„Przestań kręcić i przyznaj, że mnie kochasz”
Zbigniew Janowski
Moja przygoda z Kołakowskim zaczęła się na początku stanu wojennego, kiedy to pewien znajomy pożyczył mi ksero pierwszego tomu „Głównych nurtów marksizmu”. Zafascynowany lekturą, rzuciłem studia architektoniczne i przeniosłem się na filozofię na UJ. Po roku „przygoda z Kołakowskim” zagnała mnie do Nowego Świata.
„Mister K”
Studiowanie u Kołakowskiego okazało się rzeczą niełatwą. Był on profesorem na jednym z najbardziej prestiżowych i egzotycznych wydziałów w Ameryce: The Committee on Social Thought (Instytut Myśli Społecznej, założony we wczesnych latach 50. przez historyka Neffa i antropologa Redfielda) na The University of Chicago. Wśród jego poprzedników byli m.in. F. A. Von Hayek, Jacques Maritain, T. S. Eliot, Marc Chagall i zmarły niedawno klasycysta David Grene. W następnych dekadach wykładali tam m.in. Ricoeur, Arendt, Stephen Toulmin, Eliade, Allan Bloom, Bellow, Edward Shils i François Furet. Ten wyjątkowy wydział przyjmował zaledwie siedmiu lub ośmiu doktorantów rocznie i dostanie się nań było prawie tak trudne, jak zostanie w nim profesorem. Mnie ta sztuka udała się po kilkuletnich perypetiach.
Kołakowski przyjeżdżał do Chicago na trzy miesiące w kwartale wiosennym. Nie był jedynym, który jako pełny członek Instytutu dzielił czas między Chicago a swoją macierzystą uczelnię, w jego wypadku All Souls College w Oksfordzie. Ów profesorski przypływ i odpływ miał swoje dobre i złe strony.
Zaletą była możliwość uczęszczania na większość seminariów bez konieczności wybierania między jednym i drugim profesorem, skoro każdy z nich najczęściej przez większość roku bawił gdzie indziej. Studiowało się zatem, z kim się chciało i na tych wydziałach, na których się chciało. Wyjątkiem był Allan Bloom, który nie tolerował intelektualnej apostazy. Miał wąski, oddany mu krąg naśladowców, ponadto uwielbiał, kiedy zwracano się do niego per „Professor Bloom”, zamiast – jak to było w zwyczaju – „Mister”. Kołakowski był powszechnie znany jako „Mister K”, i tak wszyscy się do niego zwracali.
Koszmarem studiów był osobliwy tor przeszkód, jaki trzeba było pokonać, nim się przystąpiło do egzaminu doktorskiego. Polegał on na napisaniu trzech 15-25 stronicowych esejów w ciągu trzech dni (plus dwa dodatkowe do przepisania „na czysto”) z trzech dziedzin: filozofii, literatury i historii/socjologii. Doktorant miał kilka lat na wybranie kilkunastu dzieł klasycznych, tych, o których miał zamiar pisać, po czym musiał przedstawić ich listę do zatwierdzenia wszystkim członkom instytutu. W praktyce oznaczało to pogoń za profesorami, ustalanie ich miejsca pobytu w danym momencie i rozsyłanie swojej listy na wszystkie strony świata w nadziei, że wszyscy się zgodzą. Jeśli któryś miał zastrzeżenia, zabawa w podpisy i polowanie zaczynała się od nowa. Podobnie wyglądała sprawa oceny egzaminów. Nieszczęsna sekretarka kopiowała eseje, po czym rozsyłała je wszystkim członkom Komitetu. Na oceny czekało się co najmniej pół roku, czasem ponad rok. Dopiero po szczęśliwym zakończeniu tej procedury przystępowało się do pisania doktoratu.
Ekscentrycy
Pod każdym możliwym względem Instytut był miejscem przeraźliwego chaosu. Sekretarka Joan, zagrzebana pod stosem papierów, zza których można było zobaczyć tylko czubek jej głowy; przewodniczący Komitetu, Paul Wheatley, który nie miał pojęcia, ilu ma studentów, ani jakimi dysponuje funduszami; profesorowie, którzy „wpadali” na kilka miesięcy, czasem tygodni, z wykładami, które nigdy nie były ogłoszone w programie; kilku ekscentryków, jak David Grene, który pojawiał się na swoich zajęciach w zabłoconych kaloszach po jeździe konnej, czy Paul Friedrich (syn Carla), którego można było spotkać na campusie idącego z lampą, by podświetlać sobie tekst „Odysei”.
