Apokryf

   

 Przyszłość jest otwarta


 
Ze STANISŁAWEM LEMEM rozmawia TOMASZ FIAŁKOWSKI

 
 

TOMASZ FIAŁKOWSKI: – Wróćmy w tej jubileuszowej rozmowie do minionego wieku, którego, co tu kryć, jest Pan jednym ze świadków. Jaki jest wedle Pana jego ostateczny bilans?

STANISŁAW LEM: – Wprost na takie pytanie odpowiedzieć się nie da. Historia rozwoju cywilizacji ludzkiej, której podglebiem jest kultura, to bieg, którego toru nikt z góry nie wyznaczał, dalekosiężnych celów mu nie ustanawiał. I chociaż poczciwi i szlachetni utopiści uważali, że należałoby wymyślić jakiś prometeuszowy cel, ku któremu ludzkość by zdążała, to w rzeczywistości tak zwany rozwój napędzały zupełnie inne siły. Weźmy współczynnik międzyludzkiego okrucieństwa: był on niestety stałą naszej cywilizacji, zmieniał tylko oprzyrządowanie w zależności od dostępnych w danym czasie technologii. W imperium rzymskim podziały na wolnych i niewolników, na pochodnie Nerona i przypatrujących się tym pochodniom były jak gdyby straszliwsze niż dzisiaj, a przy tym uznawano je za nieuchronne. Uważano, że tak jak słońce świeci, podobnie musi istnieć niewolnictwo.
Przyspieszenie rozwoju rozpoczęło się mniej więcej wtedy, kiedy przestały już pracować francuskie gilotyny; jak wiadomo, rozmaite wielkie umysły dały głowy pod ostrze wynalazku doktora Guillotin. Pod koniec XVIII i z początkiem XIX wieku, kiedy powstała koncepcja zastąpienia mięśni zwierząt i ludzi „mięśniami” pobieranymi z energii pozaludzkiej, rozpoczęła się epoka pary. Co prawda jeszcze Heron w Aleksandrii wymyślił maleńką turbinkę, która się kręciła, ale to był właściwie żart.
Czym tłumaczyć, że koło zamachowe postępu technologicznego ruszyło z takim impetem akurat w cywilizacji europejskiej?
– Czy ktoś jest wierzący czy nie, byle był obiektywny, wie, że placet dała w gruncie rzeczy doktryna chrześcijańska w oparciu o biblijny nakaz: Czyńcie sobie ziemię poddaną. Gdzie indziej mury tabuizacji były silniejsze i postęp technologiczny już rozpoczęty, utykał – na przykład w Chinach. W Europie natomiast nabrał wielkiego rozpędu. Powiedziałbym paradoksalnie, a może i nie paradoksalnie, że zbyt wielkiego: element wynalazczo-odkrywczy, jednostkowy, może przysporzyć pędu wielkim mocom, które wyzwolił, ale nie może ich już ani zahamować, ani nawet nimi kierować. Ta olbrzymia rzeka zaczęła z wolna służyć coraz bardziej albo po prostu polityce, albo antagonizmom międzykulturowym, międzyludzkim, międzypaństwowym. 
– Wiek XX rozpoczął się eksplozją takich antagonizmów – pierwszą światową wojną.
– Wojną, która wcale nie musiała wybuchnąć, straty natomiast przyniosła straszliwe i, prawdę powiedziawszy, ani państwa centralne, ani alianci nic z niej nie wynieśli prócz ogromnej ilości trupów. Potem zderzyły się dwie utopie: jedna faszystowsko-brunatna, nie kryjąca swych morderczych zapędów, i druga komunistyczna, która na sztandarach miała powypisywane różne piękne i szlachetne cele. Efektem tego zderzenia była w pewnym sensie II wojna światowa, która przyniosła, jak mówią, około 70 milionów ofiar, zagładę Żydów i Cyganów, a także pomysł, wedle którego Słowianie są rasą podludzi. 
Modne są teraz historie alternatywne. Skoro oba totalitaryzmy dwudziestowieczne zrodziły się jako konsekwencja I wojny światowej, a ta nie miała przyczyn, by tak rzec, obiektywnych, co by się stać mogło, gdyby I wojny nie było? Może ludzkość uniknęłaby faszyzmu i komunizmu?
– Jak się zaczniemy z takimi hipotezami cofać wstecz, to nie wiadomo, gdzie się zatrzymać. Czy przy wojnie trzydziestoletniej? A może stuletniej? Mówiąc jednak serio: nie odpowiem na to pytanie, dam natomiast inny przykład. Gdyby Hitler nie był antysemitą i gdyby wszyscy zdolniejsi fizycy z Niemiec i Węgier nie skupili się wraz z Einsteinem jako uciekinierzy w Stanach Zjednoczonych, i gdyby Einstein nie napisał listu do Roosevelta, Hitler mógłby zwyciężyć Rosję Sowiecką i nigdy byśmy nie wyleźli z niemieckiej niewoli. Aż strach to mówić.
– To przykład, jak niebezpieczne jest takie gdybanie.
– Historia to rodzaj walca drogowego, nie interesują jej losy mrówek. Jest rzeczą wiadomą, że gdyby Japonia poddała się wcześniej niż Niemcy, to bomby atomowe mogły spaść na Hamburg czy Berlin i oberwalibyśmy bardziej niż przy Czarnobylu. Nie kijem go, to pałką. Istnieje taka powieść Słonimskiego „Torpeda czasu”, pisałem do niej kiedyś wstęp. Nie jest to książka zbyt dobra, ale zawiera ciekawy pomysł: oto anulowano szereg przykrych wydarzeń z przeszłości, ale na odnowionej i odmienionej ścieżce historii pojawiają się wydarzenia inne, równie jak tamte nieprzyjemne. Próby naprawienia przeszłości nie dałyby dobrych rezultatów. I tym się zresztą w mojej twórczości zajmowałem, wykazując, że nic się nie da zrobić.
Czy fakt, że w XX wieku przezwyciężono jednak oba totalitaryzmy, nie daje nadziei na przyszłość? I czy nie jest to rodzaj szczepionki?
– Nie wiem, czy skutecznej; pojawiają się przecież odrostki tamtych idei. W spotęgowanej ilościowo ludzkiej cywilizacji panuje bardzo silna tendencja amnestyczna. Obejmuje ona zresztą wszystkie dziedziny. Czytałem niedawno, że uczniowie nie wiedzą, kim byli Rej albo Żeromski. W moim przedwojennym gimnazjum to było niemożliwe, nawet największy tępak musiał wiedzieć takie rzeczy. Zapuszczone głęboko korzenie kultury narodowej są jednak jakimś spoiwem, bez którego pojęcie narodu przestaje mieć znaczenie, tyle że wszyscy mówimy tym samym językiem.
– Czy spoiwem społeczności nie stał się dziś po prostu język telewizji i zespół obrazów, którego nam dostarcza?
– Pewnie tak – ale to przecież jest zmielona papka. Nie mogę niestety powołać się na źródło, bo wiadomość znam z drugiej ręki; w „Forum” bodaj cytowano wypowiedź Papieża, że reality show jest naruszeniem godności ludzkiej. Najbardziej prywatna sfera międzyludzkich stosunków ulega komercjalizacji i zostaje sprzedana na rynku. To jest daleka analogia do stambulskiego rynku niewolnic.
Paweł Śpiewak wskazał na jeszcze jedną cechę reality show: widzi w tych programach zmianę jakościową, po raz pierwszy bowiem kultura masowa nie odwołuje się tutaj do kultury wysokiej, nie żywi jej wzorami, choćby i najbardziej przekształconymi i strywializowanymi.
