Apokryf

   

 Bardzo poważna zabawa


 
JAN JÓZEF SZCZEPAŃSKI

 
 

Jeśli zwracał na siebie uwagę (o co się zresztą nigdy nie starał), to przede wszystkim innością. Nieduży, korpulentny, wspominający Lwów jako swoje właściwe miejsce, przebywający w świecie wyobraźni i z nikim – z żadną grupą ludzką, z żadną lokalną tradycją – nie związany na stałe. Myślę, że właśnie ta „inność” zbliżyła nas do siebie przed wielu laty. Bo ja też wciąż jeszcze byłem obcy w Krakowie, z którym związały mnie nieoczekiwanie losy wojny.
Z tamtych czasów pamiętam Staszka Lema w przerobionym battledresie z paczki UNRRY, z ogromnym – i groźnie wyglądającym – psem wilczurem, z którym wędrował po ulicach.
Poznaliśmy się w Kole Młodych ZLP przy ulicy Krupniczej, gdzie ja byłem wiecznym, jak się zdawało, członkiem-kandydatem (bo cenzura nie pozwalała mi nic wydawać), a Staszek sposobił się dopiero do kariery autora science fiction. Nasze widoki na przyszłość były raczej problematyczne. Staszek przynajmniej miał prawie ukończone studia medyczne, ja z moją orientalistyką nie miałem co robić.
To była zima. Chodziliśmy na narty i czytaliśmy nawzajem swoje literackie pierwociny – z rozmaitym skutkiem, ale zawsze przekonani, że nie grożą nam grzecznościowe oceny. Nie należałem do amatorów science fiction, ale nieskrępowana wyobraźnia Staszka, jego poczucie humoru oraz zaskakująca zdolność tworzenia nowych słów, zachwycały mnie od początku. Nawet w tej prawie na wpół bajkowej fabularyzacji miał Lem za sobą solidny fundament erudycji. Wiele czasu poświęcał studiowaniu pism i książek naukowych. Jeszcze wtedy nie był filozofem, ale ku temu najwyraźniej zmierzał. Ludyczność jego literackich zapotrzebowań coraz wyraźniej ulegała pokusom poznania. W miarę rozwoju tego procesu książki Lema stawały się coraz trudniejsze. Początek jego pisarskiej twórczości okazał się tu niezwykle pomocny. Tak zwany „przeciętny czytelnik”, przyzwyczajony do gwiezdnych przygód i do astronautycznej egzotyki, okazywał się nieoczekiwanie odporny na filozoficzne dociekania ojca pilota Pirxa.
Muszę tu wyznać, że i dla mnie ta druga część twórczości Stanisława Lema była trudniejsza – czasami wręcz niezrozumiała. Zawsze jednak zawierała propozycje poważne i niezwykle użyteczne dla zrozumienia świata. Sądzę (i nie jestem w tym odosobniony), że zrozumieniu świata i siebie samego bardziej pomaga literatura – dobra literatura – niż specjalistyczne książki naukowe. Pod tym względem twórczość Stanisława Lema należy na pewno do czołówki. 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl