|
Apokryf
„Trzeba było dalej
żyć”
MAŁGORZATA SZPAKOWSKA
Ijon Tichy objawił się po raz pierwszy
prawie pięćdziesiąt lat temu. Bardzo się wszystkim wtedy spodobał, bo był śmieszny. Szukał po encyklopediach hasła „sepulki”, a te odsyłały go do „sepulkariów”, stamtąd do „sepulenia” i z powrotem do „sepulek”. Podsłuchiwał maszyny parowe, które spierały się, czy chmury stanowią jakąś formę ich życia pozagrobowego. Uczył się polować na kurdle (należy natrzeć się pastą z dodatkiem sosu grzybowego i szczypiorku, a następnie dać się połknąć; potem nastawić bombę zegarową i jak najszybciej opuścić kurdla wykorzystując jego naturalną perystaltykę) i dopiero później dowiedział się, że to ekologicznie naganne. W końcu, po zbombardowaniu strumieniem meteorów, został zastąpiony przez własną rezerwę: była zupełnie taka sama, ale koszulę miała włożoną na lewą stronę.
Tę „Podróż czternastą” Lem pisał jeszcze dosyć beztrosko, wymyślał paradoksalne dowcipy i chyba dobrze się bawił. Pierwsze „Dzienniki gwiazdowe” były przede wszystkim humoreskami, w których różne teorie naukowe prowadziły do absurdalnych konsekwencji. Ijon Tichy w pętli czasu wdawał się w bójkę z sobą samym sprzed czterech dni; kiedy indziej gwałtownie hamując rakietę przeskakiwał z sierpnia w październik; w jeszcze innej podróży przyspieszaczem czasu regulował bieg historii na planecie Mikrocefalów (nie bez utrudnień: „Gdy na własne oczy zobaczyłem cofający się pogrzeb króla Karbagaza, który po trzech dniach wstał z katafalku i został odbalsamowany, zorientowałem się, że musiałem popsuć aparat i czas płynie teraz wstecz”). A zarazem cały czas borykał się ze złośliwością przedmiotów martwych: a to mu lakier z rakiety oblazł, a to zepsuty robot domowy schował mu skarpetki do lodówki, a to przypaliła się polędwica podgrzewana w stosie atomowym. A to wreszcie mózg elektryczny, który miał mu umilać podróż opowiadaniem dowcipów, po miesiącu uległ awarii i zaczął połykać wszystkie pointy.
Oczywiście, tak całkiem bezinteresowne te humoreski nie były. Większość z nich można zakwalifikować jako powiastki filozoficzne. Ijon Tichy, jak niegdyś Kandyd, opisywał obce światy po to, by coś powiedzieć o swoim. „Dzienniki gwiazdowe” od początku układały się w serię antyutopii ilustrujących tezę, którą Lem już poważnie wysunął był w 1957 roku w „Dialogach”: że mianowicie układ zbyt dobrze zaprojektowany daje w praktyce skutki odwrotne. Najprostszym przykładem może tu być maszyna do rządzenia z „Podróży dwudziestej czwartej” (przypominam, że numeracja podróży nie wiąże się ani z ich chronologią, ani z kolejnością powstawania), która na planecie Indiotów wprowadziła – zresztą za zgodą obywateli – ład absolutny; zamieniła ona całą populację w równe krążki i poukładała je w przecudny wzorek. Z kolei w „Podróży trzynastej” mieszkańcy Pinty z przyczyn ideologicznych zmuszani byli do stałego przebywania w wodzie, a nawet udawania, że pod wodą oddychają, choć mieli nie skrzela, ale płuca. Wszelkie aluzje do niedogodności ich położenia tępione były bardzo surowo, a pewien dziennikarz trafił do więzienia, ponieważ „przez przeoczenie napisał w artykule wstępnym, że w wodzie jest mokro”. Przywołany już przyspieszacz czasu z „Podróży dwunastej” stanowił w istocie jawną kpinę ze spiżowych praw materializmu historycznego, a cytowana w „Podróży dwudziestej drugiej” opowieść misjonarza-dominikanina o trudnościach, jakie napotyka ewangelizacja innych planet, nawiązywała wprost do oświeceniowej tradycji libertyńskiej. Bo i jakże można straszyć ogniem piekielnym Pięciorniaków, jeśli na co dzień żyją oni w temperaturze sześciuset stopni, albo obiecywać zmartwychwstanie Bżutom, którzy co wieczór rozsypują się na atomy i co rano rekonstruują na nowo?
Z biegiem czasu jednak problemy, przed jakimi stawał Tichy, robiły się coraz poważniejsze. „Profesor A. Dońda” bez osłonek pokazywał kraj, „który od paleolitu w mig awansował do monolitu”, i powszechną korupcję, która okazała się tego konsekwencją (tamże przedstawiony został wywód o „kamieniu [Stein] jako czynniku napędowym myśli europejskiej”, co poświadczają nazwiska EinSTEINa, WittgenSTEINa, EisenSTEINa, FelsenSTEINa, a także Gertrudy STEIN i Rudolfa STEINera). A z kolei „Podróż dwudziestą pierwszą” w dużej części wypełnił wykład o heroizmie religijnym w świecie, w którym religia zasadniczo nie jest możliwa ani pożądana, bo świat ów nie tylko jest programowo nastawiony na doczesność, ale w dodatku masowo używa się w nim psychotropów i po mistrzowsku wykorzystuje techniki manipulowania świadomością.
Taki sam świat ukazywał „Kongres futurologiczny” z 1971 roku, jedno z najśmieszniejszych, ale i najbardziej ponurych opowiadań Lema. Oto wkroczyliśmy w wiek postępu i powszechnego dobrobytu, i oto okazuje się on złudzeniem i oszustwem. Rzeczywistość to nędza i przeludnienie; wszystko inne to halucynacja. Otrzymawszy środek uwalniający od wizji, Tichy z przerażeniem dostrzega, że wytworna restauracja, w której siedział, jest zatłoczonym bunkrem oświetlonym nagimi żarówkami. Środek silniejszy ujawnia dalsze okropności: samochody są zwidami, w rzeczywistości ludzie przez cały dzień kłusują po ulicach lub wspinają się w szybach nieczynnych wind. Ostatni środek trzeźwiący pozwala zobaczyć ulice pokryte śniegiem i odczuć przejmujące zimno: wśród różnych nieszczęść jest i nawrót ery lodowcowej. A mieszkańców Ziemi jest już nie trzydzieści, jak się podaje oficjalnie, lecz sześćdziesiąt dziewięć miliardów.
W latach 80. obraz staje się jeszcze bardziej niepokojący. Wychodzą dwie pełnowymiarowe powieści z Tichym jako głównym bohaterem i obie są właściwie katastroficzne. „Wizja lokalna” (1981) każe się ostatecznie rozstać z utopią doskonałego społeczeństwa; „Pokój na Ziemi” (1984) kwestionuje możliwość rozbrojenia. Co szczególne, pierwsza z tych powieści powstała jako rozwinięcie przywołanej na początku „Podróży czternastej”, tej z sepulkami; jednak po latach humoreska rozrosła się Lemowi w traktat moralno-socjologiczny.
Na planecie Encji współistnieją dwie cywilizacje, z których pierwsza realizuje model kolektywistyczny, druga – demokratyczny; żadna z nich jednak nie jest społeczeństwem otwartym w znaczeniu Popperowskim. Kolektywistyczna Kurdlandia jest po prostu policyjnym państwem niedoboru, w którym powszechnej biedzie towarzyszy nakaz ideologicznej jedności; lecz liberalna Luzania także musi uciekać się do przymusu, aby nie pogrążyć się w chaosie i anarchii. Przymus ten w powieści ma charakter fantastyczny (społeczeństwo otula „etyko-sfera”, uniemożliwiająca działania agresywne); sam problem jednak pozostaje realny, choć u nas w początku lat 80. mógł się wydawać bardzo odległy. W „Wizji lokalnej” Lem zwracał bowiem uwagę na autodestrukcyjne siły tkwiące w demokratycznym społeczeństwie konsumpcyjnym. Dla mieszkańca Peerelu było to wówczas zagrożenie egzotyczne, ale pisarz, jak zwykle, widział dalej.
„Pokój na Ziemi”, ostatnia już powieść o Tichym, wyznaczyła bohaterowi całkiem nową rolę. Z obserwatora przekształciła go w centralną postać konfliktu. Dotąd bowiem był kimś w rodzaju etnologa: nie mieszał się w obserwowane wydarzenia, lecz tylko je rejestrował (wyjąwszy może wyprawę na Karelirię, gdzie zdemaskował zbuntowany mózg elektronowy jako banalnego agenta służb specjalnych). Teraz jest inaczej: kontrolując realizację układów rozbrojeniowych, Tichy najprawdopodobniej posiadł jakieś tajemnice militarne. Nikt jednak dokładnie nie wie, jakie; nawet on sam. Poddano go bowiem (kto? nie wiadomo) laserowej kallotomii, przecięciu spoidła wielkiego mózgu; w konsekwencji dane percepcyjne zgromadzone w prawej półkuli stały się niedostępne poznaniu pojęciowemu. Tichy stał się bombą informacyjną pożądaną przez wszystkie agencje i wywiady; w toku fabuły bohater uświadamia to sobie z coraz przykrzejszą ostrością. W tle zaś mamy wykład o zasadniczej niemożliwości kontroli zbrojeń i o nikłych nadziejach na rozbrojenie: zgromadzone arsenały „inteligentnych” broni mogą same podlegać ewolucji o nieprzewidywalnym kierunku. Tak samo w czasach Ijona Tichego, jak w naszych.
W ostatnich utworach Tichy nie jest już sympatycznym obserwatorem osobliwości – od plakatu „chcesz być wesoły – poluj na ośmioły!” po pieśń ludową „Hej, przeleciał robot, wydał cichy chrobot”. Nie przyjmuje również (jako ssak) życzeń „pomyślnego ssania” i nie rozwodzi się nad zasługami przodków (w tym Melchiora, który „postanowił stworzyć Ogólną Teorię Wszystkiego i nic go od tego nie powstrzymało”). Zamiast słuchać elektronicznych dowcipów, nawet bez pointy – dla zabicia czasu w podróży organizuje wirtualne konferencje z udziałem Russella, Poppera i Feyerabenda. Coraz mniej ma nadziei, że świat zdoła uniknąć katastrofy. Ewolucja Tichego odpowiada w jakimś stopniu ewolucji samego Stanisława Lema, który z entuzjasty technologii z biegiem lat stał się pesymistą. Ale coś jeszcze tutaj zasługuje na uwagę.
W literaturze polskiej Tichy właściwie nie ma odpowiednika. Wśród bohaterów Lema Pirx i inni piloci, a nawet Kris Kelvin z „Solaris” odsyłają w jakimś stopniu do Conrada. Z kolei profesor Hogarth z „Głosu Pana” jest przede wszystkim inteligentnym eseistą. Tichy natomiast wykracza poza ustalone podziały: ani to cham, ani Kordian. Mocno trzyma się ziemi (co u astronauty jest zaletą); zarazem okazuje się wyczulony na wszelki absurd. Nie jest wędrowcem, który ściga Nieznane; raczej sceptykiem, którego mało co zaskakuje. A przede wszystkim stara się zachować równowagę: wolny jest zarówno od paniki, jak od przesadnego entuzjazmu. Nawet w obliczu klęski uważa, że należy robić swoje. „Ale tak czy owak trzeba było dalej żyć” – taką pointą kończy się jego ostatnia przygoda.
Szkoda, że ostatnia.
MAŁGORZATA SZPAKOWSKA – literaturoznawca i socjolog kultury, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i redaktor miesięcznika „Dialog”, wydała m. in. „Dyskusje ze Stanisławem Lemem”.
|