Apokryf

   

 Pisarz egzystencji


 
ADAM POPRAWA

 
 

Rozpocznę od zagadki. Kto jest autorem zdania: „Pojawiamy się, pełni ufności, że jest tak, jak widzimy, że dzieje się to, co poświadczają naocznie zmysły, a potem, nie wiedzieć jak ani kiedy, okazuje się, że dzieci dorastają, a dorośli zaczynają umierać”? Wprawdzie okoliczności publikacji niniejszego szkicu stanowią aż nadto wystarczającą podpowiedź, niemniej nie widzę powodów, by rezygnować z tego małego quizu. Odpowiedź bowiem, jak mniemam, może być zaskoczeniem. Któż więc? Oczywiście Lem.
Tak, Lem, lecz wcale nie oczywiście. W przypadku stereotypowego odbioru tej twórczości, poprzestającego na paru quasiinterpretacyjnych schematach, wynotowanej sentencji nie szukałoby się w szufladzie z napisem „Lem”. Ci natomiast, którzy mają za sobą solidny interpretacyjny namysł nad pisarstwem autora „Filozofii przypadku”, wiedzą, że oczywistość nie stanowi kategorii przydatnej do badań lemologicznych; czy to analizujących poszczególne książki, czy to konstruujących ogólną teorię całości jego dzieła.
A zakończenie jednego z rozdziałów „Wysokiego Zamku” wybrałem również dla dwóch – tyleż łączących się, co rozbieżnych – celów. Po pierwsze, zadziwienie niezauważalnym, choć boleśnie trwałym, upływem czasu stanowi doświadczenie dość powszechne. Czy da się stąd wyciągnąć wniosek, że Lem jest pisarzem bliższym (jak to nazwać?) codzienności (?), powszedniości (?), życiu (?!), niż by się mogło wydawać? A to zależy. Nie da się Lema nazwać „życiowym” pisarzem w tym sensie, że miałby on być autorem książek dla wszystkich (nie ma zresztą takich pisarzy w przyrodzie). Jednak światowa popularność pisarza jest faktem. I trudno przy tym przypuszczać, że społeczność jego czytelników składa się wyłącznie z metodologów nauki tudzież amatorów science fiction. Owszem, są niewątpliwie i takie motywacje czytelnicze, lecz, jak wolno zasadnie sądzić, Lem doczekał się aż tylu odbiorców, gdyż jest im potrzebny. Do czegoś ważnego. 
Drugim z zapowiedzianych celów są zatem egzystencjalne walory prozy Lema. Jego dzieła są fascynującymi konstrukcjami intelektualnymi, wymagającymi od czytelników erudycyjnej kompetencji. Są rewelacyjnymi realizacjami literackimi, do których rozszyfrowania trzeba interpretacyjnej sprawności i pomysłowości. I (właśnie „i”, nie zaś jakieś „ale” czy „a mimo to”) jest Lem przy tym pisarzem egzystencji. Także w tym znaczeniu, że stawia problemy ważne teraz, dla mnie, nie zaś jedynie kiedyś, w przyszłości i w kosmosie, przy ewentualnym kontakcie z obcymi.
Raz jeszcze warto wrócić do cytatu z „Wysokiego Zamku”. Słowa te kryją milczący, więc tym gwałtowniejszy protest przeciw przemijaniu, ale znajduje się tam też coś więcej. Postrzeganie dziecięce (wspomniany tom jest autobiograficzną opowieścią o dziecku) przyjmuje, „że jest tak, jak widzimy, że dzieje się to, co poświadczają naocznie zmysły”. Dojrzałość polega, między innymi, na oddalającym uświadomieniu takiego założenia. A zatem proste odwzorowanie świata w umyśle jest iluzją. Lub ostrożnie: i obraz świata w świadomości, i świat sam przestają być pewnikami.
W tym miejscu przyda się dygresja. Otóż, od biedy, pisarzy można z grubsza podzielić na dwie grupy (dla jeszcze większej przejrzystości pomijam tu autorów, by tak rzec, jednozwrotnych, tych, których nieledwie wyłącznie zajmuje jedna z trzech dziedzin: „ja”, inni, albo świat). Rodzaj pierwszy opisuje relacje „ja – inni”, w skrajnej wersji „ja” okazuje się wypadkową innych. W podejściach mniej radykalnych „ona”, „ty”, „my” są zjawiskami nie tylko istotnymi dla „ja”, lecz „ja” współkonstruującymi. Model drugi natomiast to „ja – świat”. Relacje „ja” z innymi ulegają w tym wypadku znacznemu osłabieniu. Ludzie są dla „ja” problemem poznawczym, podobnie jak reszta świata.
Jeśli zgodzić się na prowizorkę powyższego schematu, to Lema widziałbym w grupie drugiej. Z zastrzeżeniami, jakżeby inaczej. Pewne – i różne – cechy tego pisarstwa sprawiają tedy, że kwestie międzyludzkie (w znaczeniu przede wszystkim psychologicznym i obyczajowym) nie są w tych książkach najważniejsze. Mocna podmiotowość i wyrazista kreacja Ijona Tichego, pilota Pirxa czy innych głównych bohaterów książek Lema (przy wszystkich różnicach dzielących tę prozę), ich swoista samowystarczalność – poniekąd odsuwają innych bohaterów na drugi plan, pomniejszają wagę ich relacji z postacią najważniejszą. Skutki konstrukcji tej postaci wzmacniane są w Lemowych dziełach przez realizacje gatunkowe: i w nawiązującej do filozoficznej powiastki grotesce, i w fabularyzowanym eseju pozostali bohaterowie odgrywają role raczej egzemplaryczne niż pełnoprawne (choć nieraz są świetnymi, na swój sposób autonomicznymi, kreacjami literackimi, ale to by już było następne zagadnienie).
Zgoda, pamiętam na przykład o „Szpitalu Przemienienia”, powieści respektującej personalne implikacje realizmu; czytałem „Pamiętnik znaleziony w wannie”, gdzie bohater porusza się wyłącznie wśród ludzi z Gmachu; znam „Eden” z niewolną od napięć współpracą rozbitków; nie zapomniałem wreszcie o opisywanych przez Lema więziach uczuciowych. Idzie mi jednak o rozłożenie akcentów. Zasadniczo więc mniej się u tego pisarza liczy to, co się dzieje między „ja” a innym człowiekiem, niż to, co dzieje się między „ja” a światem, a problemami świata. Nawet w „Solaris” całą historię między Krisem Kelvinem a Harey, ewokującą niezwykle silne emocjonalne napięcie, można zredukować podmiotowo: kobieta, której samobójcza śmierć obciąża sumienie bohatera, powraca doń w postaci – zrodzonej w jego podświadomości – projekcji, zmaterializowanej przez solaryjski ocean. Harey jest więc zobiektywizowanym aspektem „ja”. Prawda, nie broniłbym wyłączności takiej lektury: Harey otwiera w powieści semantykę o wiele bardziej złożoną. Z drugiej jednakże strony: czy nie jest znamienne, że w całej twórczości Lema najsilniej (przynajmniej na mnie) oddziałującą kreacją innego/drugiego człowieka jest projekcyjny fantom?
Harey stanowi fantastyczny projekt, to znaczy postać z powieści sf. Jest problemem arcyważnym dla „ja”, którego (re)konstrukcja – i w świecie powieściowym, i w sensie pozaliterackim – pozostaje kwestią jak najbardziej realną. Analogiczną sprawą staje się poznanie relacyjnego odniesienia „ja”, czyli świata. Nim jednak „ja” ruszy w świat, musi rozpoznać siebie.
Już na (prawdę powiedziawszy, którymś z kolei) początku zaczynają się kłopoty. Zdaniem rozmówcy Pirxa, „świadomość to część procesów mózgowych, wyodrębniona z nich na tyle, że stanowi w subiektywnym odczuciu jedność, ale ta jedność jest złudzeniem introspekcji” (,,Rozprawa”). W takim ujęciu „ja” okazuje się dynamiczną projekcją. Jej wyprowadzenie z (pewności) anatomicznej czy biologicznej materii nie unieważnia jednak tego, iż rewersem wspomnianego dynamicznego charakteru jest niestałość. Innymi słowy, spójność czy samo istnienie „ja” są nieustannie zagrożone. Niebezpieczeństwa zwiększają się wraz ze zmniejszaniem udziału świata. Skazanie „ja” na siebie staje się próbą nicości.
Na tym właśnie poziomie rekonstruować należy ostateczne znaczenia opisywanych w prozie Lema doświadczeń psychologicznych, którym poddawani są przyszli astronauci. Pirx w opowiadaniu „Odruch warunkowy” musi przejść przez „wariacką kąpiel”: unosi się w zbiorniku z roztworem soli, po pewnym czasie przestaje odczuwać własne ciało. Z kolei Hal Bregg z „Powrotu z gwiazd” na jakiś czas zamknięty jest w „Pałacu Duchów”, czyli w imitującym małą rakietę pojemniku. Celem obu eksperymentów jest maksymalne odcięcie od bodźców zewnętrznych. Doświadczenia są niebezpieczne. Nie idzie mi o opis psychologiczny. Oba epizody traktuję jako obrazy o szczególnie silnym nacechowaniu znaczeniowym. Problem nie wyczerpuje się w tym, że eksperymentalnie wyodrębnione i odosobnione „ja” przestaje pełnić swe funkcje. Zaczyna produkować zjawy (przypadek zamkniętych w pojemniku) bądź, wraz z ciałem, zdaje się dążyć do rozpadu (Pirx). Co ważne, te neantyzujące doznania Pirxa przypominają równie groźny wizyjny sen Kelvina z „Solaris”.
Ale również jak najbardziej bezpośrednie skonfrontowanie „ja” z (wszech)światem wydaje się zadaniem niewykonalnym. Bregga (na tym polega eksperyment) pozostawiają samotnego w próżni, na okołoziemskiej orbicie. Jego zadaniem jest jedynie czekać na powrót rakiety. Nie pomaga światło ziemi, która wygląda „jak pięciokrotnie powiększony księżyc”, na nic też widok gwiazd. „Było to doświadczenie wieczności, wchodziła w człowieka i dawała mu poczuć swój potworny smak”.
Trudno przecież z zestawienia obu ekstremalnych przeżyć wyciągnąć wniosek, w myśl którego „ja” potrzebuje świata – tak w sam raz, skoro ani jego brak, ani nadmiar nie wychodzi na zdrowie. Byłaby to implikacja nazbyt prostoduszna.
Pewnym wyjściem dla „ja”, określającym i usensowniającym, może się stać projekcja religijna. Rozwiązanie takie nie miałoby jednak być ani sięgnięciem do transcendencji tradycyjnych, ani kultem „ja”. Kris Kelvin myśli o Bogu kalekim, ułomnym. „To jedyny Bóg, w którego byłbym skłonny uwierzyć, którego męka nie jest odkupieniem, niczego nie zbawia, nie służy niczemu, tylko jest”. Koncepcja taka nie stanowiłaby gotowego wyjaśnienia przejętego przez „ja”, jest natomiast kierunkiem dla „ja” immanentnym (w końcu ów niedoskonały Bóg stanowi efekt poszukującego pomysłu „ja”), jak również, paradoksalnie, odniesieniem wobec „ja” zewnętrznym. Ten Bóg jest zresztą dość egzystencjalistyczny. Ale w końcu „Solaris” powstała w latach 1959–1960. A egzystencjalistyczne koncepty posiadają niewątpliwie swoje, już pozafilozoficzne (w wąskim, historycznym sensie) i pozaliterackie, przyczyny oraz przedłużenia.


ADAM POPRAWA (ur. 1959) – historyk literatury, krytyk literacki i muzyczny, pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl