemawiającego w obronie „Dziadów”, jak i bitej młodzieży; śmieszyły starcze tyrady Gomułki, lżące filozofa z zapałem i wigorem ćwierćinteligenta. Poszły w gildii słuchy, że Kołakowski był w Laskach, że rozmawiał tam z Prymasem.
Potem jakby przycichło o Kołakowskim. Powrócił do mnie w Gorcach, pewnej czerwcowej nocy, w połowie lat 70. Byłem z młodymi przyjaciółmi, z którymi na pachnących latem łąkach rozmawialiśmy o sprawach Bożych i ludzkich. A z tych ludzkich najbardziej o Polsce. Dziwna była ta Polska lat 70. Kraj niby-dostatku, niby-stabilizacji, niby-sukcesu, a nad wszystkim górował klimat udawania: ekonomii, wolności, dostatku. Nigdy społeczeństwo nie było tak pogubione i zdezorientowane jak wtedy, nigdy nie byliśmy tak bardzo bliscy złudzeniu normalności, zapominając o zniewoleniu. U tych bardziej wrażliwych i myślących narastało uczucie duszności. I oto na nasz letni pobyt w Gorcach ktoś przywiózł paryską „Kulturę”, a w niej odnaleźliśmy Kołakowskiego „Tezy o nadziei i beznadziejności”. Powiało czymś innym, myśleniem swobodnym, nie lękającym się nazywania spraw po imieniu. Już nie tylko ogólne rozważania filozoficzne o wolności człowieka, ale słowa o wolności bardzo konkretnej, bo polskiej.
I wreszcie, już kilka lat później, w ogniu rozbuchanej opozycji lat 70. spotkałem się z Adamem Michnikiem i rozmawialiśmy sporo o etycznym imperatywie zaangażowania, o odpowiedzialności za kraj, o tym, co w rozumienie życia wnosi Ewangelia. I dostrzegałem w Adamie pilnego czytelnika Kołakowskiego. Prosił mnie, bym dla „Krytyki” napisał recenzję z „Głównych nurtów marksizmu”. Pisałem długo, przymierzałem się pracowicie, ale tekstu nie urodziłem. Jeszcze nie znalazłem formuły, która by mnie zadowoliła...
Potem była „dziwna wojna”, paczki, kartoteki tych, którym się pomagało. A jednocześnie zostałem zatrudniony na Wydziale Filozoficznym PAT-u i zobowiązany do solidniejszej pracy naukowej. Gdy powstał problem rozprawy habilitacyjnej, wiedziałem, że tematem musi być Kołakowski, a ściślej – dzieje jego zmagania się z religią. Pisałem dotychczas o kontekście życiowym i politycznym, w jakim spotkałem myśl Kołakowskiego. Trzeba teraz powiedzieć o tym, co najważniejsze, o wyzwaniu intelektualnym, jakie stanowi o bogactwie jego myśli.

