|
Jedwabne, Zagłada, pamięć
Sprzeczność jest dźwignią transcendencji
Z CZESŁAWEM MIŁOSZEM
rozmawiają Tomasz Fiałkowski i Andrzej Franaszek
– Pana obraz
jako „heretyka” czy „zjadacza trucizn
manichejskich” jest dobrze znany. Rzadziej mówi się o
Pana stosunku do wiary, Kościoła, ortodoksji...
– Chciałbym znaleźć język
do wyrażenia stanów duchowych wielu ludzi w Polsce. A to
oznacza ciągłe krążenie dokoła religii katolickiej. Polska
jest bowiem krajem katolickim i czy ci ludzie chodzą do kościoła,
czy nie chodzą, mają podobne problemy z religią. Jej
odrzucenie i całkowity ateizm są tutaj zjawiskiem dość
rzadkim.
– Co stanowi dla Pana
większy problem: wątpliwości natury teologicznej czy
splecenie polskiej religijności ze sprawą narodową?
– To drugie. W moich latach
formacyjnych, to znaczy przed wojną, opowiadanie się za
katolicyzmem oznaczało opowiadanie się za prawicą. Katolicyzm
w Polsce został zmonopolizowany przez tzw. nurt narodowy.
– A takie przypadki,
jak Pańscy przyjaciele Irena i Tadeusz Byrscy albo Jerzy
Turowicz?
– To były niesłychanie
rzadkie wyjątki, zupełnie inny rodzaj katolicyzmu; stąd moje
przymierze z Turowiczem i z Byrskimi. Dembiński chciał godzić
katolicyzm z lewicowością w życiu politycznym i wylądował w
komunizmie. Uważam, że w świadomości czy też podświadomości
polskich katolików dalej drzemią nieprawdopodobne pokłady
nacjonalizmu, z którego nie zdają sobie oni nawet sprawy.
Katolicyzm jest jakby wiarą narodową, co usprawiedliwiałoby
powiedzenie, że Polska to kraj ludzi niewierzących, ale
praktykujących.
– Czy więc łatwiej
być katolikiem w Ameryce?
– W Berkeley skład
narodowościowy katolików jest różny, zresztą zależy to od
dzielnicy. Są dzielnice, gdzie przeważają Meksykańczycy i Włosi,
w moim kościele parafialnym St. Mary Magdalene więcej jest
Anglosasów. Jest też oczywiście sporo Irlandczyków, Irlandia
zawsze dostarczała Ameryce katolików, ale nie ma tej
identyfikacji religii z narodowością. I tak jest chyba lepiej.
– A czy można sobie
wyobrazić polskiego poetę katolickiego bez odcienia
narodowego?
– To bardzo trudne wobec cech Kościoła
w Polsce i całej tradycji. Lepiej mówić o poecie religijnym
niż katolickim. Warunkiem jest nieodrywanie się od tych, co na
wpół wierzą, na wpół nie wierzą. Co może zresztą na te
tematy powiedzieć człowiek, który jest siedliskiem buszujących
w nim demonów...
– W
wierszach ze zbioru „To” postawa pogodzenia się ze światem
czy jego akceptacji jest chyba silniejsza niż wcześniej.
Dlaczego?
– Nie bardzo wiem, jak
odpowiedzieć. Napisałem kiedyś wiersz, w którym powiadam, że
nasze minione życie jest zakryte albo zamurowane, jak to robią
pszczoły zalepiając woskiem miejsca uszkodzone. No i tak to
jest, jak się ma 90 lat.
– Zamurowane, czyli
zamknięte?
– Nie, nieznane. Na tym
polega obawa przed piekłem. Ludzie na Sądzie Ostatecznym mogą
zobaczyć, co w nich siedziało.
– Łatwiej myśleć o
piekle czy o zaświatach poprzez słowo poety niż poprzez słowo
teologa...
– Wymiar religijny jest
bardzo ważny dla naszego odczuwania cywilizacji ludzkiej.
Wydaje mi się, że poezja ateistyczna bardzo traci. Chociaż na
przykład w poezji Zbigniewa Bieńkowskiego – to jest
mniej więcej linia Przybosia – mamy próbę deifikacji
elementów świata stworzonego. Jest taki hymn Bieńkowskiego „Do
nieskończoności”, który jest deifikacją elementów świata
fizyki. Ale niewielka z tego pociecha dla człowieka.
– Pan wciąż
szuka współczesnego języka, którym można by opisać doświadczenie
religijne, nie popadając ani w zdziecinnienie, ani w
teologiczne abstrakcje. Co zdaniem Pana zmieniło się w
polskiej wrażliwości poetyckiej w ciągu ostatnich lat?
– Mam bardzo silne
poczucie, że jestem częścią polskiej poezji, częścią
organizmu, który rozwija się w czasie i wzbogaca, wypracowuje
coraz to nowe środki. Jeżeli porówna się polską poezję
przedwojenną i ten organizm, który mamy dzisiaj, widać więcej
możliwości mówienia o różnych sprawach, nowe sposoby
chwytania rzeczywistości. Przed wojną nie było właściwie
poetów intelektualnych. Ale oczywiście grozi też niebezpieczeństwo
zapędzenia się w pułapkę intelektualizmu.
– Istnieje w polskiej poezji
nurt myślenia o Bogu raczej poprzez negację czy odczucie jego
braku. Nasuwa się tu oczywiście nazwisko Różewicza, z którym
toczy Pan od lat dialog czy też spór.
– Czytamy poetów świadomi
ich przynależności do pewnego społeczeństwa i pewnej
kultury. Kiedy czytam Larkina, nie mogę go oddzielić od
Anglii, która zresztą jest przedmiotem jego wierszy. To kraj,
gdzie istnieje religia, nawet religia państwowa, Kościół
anglikański, ale, jak u Larkina, stanowi raczej towarzyski
relikt, a mówić prywatnie o religii jest nietaktownie. Mój
protest przeciwko Larkinowi jest w dużym stopniu protestem
przeciwko Anglii jemu współczesnej. Tak samo Różewicz jest
dla mnie bardzo polskim pisarzem.
– Przeciwko jakim
cechom Polaka byłby Pana spór z Różewiczem?
– Przeciwko tej Polsce, która
albo oddaje się religijnym pieniom, albo odrzuca religię jako
głupstwo. I nic pośrodku. Nie znaczy to wcale, że uważam Różewicza
za przedstawiciela polskiej płytkości. Przeciwnie, na gruncie
polskim jest on rzadkim ptakiem.
– Szukając języka,
którym można by mówić o religii, sięga Pan do Mickiewicza.
Który z Mickiewiczów jest dla Pana ważniejszy? Kodyfikator
polskiego języka poetyckiego czy też przewodnik po obszarach
myślenia religijnego, niekoniecznie ortodoksyjnego?
– Zależy mi na
tym, żeby wyswobodzić Mickiewicza z obiegowego obrazu
patriotycznego wieszcza. Jego rola jako normalizatora języka i
rola pisarza religijnego łączą się ze sobą. Epokę
romantyzmu trudno sobie wyobrazić bez wpływu tak zwanych lóż
mistycznych i takich pisarzy jak Jakub Böhme czy Saint-Martin.
Istnieje książka Zdzisława Kępińskiego „Mickiewicz
hermetyczny”, która mówi o tych wpływach w okresie młodości
Mickiewicza. Pisząc „Zdania i uwagi” Mickiewicz wrócił
do swego okresu formacyjnego, to znaczy do lat młodzieńczych
na Litwie.
– A kwestia roli poety
jako pośrednika przekazującego pewne prawdy, mędrca, który
nie mówi wszystkiego, co wie?
– Zawsze wystrzegałem się
wkładania płaszczów wieszcza czy też wchodzenia w za duże
buty poetów romantycznych. To dla mnie temat drażliwy.
– Myślę o czym innym. W tytułowym
wierszu z tomu „To” pojawia się motyw ukrywania przez
poetę pewnych dramatycznych prawd czy doświadczeń, aby nie wpędzać
innych w rozpacz...
– Mickiewicz miał bardzo
silne poczucie, że nie można mówić wszystkiego: albo ze współczucia
dla ludzi, albo dlatego, że brakuje właściwej formy. I ten
Mickiewicz, który mógłby o sobie powiedzieć larvatus prodeo
(ukrywam się pod maską), jest mi bliski.
Starałem się dopatrzyć w „Panu Tadeuszu” czegoś zupełnie
innego niż epopeja szlachecka. Stanowi on dla mnie odpowiednik
obrazów holenderskich, przedstawiających martwe natury. Najbliższe
są mi opisy ogrodu warzywnego czy sposobu przyrządzania kawy.
A za tymi opisami kryje się pewien utajony zamysł. Przecież
Mickiewicz prawie równocześnie z „Panem Tadeuszem”
pisał „Zdania i uwagi”...
– W jednym z
wierszy z tomu „To” pisze Pan, że nie jest z nami tak
źle, skoro możemy jeszcze podziwiać martwe natury
holenderskie i nie zostaliśmy oddani tylko sztuce nowoczesnej.
Czy możliwy jest jednak powrót do stanu sprzed dekadencji, do
mówienia wprost, bez maski ironii, bez maski rozpaczy?
– To zależy od naszego
szacunku dla prawdy. Dzisiaj to jest rzeczywiście trudne,
ponieważ ci wszyscy prześmiewcy, tacy jak Marks czy Nietzsche,
przyzwyczaili nas do zmienności prawdy. Mnie się zdaje, że
pomocne może być zdrowie, to, co określiłem jako „befsztyk,
mleko”... Mój osobisty stosunek do tego, co się współcześnie
dzieje w literaturze czy w filozofii, streścić można jako
wstręt do gadania. Po cóż oni tyle gadają!? Stąd moja
nieufność do Francuzów. Wszystkie te dekonstrukcjonizmy wylęgły
się jako wytwory sierot po marksizmie.
– Czy w takim razie
istnieją dla Pana w XX wieku inne wzorce, postaci, które tej
regule zaprzeczają i mają coś istotnego do powiedzenia?
– Wielkie postacie XX wieku to dla
mnie na przykład Simone Weil. Hannah Arendt też była wybitną
intelektualistką i uczciwą pisarką. Antytezą będzie Lillian
Hellmann, amerykańska pisarka, o której Mary McCarthy
powiedziała, że u niej nawet przecinki kłamią. Do tych
wielkich ludzi zaliczyłbym też mojego nieżyjącego
przyjaciela Tomasza Mertona, nie mówiąc już o Jerzym
Turowiczu.
– Ale dla Simone Weil
jednym z kluczowych tematów było cierpienie i nieszczęście,
które może dotknąć człowieka. Weil patrzy na relację między
człowiekiem a Bogiem właśnie z perspektywy otchłani, w której
człowiek może się znaleźć. Czy można pisać o cierpieniu
tak, żeby nie przerazić jeszcze bardziej czytelnika?
– To trudne pytanie. Znałem
ludzi bardzo mądrych, których i język, i pisanie były krzepiące,
należeli do nich Turowicz i Merton. Natomiast Simone Weil, do
której mam stosunek bardzo osobisty jako tłumacz, może być
bardzo pomocna w rozpaczy, przez to właśnie, że tak
nieustraszenie patrzy w otchłań. Ale równocześnie jest to
pisarka i osoba, z którą nie można byłoby współżyć na co
dzień...
– Na czym jednak
polega różnica między „zaglądaniem w otchłań”
przez Simone Weil i przez Larkina czy Becketta?
– Istnieje tutaj sprawa dodatkowa:
decorum. Nie jestem pewien, czy Beckett nie grzeszy przeciwko
decorum. Byłem kiedyś na przedstawieniu „Radosnych
dni”, jego późnej sztuki. Bohaterowie to małżeństwo,
starzy ludzie, ona stopniowo pogrąża się w piasku, pod koniec
tkwi już w nim po szyję, ale rozkłada na tym piasku torebkę,
wyjmuje kredkę do ust... To sztuka przerażająca, mrozi szpik
w kościach. I trzeba na to patrzeć z punktu widzenia reakcji
publiczności. Nie mam gotowej odpowiedzi, pamiętam jednak
pierwsze przedstawienie „Czekając na Godota”: na scenie
odbywają się tortury, a publiczność tarza się ze śmiechu.
I to wyborowa, paryska publiczność. Stąd pytanie o decorum,
stosowność.
– Jak więc należałoby
mówić o cierpieniu i rozpaczy, żeby nie grzeszyć przeciwko
decorum, a równocześnie poruszyć czytelnika?
– Nie wiem. Dotykamy tutaj tematów
zasadniczych i bardzo, bardzo trudnych. Pytał pan o Larkina:
starałem się zbadać moją odruchową, bebechową reakcję
negatywną na jego wiersze. Być może to moja dziecinność się
buntuje. W czasie okupacji niemieckiej nie pisałem wierszy o
okrucieństwach, o strasznych rzeczach, które się wtedy działy,
napisałem natomiast „Świat”, czyli wiersze o dzieciństwie
jako czymś oczyszczającym.
– Dzieciństwo byłoby
więc obszarem, gdzie można szukać oparcia i wzmocnienia?
– Na pewno dzieciństwo
daje możliwość aprobaty świata. Jak pisać o cierpieniu, żeby
równocześnie aprobować świat? Przecież jeśli naprawdę
wczuć się w okropność świata, to jedyną godną postawą
staje się odrzucenie. Odrzucić świat, zwrócić bilet...
– W tomie „To”
spotykają się ze sobą wiersze prezentujące oba te sprzeczne
spojrzenia.
– Bardzo zawsze ubolewałem,
że jestem złożony z samych sprzeczności. Pomogła mi Simone
Weil, która pisze gdzieś, że sprzeczność jest dźwignią
transcendencji. Jeżeli sprzeczność niemożliwa jest do
przezwyciężenia, musimy zaakceptować oba jej końce.
Rozmawiali
Tomasz Fialkowski i Andrzej Franaszek
|