Część studentów sprawiała wrażenie nie w pełni zdrowych na umyśle. Byli tam Straussiści – tak zwane „piąte piętro”, ponieważ to właśnie piętro zajmowali w jednym z uniwersyteckich budynków – którzy przyjeżdżali do Chicago, by zakosztować ezoterycznej wiedzy. Była grupa (niezbyt liczna) studentów Leona Kassa, który wdrażał młodym ludziom reguły etyczne za pomocą nabożnego czytania Arystotelesa i Rousseau. Wreszcie grupka – też mała i lojalna, ale względnie normalna – skupiona wokół wielkiej klasy socjologa Edwarda Shilsa.
Shils gardził niemal wszystkimi: żyjącymi i zmarłymi, profesorami i studentami (tych ostatnich nazywał „little bastards” – „sukinsynki”). Jedyni, o których wyrażał się z szacunkiem, to M. Oakshott i L. Kołakowski. Pamiętam, jak poszedłem złożyć wizytę umierającemu Shielsowi. Potraktował mnie z pewną dozą szacunku, ponieważ byłem studentem Kołakowskiego. W trakcie rozmowy wymieniłem nazwisko Daniela Bella. Shils podskoczył ze wściekłości na dźwięk jego imienia: „Janowski... jeśli nie chcesz, bym cię wyrzucił za drzwi, nie wymieniaj jego nazwiska.... Bell mówi o sacrum i profanum; o czym Shils pisał już w latach 30.! Ja nie mam nic przeciw Danielowi, to dobry chłopak, mój były student, ale nigdy nie przyszła mu do głowy oryginalna idea”.
Jeśli Shils nie wywalił mnie za drzwi ze względu na moje intelektualne powinowactwo z Kołakowskim, to nie mogę tego powiedzieć o dobrym przyjacielu Kołakowskich, Allanie Bloomie. Zaprosił mnie on do siebie na drinka. Zapytał, co myślę o wykładzie Kołakowskiego „Bałwochwalstwo polityki”. Nie pamiętam, co powiedziałem, ale nie spodobało się to Bloomowi. Zaczął krzyczeć: „Czy ty słyszałeś, co on nawygadywał w tym wykładzie?! Potępił całe Oświecenie w czambuł... On cię wywiódł na manowce tą metafizyką!”. Drinka nie dokończyłem.
„I love this man”
Wszystko to razem robiło wrażenie jakiegoś surrealistycznego świata. Na pierwsze spotkanie z Kołakowskim, z którym przedtem widziałem się tylko dwa razy, przyszło mi czekać przez dwa kwartały, do marca, kiedy to odbywała się coroczna migracja Kołakowskich do Chicago. Nie pamiętam już, co Kołakowski wtedy wykładał (zdaje się, że „Etykę” Spinozy), pamiętam jednak bardzo wyraźnie, że jego wykłady rzadko pojawiały się w katalogu uniwersyteckim, ponieważ notorycznie zapominał wypełnić i wysłać niezbędne w tym celu formularze; a jeśli sobie wreszcie przypomniał, to bardzo późno.
Podejrzewam, że świadomie to zaniedbywał, by nie mieć więcej niż kilku studentów. W każdym razie skutek był taki, że na jego zajęciach pojawiała się malutka garstka tych szczęśliwców, do których jakimś cudem wiedza o nich dotarła – niewspółmiernie mniej niż na seminariach gwiazd, takich jak Bloom. Ale trzeba przyznać, że Bloom – poza spektaklem, jakim niechybnie było każde jego wystąpienie – dostarczał studentom także eliksir ezoterycznej, zastrzeżonej wiedzy.
W przeciwieństwie do Blooma, Kołakowski nie pasjonował się formowaniem studenckich dusz. Prawdopodobnie nigdy nie przyszło mu do głowy, że studenci mogą mieć dusze, a gdyby ktoś mu coś takiego zasugerował, to zapewne nie wiedziałby, co z nimi zrobić. Gdy kilka lat temu przeczytałem jego tekst „Po co uniwersytet?”, w którym ubolewa on nad system kształcenia w Polsce, nie wierzyłem własnym oczom: oto Pan Profesor, który prawie nigdy nikomu niczego nie zadawał, ani nikogo do niczego nie zmuszał – oto ten sam Profesor ubolewa, że w Polsce studenci nie są zmuszani do regularnego pisania esejów! U Kołakowskiego wymagań w zasadzie nie było. Jeśli student chciał dostać ocenę (a kolejnym kuriozum było, że ocen nie wymagano), mógł „coś” napisać.
Seminaria Kołakowskiego przypominały protestancką formę Kościoła, jako zgromadzenia wiernych. Wiernymi często okazywali się dziwacy. Był np. inżynier, który doznał doświadczenia mistycznego. Znalazł rozdział o mistykach w „Jeśli Boga nie ma...” i zapisał na uniwersytet wyłącznie w celu uczęszczania na seminarium Kołakowskiego. Inny, znajomy mormon, po kilku tygodniach wsłuchiwania się z nabożeństwem w rozważania o Pascalu, napisał esej, w którym czytamy, że sam Pan Bóg pojawił się na zajęciach u „Mister K”, by tam dowiedzieć się o stanie teologii. Przysłuchując się zawiłym wywodom Kołakowskiego w stylu „sic et non”, Pan Bóg wybuchnął gniewem i krzyknął: „Leszek, przestań kręcić i przyznaj, że mnie kochasz”.
Jednym z poważniejszych „przypadków” zarażenia wpływem Kołakowskiego jest historia mojej znajomej, Lisy – jednej z tych (wielu) kobiet, które w momencie wymówienia imienia „Leszek” zaczynają szlochać. A szlochając dodawała: „I love this man”. Pewnego dnia Lisa oświadczyła, że rzuca Instytut i przenosi się na medycynę. Z początku nie bardzo chciałem wierzyć, że ktoś po kilku latach ślęczenia nad greckimi tekstami rzeczywiście rozważa taką ewentualność. Moją niewiarę Lisa postanowiła uleczyć fragmentem z „Horroru metafizycznego”: „[Problem względności wiedzy] zdaje się sprowadzać do takiej oto praktycznej rady: przestań zawracać sobie głowę filozofią, a jeśli już ci się nieszczęśliwie przytrafiło, iż filozofem jesteś, poszukaj sobie lepiej godziwego zajęcia i zostań pielęgniarzem, kapłanem, hydraulikiem albo cyrkowym klownem”. Cytat skwitowała uwagą, że Tamara, żona Leszka, też jest lekarzem. Lisa została internistą.
Myślenie na głos
Jak już wspomniałem, Kołakowski nie był popularnym profesorem. Powodów było kilka. Nie sposób, na przykład, wyobrazić go sobie zamawiającego 20 egzemplarzy „Etyki” Spinozy do uniwersyteckiej księgarni, jak to się czyni na amerykańskich uniwersytetach; ani sporządzającego oficjalną listę lektur i rezerwującego książki dla studentów w bibliotece; ani wreszcie rozpisującego tematy na kolejne dni, by studenci wiedzieli dokładnie, które strony będą przedmiotem analizy na kolejnych zajęciach. Jeszcze trudniej go sobie wyobrazić, poprawiającego pokracznie sformułowane myśli studentów. Przypuszczam, że studenci tylko pół świadomie zdawali sobie sprawę, że nie otrzymają od niego „rodzicielskiej” pomocy, na jaką mogli liczyć od innych. Zdarzało się jednak, że jakiś wyjątkowo odważny i zdeterminowany student postanawiał zostać doktorantem u Kołakowskiego. Zazwyczaj byli to ludzie dużej klasy, jak Philip Shields, który wkrótce po skończeniu studiów opublikował bardzo dobrą i ciekawą książkę o Wittgensteinie, czy Gregg Fried, autor książki o Heideggerze.
Poza tym Kołakowskiego naśladować się nie dawało. W odróżnieniu od typowych profesorów, „Mister K” nie był zainteresowany mozolnym wyjaśnianiem studentom, co dany filozof ma na myśli. Chodziło mu zawsze o znalezienie nowego interpretacyjnego klucza, czy to do systemu filozofa, czy do problemu. Jego seminaria były myśleniem na głos: Kołakowski pogrążał się w uprzednio przeczytanym fragmencie, po czym zaczynał się zastanawiać, dlaczego filozof powiedział to, co powiedział, albo czy z tego, co powiedział, nie da się wywieść innej konkluzji. Takie podejście do filozofii wydawało mi się bardziej płodne i zdroworozsądkowe niż to, co robią filozofowie analityczni, rozważający logiczną spójność argumentu. Podejście Kołakowskiego, sprowadzające się do pytania o to, dlaczego filozof powiedział to, co powiedział, zakłada, że filozof wie, co mówi i dlaczego mówi to, co mówi.
Do rozmów o filozofii Kołakowski się nie palił. Można było, oczywiście, umówić się z nim na spotkanie; godził się chętnie, ale takie oficjalne rozmowy nie zawsze były owocne. Lepiej było go odprowadzić do domu i przy okazji zagaić. Jeśli coś go zainteresowało, przystawał, opierał się o laskę, drapał się w głowę lub szczękę i na kilka sekund znikał w swoich myślach, po czym, budząc się z tego właściwego sobie myślowego letargu, stwierdzał: „Wiesz, to ciekawe, nigdy o tym nie pomyślałem”. Uwagi tego rodzaju były dla mnie jak zielone światło, zachęcające i inspirujące.
Jeśli Kołakowscy byli wolni, zapraszali studentów na kolację. Często przychodziłem z Lisą, która po kilku drinkach zaczynała obejmować Mr. K, zwracając się do niego per „Leszek”. Do dzisiaj nie wiem, co myślała pani Tamara o tych wszystkich wariatkach (Lisa bynajmniej nie była jedyną, choć była najbardziej kolorową postacią), które z uwielbieniem wpatrywały się w „Leszka”. Myślę, że na ogół ją to bawiło. Od czasu do czasu do Chicago wpadała Agnieszka, która podejrzewała, nie bez podstaw, że wszyscy studenci jej Ojca są wariatami. Studenci Kołakowskiego byli w jej oczach – tak przynajmniej ja to wtedy odbierałem – nieznośnymi intruzami w jego życiu, a ich celem – zamęczenie (albo zanudzenie) go na śmierć.
Pamiętam, jak pewnego razu po zajęciach pewna znajoma, studentka Leszka, zagaiła Mr K. o Simone Weil. O Simone Weil wiedziałem niewiele, a jedno zdanie, jakie pamiętałem z jej pism – „Byt jest nie do pomyślenia” – wydawało mi się mało zachęcające do dalszej lektury. Kołakowski jak zwykle wykazał się zaskakującą znajomością tematu i jął dywagować we właściwym sobie stylu. „Wiesz – powiedział do mnie w końcu – nie masz racji: tam jest prawdziwa religijna intuicja”. – Może jest, może nie ma – pomyślałem – ale nawet jeśli jest, to czy pani Weil nie mogła się pofatygować, żeby ją jakoś jaśniej wyrazić? Po ponad godzinie rozmowy przypomniałem sobie, że obiecałem Agnieszce, iż odprowadzę Mr K. – który tego roku nie był w najlepszej kondycji – do domu. Po drodze zobaczyłem ją, biegnącą w poszukiwaniu zaginionego Ojca. Nie wiedziałem, kogo się bać bardziej: Profesora, za niezrozumienie religijnej intuicji Simone Weil, czy Córki.
*
Jeśli Kołakowski nie miał zbyt wielu studentów zainteresowanych czystą filozofią, to właśnie przez to, że sam był bardziej zainteresowany religijną czy moralną intuicją, niż filozoficzną maszynerią. Łatwiej dawał się wciągać w dyskusje o Simone Weil, czy o „zewnętrznym” i „wewnętrznym” człowieku Lutra, niż o Kartezjuszu, Heglu czy Spinozie, choć nigdy nie odmówił zorganizowania półprywatnego seminarium dla kilku studentów, jeśli o takie poprosili. Podczas gdy David Grene dzielił ludzi na tych, którzy znają grekę i tych, którzy greki nie znają (ci ostatni, jak mi wyjaśnił, nie mają żadnego znaczenia w przetrwaniu cywilizacji), Kołakowski dzielił ludzi na dobrych i złych, chamów i nie-chamów, prymitywów i tych, którzy prymitywami nie są, oraz na nieuków i... „uków”. Przykładem arcynieuka był Adam Schaff.
Kołakowski opowiedział mi, jak wpadł kiedyś do Schaffa do biura. Na stole leżała francuska książka. Tylko pierwsze kilka stron było rozcięte. „Czytacie to?” – zapytał Kołakowski. „A gdzie tam; po co bym to czytał.” Kilka dni później Schaff opublikował recenzję z owej książki. Podział Kołakowskiego był moralny, nie intelektualny, co wyjaśnia, dlaczego przyciągał raczej „zagubionych” studentów, zainteresowanych myślicielami z „moralną intuicją”, niż tych, których celem było zgłębienie intelektualnej konstrukcji Kanta czy Leibniza. Taką intuicję mieli stoicy, Erazm, Luter, Pascal i św. Augustyn, którzy rzadko bywają przedmiotem nauczania w analitycznych departamentach filozofii.
Zbigniew Janowski – filozof, były student Leszka Kołakowskiego, dziś wykładowca na University of Colorado w Denver, autor „Cartesian Theodicy” (Dordrecht, Kluwer 2000; wydanie polskie „Teodyceja kartezjańska”, Arcana 1998) oraz „Index Augustino-Cartésien” (Vrin, Paryż 2000, wydanie angielskie w druku). Jest również redaktorem trzech tomów pism Kołakowskiego, które wkrótce ukażą się w języku angielskim: „The Two Eyes of Spinoza and Other Essays on Philosophers”, „My Correct Views on Everything” i „Ethics Without a Moral Code and Other Essays on Ethics” (St. Augustine’s Press).
|