Obecność mitu

Wyzwanie to (może nie wyłącznie, ale na pewno na pierwszym miejscu) dotyczy religii, jej roli w kulturze i życiu. Kołakowski jako młody człowiek przystąpił do „nowej wiary”, sądził bowiem, iż najskuteczniej będzie ona wcielała w życie myśl Oświecenia, mądrą i tolerancyjną, wolną od zabobonów i przesądów. I dlatego też – gdy ta wiara odsłoniła swą żałosną twarz – Kołakowski szukał źródeł owej klęski bardziej fundamentalnych niż tylko doraźne i polityczne.
Po długim obcowaniu z jego tekstami dochodzę do wniosku, że zawartą w nich myśl należy określić (jeżeli już negatywnie) nie jako post-marksizm, lecz jako post-lumieryzm. Innymi słowy: stawia ona na nowo sprawę obecności religii w kulturze i roli, jaką religia w tej kulturze ma do odegrania.
Tu sprawa osobliwa: Kołakowski właśnie w religii wydaje się upatrywać gwaranta trwania owych chwalebnych zalet współżycia społecznego, jakie nam zostawiło Oświecenie – jeżeli ona wchłonie w siebie to wszystko, co stanowi prawdziwie rozumny i tolerancyjny jego spadek. Jeżeli sceptyk odkryje mądrość mistyka, a mistyk z uwagą pochyli się nad tekstami błazna... Ostatecznie bowiem w tym, co prawdziwie humanistyczne, Oświecenie jest także dzieckiem Ewangelii, hélas... Jednakże chrześcijaństwo nie może powrócić do naiwnego bycia sprzed Oświecenia, gdyż w kulturze nastąpiły zasadnicze przemiany, tutaj głos Kołakowskiego w polskich sporach po 1989 roku zabrzmiał stanowczo; polityczne uwikłanie Ewangelii budzi (i słusznie) jego zasadniczy i gniewny sprzeciw.
Ale sprawa jest bardziej zasadnicza niż tylko społeczne uwikłanie religii. I tak – jest Bóg czy Go nie ma, czy istnieje dobro po prostu, czy tylko „wartości”? Jakie kryteria pozwolą odnaleźć drogę prowadzącą do odpowiedzi? Kołakowski wyznaje swą bezradność – filozofia nie umie dać odpowiedzi na te pytania, a jeżeli usiłuje takowych udzielać, to ulega złudzeniu. Dostęp do prawdy religijnej jest dany tylko w wierze, w ufnym przyjęciu przesłania Transcendencji.
Filozof, który chce dać odpowiedź na wszystkie egzystencjalne pytania ludzkości, przypomina owego poczciwego nosorożca (z zabawnego i mądrego wierszyka Kołakowskiego), którego zwiódł niecny wróbel i namówił do próby lotu. Skończyło się nieszczęśliwym upadkiem do morza i potężnymi klapsami, wymierzonymi w nosorożcową pupę przez zagniewanych rybaków, którym wzburzone upadkiem fale przewróciły łódź. Filozof jest ciężkim i przyziemnym zwierzęciem, a jego przywilejem jest nie posiadanie skrzy-deł, lecz rogu, którym ma analitycznie grzebać w ziemi, miast bujać w obłokach. Dostęp do niebieskich przestworzy jest dlań otwarty, gdy dosiądzie samolotu, a nie, gdy w pysze zawierzy własnym skrzydłom.
Ale nadal pozostaje do wyjaśnienia fundamentalne zagadnienie – dlaczego ludzie poszukują pewności, dlaczego tak głęboko zakorzenione jest w nich pragnienie prawdy? Od wieków, od początku świadomej refleksji filozoficznej ludzie poszukiwali epistemologicznego absolutu (i ontologicznego przede wszystkim!), choć takie poszukiwania nie miały praktycznego znaczenia i były technologicznie bezpłodne.
Z moich zmagań z myślą Kołakowskiego wynika, że kluczem do jego poglądów jest mała książeczka „Obecność mitu”, wydana pierwotnie w paryskiej „Kulturze”, choć napisana przed wygnaniem filozofa w roku 1968. Przeczytać tam możemy, że racjonalne życie człowieka, uparte dążenie do określenia siebie w rzeczywistości wykraczającej poza biologiczny determinizm, „jest rezultatem uczestniczenia człowieka w innym porządku bytowym aniżeli ten, gdzie jego ciało, jego animalne potrzeby uczestniczą”.
W takiej wizji rzeczywistości człowiek uczestniczy w dwu porządkach bytowych, wzajemnie skłóconych – porządku biologicznej konieczności oraz metafizycznych nadziei i poszukiwań. Wizja ta – Kołakowski przyznaje – jest manichejska, czy też dokładniej: do manichejskiej się odwołująca.
Napięcie fundamentalne, a zdaniem Kołakowskiego nieprzezwyciężalne, istnieje między ludzkim nastawieniem animalnym (nazywanym czasem przez Kołakowskiego „porządkiem” animalnym), a nastawieniem (porządkiem) mitologicznym. Pierwszy ufundowany jest na potocznej percepcji świata, skierowanej ku technologicznemu wysiłkowi jego eksploracji, przedłużonym następnie w nauce. Czym innym jest mit: jest percepcją świata (całości rzeczywistości: „wszelkiego możliwego doświadczenia”) przy jednoczesnym odniesieniu go do realności ponadempirycznej: Boga, prawdy, wartości, miłości itp.

*

I ważne, że Kołakowski ma „słuszne poglądy na wszystko”, jak brzmi świadomie ironiczny tytuł ostatnio wydanego zbioru esejów filozoficznych. Myśliciel poważny, wręcz dramatyczny, lubi przybierać maskę błazna. Ale błazeństwo to tylko maska. Gdzieś głęboko można odkryć troskliwie ukrytą poważną i zatroskaną twarz kapłana, dla którego troski i kłopoty ludzi stanowią jak najbardziej dramatyczne wyzwanie.


Jan Andrzej Kłoczowski OP – filozof i teolog, ostatnio opublikował „Drogi człowieka mistycznego” (2001).




Poświęconą Leszkowi Kołakowskiemu, rozmowę Marcina Króla i Krzysztofa Michalskiego
opublikujemy w najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



„Apokryf” nr 18 w „TP” nr 43/2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl