|
Apokryf
Oczarowanie
FELIKS SZIROKOW
Wkrótce po II wojnie światowej założono w Moskwie Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Jego spektrum było niezwykle szerokie: od redakcji matematycznej po artystyczną. Kiedy skończyłem matematykę na Uniwersytecie Moskiewskim, prof. Kuroszen zaproponował mi pracę w tym właśnie wydawnictwie w charakterze jego zastępcy w redakcji matematyki, mechaniki i astronomii.
Wkrótce w wydawnictwie powstała nieformalna grupa przyjaciół literatury polskiej. Literatury i rzecz jasna samej Polski. Polskie książki niesłychanie nas nęciły. Przede wszystkim Marek Hłasko z „Ósmym dniem tygodnia”, ale także np. Ksawery Pruszyński. Czytaliśmy gazety i tygodniki: „Kulturę” i „Politykę”, „Dookoła Świata” i „Przekrój”. Dzięki recenzjom publikowanym w polskiej prasie poznawaliśmy literaturę zachodnioeuropejską, pamiętam na przykład, że o „Blaszanym bębenku” Grassa dowiedziałem się właśnie stąd. Lecz Polska nie była jedynie pomostem łączącym nas z Zachodem, sama w sobie stanowiła źródło wspaniałej kultury. Duszą owej nieformalnej grupy była Maja Koniewa, córka sławnego marszałka Koniewa.
Do lat 60. zdążyliśmy wydać też kilka książek Stanisława Lema: „Inwazję z Aldebarana”, „Opowieści o pilocie Pirxie” oraz wiele innych mniejszych utworów. Sądzę, że już wówczas zdołałem uchwycić istotę lemowskiej „kaligrafii słownej”, jego wielotekstowość. Przede wszystkim zaś uwagę moją przykuł bardzo poważny ton, jakim Lem rozprawiał o współczesnej cybernetyce, a cybernetyka pojawia się we wszystkich lemowskich „powiastkach”.
Lema tłumaczyło wówczas kilka konkurencyjnych grup. Na przykład Jewgienij Wajsbrot przełożył „Powrót z gwiazd”, powieść, którą cenię tak bardzo, że czasami wprost czuję się jak jej bohater Hal Bregg. Warto przypomnieć, że już w tej powieści Lem „przewidział” elektroniczne pieniądze, które nazwał itami, oraz teatr wirtualnej rzeczywistości, nazwany przez pisarza Realem. Pisze też Lem o napoju petro, spożywanym w przyszłości przez kobiety pragnące uwolnić się od bioobrony, która chronić miała płeć piękną przed napastliwością mężczyzn. Dziś niekiedy miewam wrażenie, że na naszych oczach spełnia się i ta lemowska fantazja...
Na początku lutego 1968 otrzymałem pismo z redakcji fantastyki oraz literatury popularno–naukowej wydawnictwa Mir, bo tak teraz nazywało się Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Proszono, bym przejrzał kilka rozdziałów najnowszego, nie znanego jeszcze u nas utworu Stanisława Lema. Była to „Summa technologiae”. Jej przekład przygotowała grupa tłumaczy. Książkę poprzedzono ideologicznym, marksistowskim wstępem, autorstwa doktora nauk filozoficznych. Ale co najgorsze, przekład okazał się fatalny.
W „Summie” opisana jest m. in. tzw. sfera Dysona, czyli olbrzymia cienkościenna kula, której zbudowanie wokół Słońca pozwoliłoby na zużytkowanie całej jego mocy. Dla obserwatora z Kosmosu wyglądałaby ona, pisze Lem, jak „łuna towarzysząca nocą istnieniu wielkiej metropolii". Ponieważ jednak po rosyjsku „łuna” oznacza księżyc, zatem w tłumaczeniu znalazłem takie oto kuriozum: sfera miała być podobna „księżycowi oświetlającemu sen wielkiego państwa”. Na szczęście Mir zdecydował się na poprawki, a także na bezprecedensowe posunięcie, usunął mianowicie nazwiska niefortunnych tłumaczy z eksponowanego miejsca i umieścił je gdzieś na szarym końcu książki.
,,Summę” zaopatrzono w marksistowski wstęp; niestety, ideologia wymagała też skrótów. Przypomnę, że w owym czasie kończyła się już chruszczowowska „odwilż”, a władca Kremla walił butem w mównicę podczas przemówienia w ONZ. Bolejąc nad skrótami, należało jednak wydać „Summę” za każdą cenę. Zaczynała się bowiem epoka kosmiczna, a „Summa” była najlepszym i najgłębszym dziełem Stanisława Lema. Przez osiem miesięcy redagowałem owo fatalne tłumaczenie i nigdy w życiu – ani wcześniej, ani później – nie doświadczałem podobnego upojenia intelektualnego. Oto bowiem odkrywałem „prawdę w ostatniej instancji”.
Oczarowaniu Lemem towarzyszył pewien czynnik osobisty. Od pacholęctwa czułem niesłychany pociąg do polszczyzny. Pod koniec wojny nabyłem słownik polsko–rosyjski i rosyjsko–polski, choć nie wiedziałem jeszcze, do czego może mi się przydać. Kiedy po wojnie w moskiewskich kioskach pojawiły się polskie gazety, czytałem je wszystkie od deski do deski. Cały czas szlifowałem język, ale kiedy odkrywałem nowe słowa, miałem często wrażenie, jakbym je skądś już znał. Wiadomo, że pomiędzy systemem nerwowym matki a płodu nie istnieje bezpośredni kanał informacyjny, ale przecież znane są przypadki, że dziecko wspomina wydarzenia, jakie się rozegrały przed jego narodzinami. Co to jest? Pamięć pokoleń?
Moja babka Aleksandra Farmakowska była córką polskiego generała na carskiej służbie. Babka Aleksandra była ostatnią właścicielką rodowego majątku pod Samarą, darowanego przez cara mojemu pradziadkowi za wierną służbę podczas kampanii krymskiej. Czy to dalekim przodkom zawdzięczam zatem przekazaną w genach pamięć języka polskiego? We wspomnianym „Powrocie z gwiazd” kobiety pijąc napój petro bronią się przed prawdziwymi, nie wirtualnymi mężczyznami. Czy jeśli kiedyś spełni się i ta wizja Lema, co czeka cywilizację przeszłości? Czy nie zagrozi jej zguba? Kto przyszłym pokoleniom przekaże pamięć?
Stanisławowi Lemowi składam najserdeczniejsze życzenia, przede wszystkim zaś życzę mu wielu sukcesów twórczych.
Tłum. Jan Strzałka
Feliks Szirokow – matematyk, cybernetyk, tłumacz literatury polskiej. Mieszka w Moskwie.
|