– Rzeczywiście, jest to triumf prymitywizmu. I Polska oczywiście nie jest wyjątkiem. We Francji, jak czytałem, Wielki Brat nazywa się loft story; pewna modelka, która w programie wzięła udział i nawet nie zajęła pierwszego miejsca, ale szczególnie się spodobała, przeżywa ciężkie chwile. Podobno jej domek na Riwierze bezustannie najeżdżany jest przez tłumy, które chcą ją zobaczyć. Wielbiciele biwakują dookoła i policja musi rozładowywać straszliwe zatory aut. Kiedy stwierdziłem w „Tygodniku”, że w Stanach Zjednoczonych nie ma na szczęście Wielkiego Brata, jeden z czytelników napisał mi, że się mylę. Oglądał bowiem niedawno program, którego uczestnikom, oczywiście wolontariuszom, dano do ręki łopaty, by wykopali sobie groby i w nich się położyli, a potem wpuszczono tam szczury, podobno całkiem niegroźne. Dlaczego ludzie decydują się na podobny krok? Chyba po to, żeby się wyróżnić, żeby stracić anonimowość. Pisano o lonely crowd, samotnym tłumie; oni na mgnienie, na chwilę przestają być samotni. Wszystko to jest osobiście dla mnie zasmucające.
A czy to się nie wiąże z globalizacją informacji? Może masowa chęć uczestnictwa w takich programach została ludziom wmówiona przez telewizyjnych producentów? 
– To się, jak sądzę, zaczęło od zwykłego podglądactwa, które dawniej, kiedy profesor Eugeniusz Brzezicki uczył mnie psychiatrii, uchodziło za objaw patologiczny. Teraz się okazało, że widownia chce tego i że to lubi. Rzecz należy moim zdaniem do gatunku zbiorowych manii, które od czasu do czasu ludzkość zarażają.
Ale siła przekaźnika, jakim jest telewizja czy internet, powoduje, że podobne manie szerzą się nieporównanie szybciej niż kiedykolwiek. Żeby w średniowieczu jakaś zbiorowa psychoza w rodzaju biczowników rozeszła się po Europie, musiały minąć miesiące, a nawet lata. 
– Bo to jest czarna strona, rewers technologii. Jak długo jedynym masowym przekaźnikiem było radio, trudno sobie było wyobrazić istnienie reality show: słuchacz musiałby z wysiłkiem rozróżniać poszczególne postacie po głosach. A tu wszystko widać. Myśleć przy tym nie trzeba wcale, co jest bardzo miłe. Wystarczy oglądać. A obraz ma wielką siłę. 
Podczas okupacji byłem raz i drugi na niemieckim filmie, chociaż tego robić nie należało. Pamiętam obraz, który zrobił na mnie wielkie wrażenie, choć nie pamiętam autora ani tytułu; dotyczył chyba początków dżumy, ale nie były one dosłownie ukazane, tylko poprzez wizję jakichś zbiorowych automatyzmów. Troszeczkę oswojone okropieństwa bardzo ludziom smakują: duchy i tak dalej. Czy to atawizm, który apeluje do naszej kanibalistycznej przeszłości? Nie wiem i nie ośmielę się twierdzić, że posiadam na to dowody. 
Istotne jest to, do czego zmierzamy. Sfera detabuizacji fatalnie się powiększa.
Może nastąpi efekt wahadła i obudzimy się za kilka lat w nowej epoce wiktoriańskiej? Swoboda obyczajowa w wieku XVIII była znacznie większa niż w stuleciu następnym.
– To zależy, w jakich klasach. Istotnie, okolem straszliwych i makabrycznych wymysłów markiza de Sade było rozpasanie i rozwiązłość społeczna. Odnosiło się to jednak do warstw wyższych; lud siedział cicho i nie miał nic do gadania, tylko wielmoże pozwalali sobie na bardzo wiele. A teraz mamy – to jest jednak trafne określenie zawarte w tytule powieści, nieudanej zresztą, Andrzejewskiego – miazgę. Wszyscy tworzymy rodzaj kaszy, ale każde ziarenko tej kaszy chciałoby być specjalnym ziarenkiem. A kiedy ziarenko takie nie ma obiektywnych danych ani uzdolnień, choćby do fikania koziołków, zgłasza się do telewizji. To zresztą stan przejściowy. Sądzę, że jesteśmy w stałym ruchu: mody pojawiają się i przemijają, obżeranie się zakazanymi owocami jest, jak to powiedział świętej pamięci Andrzej Kijowski, ulubionym zajęciem ludzkości, ale zmienia się rodzaj owocu. 
Dodałbym tutaj rozszerzanie się sfery sztuki na obszary, które dawniej sztuką nie były. Christo pakujący w folię mosty i katedry jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej byłby świetnym kandydatem do Jana Bożego albo Kobierzyna (myślę o szpitalach psychiatrycznych). Dziś już i Christo jest w ariergardzie. Podczas Wiener Kunstausstellung pokazywano maszynę – nazywa się po prostu kloaka – w której paszczę wrzucone rozmaite artykuły żywnościowe i enzymy wytwarzają na końcu kał. Skoro to jest dzieło sztuki... Przekroczyć tę barierę będzie trudno. Doszliśmy do jakiejś ściany i teraz próbujemy zrobić w niej dziurę. 
– Ale czy to znaczy, że kultura wysoka, czy też po prostu kultura rozumiana tradycyjnie, będzie się dalej cofać?
– Wychodzi na to, że ona będzie miała tendencje do bycia spychaną do katakumb. Czytam teraz – bo bardzo lubię – Puszkina. Wybór z Puszkina kosztował w Związku Sowieckim grosze i miał 250 tysięcy nakładu. Gdzież teraz takie nakłady? A jeśli chodzi o zasięg: jak to napisał Norwid? „Syn minie pismo, lecz ty wspomnisz, wnuku”. Teraz wnuk zmienia się w prawnuka, który znowu nie wie nic o Norwidzie.
Wróćmy do bilansu zeszłego wieku. Zwykle jedne nauki znajdowały się w awangardzie, inne postępowały nieco z tyłu; w I połowie XX wieku na czele nauk kroczyła fizyka. Jak jest teraz?
– Siły napędowe są dwuskładnikowe. Z jednej strony mamy oczywiście to, co jest możliwe do odkrycia i przełożone na działania, a z drugiej – wielkie inwestycje kapitałowe, czyli ślepa komercjalizacja, pogoń za zyskiem. Wielkie pieniądze i wielkie moce produkcyjne ruszają tam, gdzie kapitały można pomnożyć. 
Pisałem w „Summie”, że jesteśmy ostatnim reliktem natury w sztucznie wytworzonym środowisku ziemskim; inwazja technologii w człowieka zdawała mi się nieuchronna. Nie było tak, że ktoś złośliwie i jednostkowo to zaplanował. Napisałem: „Należy dogonić i przegonić sprawności wytwórcze i demiurgiczne natury”, do tego się przyznaję; nie spodziewałem się, że to przybierze tak trywialny i znieważający godność ludzką charakter. 
Odkrywcy początku wieku, jak madame Curie z mężem, Heisenberg, Einstein, przeważnie nie zdawali sobie sprawy z tego, jakie moce wyzwalają. Wszyscy byli jak uczeń czarnoksiężnika ze słynnej ballady Goethego albo bohater wschodniej baśni, który nie może w żaden sposób wsadzić demona z powrotem do butelki i zakorkować. Odkryć nie można zakrywać, a to, co ludzie potem z tymi odkryciami robią, wymyka się całkowicie spod władzy odkrywców. 
Wielcy ojcowie nowożytnej nauki: Newton, Darwin i tak dalej, podobnie jak wielcy Ojcowie Kościoła działali w pojedynkę. Dzisiaj odbywa się to wszystko w straszliwie rozmnożonych zespołach. Czytając amerykańskie pisma naukowe pod każdą relacją z nowych badań znajduję dziesiątki nazwisk z całego świata. To umiędzynarodowienie połączone z naciskiem amerykanizacji też jest charakterystyczne. Jeśli chcesz, będąc Czechem, Polakiem czy Rumunem, wziąć udział w ważnych badaniach, musisz się nauczyć angielskiego i pracować w Stanach Zjednoczonych. 
Od technologii XIX-wiecznej, kiedy praktyka wynalazcza edisonowskiego typu brała na hol cywilizację i tworzyła żarówki, koleje parowe, pierwsze samochody i tak dalej, znaleźliśmy się u schyłku XX wieku na przedprożu ery informatycznej i globalizacji. Oznacza to po pierwsze niesłychaną szybkość przekazu wszelkiej informacji z jednego punktu globu na drugi, a po drugie znaczne poszerzenie zakresu tego przekazu. Nie chodzi o pozdrowienia od cioci dla siostrzeńca, ale o olbrzymie kwoty finansowe. Z punktu widzenia koncepcji tak zwanej Europy ojczyzn stanowi to zagrożenie, znosi bowiem wszelkie granice; olbrzymie korporacje, zwłaszcza amerykańskie, wcale się o to nie troszczą. Jeden przykład: zaledwie prezydent Bush ogłosił swoją decyzję w sprawie ograniczenia badań nad embrionami, a już amerykańskie korporacje zajmujące się biotechnologią, jak na przykład Geron – to są miliardy wdrożonych w badania dolarów – zdecydowały się na przeniesienie na grunt bardziej przyjazny, do Wielkiej Brytanii, która użytkowania blastomerów do badań nie zabrania. Nie mówię oczywiście o wariatach jak ten Włoch Antinori, który zapowiedział, że już-już będzie klonować człowieka. Lekarz, który chce klonować ludzi, ma tyle rozumu, co chłopak, który przy pomocy szelek i kawałka starego sznura skakał z mostu i rozbił sobie głowę.
Informatyka jest jednym z rozgałęzień drzewa ewolucji i rewolucji technologicznej, którą ja bym nazwał w całej bezwzględności spojrzenia – wykraczającego oczywiście poza mój osobisty horyzont biologiczny – drogą do piekielnego raju albo, jak kto woli, rajskiego piekła.
– Które z XX-wiecznych odkryć były dla Pana najbardziej fundamentalne?
– Niestety najważniejsze odkrycia i wynalazki stanowiły równocześnie zaprzęg służący wzmożeniu mocy militarnych. Najpierw alianci współzawodniczyli z Hitlerem, potem Wschód z Zachodem. Lądowanie na Księżycu, penetracja przestrzeni kosmicznej – wszystko to są uboczne czy, jak to się teraz uczenie mówi, kollateralne skutki wyścigu zbrojeń. Kiedy poleciał w Kosmos czerwony Sputnik, prezydent Kennedy powiedział: Nie damy się zapędzić w kozi róg, wylądujemy na Księżycu – i za 25 miliardów dolarów wylądowali. Tego procesu powtórzyć się nie da. I coś jest niestety w stwierdzeniu Marksa, że dramaty historii powtarzają się jako farsa. Dlatego uczeni amerykańscy mówią, że tarcza antyrakietowa Busha trochę jest humbugiem, a trochę pomysłem humorystycznym – nie intencjonalnie oczywiście. 
Wyzwolenie energii atomowej to właśnie taki demon, którego nie można już z powrotem zakorkować w butli. Rozszyfrowanie genomu uwalnia niestety innego demona, także nie dającego się już unieważnić. Wzbudzone zostały przy tym nadzieje, w dużej mierze zresztą wcale nie przez uczonych, raczej przez popularyzatorów z Bożej łaski, którzy na łamach gazet obiecują zbawienne terapeutyczne skutki biogenetycznych prób. To właśnie owa droga piekielna do raju: będziemy więksi, silniejsi, mądrzejsi i w ogóle wspanialsi. Co znaczy – będziemy? Przecież nie my, w najlepszym razie nasze prawnuki, bo chodzi o oddziaływanie na materię dziedziczną, jeżeli w ogóle cały eksperyment się uda. 
Życie ludzkie trwa w skali wszechświatowej niesłychanie krótko, zaledwie okamgnienie, jak pozwoliłem sobie nazwać moją przedostatnią książkę. A z drugiej strony za mojego życia minęło kilka epok. Byłem chłopcem ośmioletnim, kiedy do naszego mieszkania lwowskiego wniesiono olbrzymią skrzynię marki Ericsson, z posrebrzanymi lampami katodowymi i jakimiś kondensatorami, były tam też dwa olbrzymie akumulatory, jeden dawał wysokie napięcie, a drugi napięcie żarzenia. Wciąż widzę, jak wujek z moim ojcem nad tym radiem się pochylają – głośnik stał zupełnie osobno, wyglądał trochę jak taki dziwny abażur, była też antena rozpięta na krzyżaku. Jako pierwszą złapali lwowską radiostację, i jakiś pan grobowym głosem odczytywał opowiadanie Conrada „Gospoda pod Dwiema Wiedźmami” – do dziś zapamiętałem ten głos. Czasem z głośnika wydobywały się straszliwe jęki i wycia: ojciec był wtedy bardzo dumny, bo to znaczyło, że złapał Koenigs-wusterhausen, najsilniejszą wówczas radiostację. To były początki radia lampowego, jego poprzednikiem był detektor na kryształek, słuchało się wyłącznie przez słuchawki, nie miał on żadnego zasilania własnego i funkcjonował tylko dzięki temu, że pobierał cząstkę mocy nadajnika. Jeżeli ja to pamiętam, podobnie jak pierwszy model samochodu forda – jeden z ostatnich chyba egzemplarzy obsługiwałem później w garażach niemieckiej firmy w roku 1942 – to widać, do jak olbrzymich zmian doszło na przestrzeni mojej jednostkowej biografii. 
W historii niewiele było chyba okresów, w których przemijalność, zmienność, chwilowa przejściowość tak by się uwidaczniała. Myślę nie tylko o technologii, także o mentalności ludzkiej, o obyczajowości. Gdyby moja mama wyszła na ulicę w spodniach, rzucano by w nią kamieniami – a przecież to były lata 30., zaledwie 70 lat temu. Przed nami otwarty przestwór. Ale ogólne trendy rozwojowe mnie przynajmniej martwią. Sam znajduję się w końcówce mojej osobistej kariery, więc to nie odnosi się do moich losów.
Miałem chyba trochę upiornej racji, pisząc „Kongres futurologiczny”. Przedstawiona tam wspaniała rzeczywistość stanowi cienką błonkę, za którą ukrywa się prawdziwy, ponury obraz świata. A u nas? Żyjemy sobie jak dzieci, aż tu się nagle ziemia pod nami otwiera: budżet się rozleciał. Mniej więcej jak 1 września 1939, kiedy zaskoczyły nas wybuchy bomb niemieckich. Co to znaczy?
– Ani cienia więc optymizmu?
– Nie, dlaczego? Całkowitym nowum na terenie poznania – to się nazywa kognitywistyka, a po staremu epistemologia – są procesy symulacyjne. Wszystko można symulować, a spotęgowanie eksponencjalne mocy obliczeniowej komputerów pozwala na coraz precyzyjniejsze symulowanie coraz bardziej zawikłanych sytuacji. Nie dorośliśmy jeszcze do tego, żeby przewidywać na długą metę przemiany klimatyczne albo sytuację gospodarczą – to się daje zrobić tylko w ogólnych zarysach – ale szanse są, droga została wytyczona. Można więc powiedzieć: przyszłość jest otwarta.
Znajdujemy się zresztą na powierzchni globu, który cienką skorupą okrywa olbrzymie ogniste wnętrze, i poruszamy się w Kosmosie jak na statku. Według ostatnich obliczeń Słońce, które weszło na ciąg główny Hertzsprunga-Russella mniej więcej pięć miliardów lat temu, miało wtedy moc promienistą 30 procent mniejszą niż obecna. A za sto milionów lat moc ta wzrośnie jeszcze o 10 procent, co spowoduje wyparowanie wszystkich oceanów i uczyni życie na Ziemi niemożliwym. Jeśli ktoś uważa, że sto milionów lat to niedaleko – nie będzie się radować, mam jednak wrażenie, że spory odstęp czasu dzieli nas od tych smutnych wypadków.
 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl