Apokryf

   

Mój Miłosz


Václav Burian

Było ze mną nie inaczej niż z większością czeskich polonofilów poprzednich pokoleń: polska literatura zainteresowała mnie z powodów pozaliterackich. Tak bywało już w XIX wieku; Polaków lubili młodsi, romantyczni patrioci, konserwatyści woleli jedyne słowiańskie mocarstwo. Czasy się zmieniały: w Dwudziestoleciu jeden z najbardziej pracowitych tłumaczy, Jan Kárník, w Polsce szukał sojusznika przeciwko czerwonej zarazie i zachodniemu liberalizmowi. Poeta František Halas tłumaczył Mickiewicza i Słowackiego w czasie okupacji niemieckiej. W połowie lat 50. pokolenie poetów odwilży powoływało się na Polskę, która pokazywała, że socjalizm nie musi być szary. W czeskim „drugim obiegu” przekłady z polskiego były niemal równie liczne jak z angielskiego...

Nie wyłamuję się z tej reguły. W sierpniu 1980 roku otrzymałem od warszawskiego przyjaciela Jaremy paczkę z książkami polskiego drugiego obiegu. Pierwszy raz widziałem samizdat inny niż przepisywany na maszynie. W paczce znajdowało się „Miasto bez imienia” autora, o którym nic nie wiedziałem; później odkryłem w bibliotekach, że ów poeta był już tłumaczony na czeski zaraz po wojnie. Tomik wydał mi się jakby pisany przez kilku wybitnych, lecz różnych twórców. Nie wiedziałem jeszcze, że taki – wewnętrznie spójny – wielogłos jest dla Miłosza znamienny. A zaraz po moich pierwszych lekturach przyszedł Nobel – według dziennika KC KPCz „Rudé právo” dla „drugorzędnego autora klerykalno--nacjonalistycznych wierszyków”. Nie wszyscy się podporządkowali tej interpretacji: pismo Stowarzyszenia Bibliofilów Czeskich – niskonakładowe, ale jednak oficjalne – poinformowało o Nagrodzie z entuzjazmem i przedrukowało kilka wierszy.

Zabrałem się więc do tłumaczenia. Później dowiedziałem się, że mój odruch nie był odosobniony. Za pośrednictwem poezji Miłosza poznałem w następnych latach sporo ludzi, dla których stał się kimś ważnym. Jest to świetne towarzystwo. Poznałem i polubiłem Polskę i Litwę, bo jak go tłumaczyć bez tej wiedzy i tej miłości? Miłosz towarzyszył mojej nauce polskiego, języka, którego nie uczyłem się z podręczników.

W latach 90. kilkakrotnie spotkałem Poetę i jego żonę Carol. W Pradze, w Krakowie, w Częstochowie, nawet u siebie, w Ołomuńcu. Poczucie wdzięczności jest podwójne. Bo do tego w ogóle doszło. A dzięki poezji Czesława Miłosza wiem jeszcze dobitniej, że mogło tak nie być.

Václav Burian – poeta, polonista, tłumacz twórczości Czesława Miłosza (m.in. obu „Traktatów” i „Pieska przydrożnego”) na język czeski, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”.



 

Stefan Chwin

Mam prawić jubileuszowe komplementy? Przecież się ich już dosyć nasłuchał i pewno nie bardzo o nie dba. Wyznawać uczucie gorące podziwu i zachwytu? Tego też miał w nadmiarze. Powiem więc tak: jestem z Nim w sporze od zawsze. Właśnie to sprawia, że czytam Jego książki.

Jest to duch potężny i mroczny, który z zadziwiającym uporem przerabia siebie na jasność. Cóż to za pomysł – heroiczny? szalony? – żyć tak wbrew sobie przez tyle lat! Nie lepiej było pójść w gnozę odważnie – do końca? Bo przecież piękny chłopiec z Wilna, a rdzeń duszy – pretensje do Demiurga. I żal. I odtrącenie. Co jakiś czas to z Jego poezji wypływa – jak czarna krew.

A jednak to właśnie mnie w Nim pociągało. Ta dość straszna, bolesna mechanika Samozaprzeczenia. Umiał z tego zrobić wspaniały spektakl. Cóż za widowisko! Gnostyk, który chce uwodzić, więc gnozę stroi w Zachwyt nad Światem. Sztukmistrz. Potrafi napisać wszystko. W jego czułość dla znękanej ludzkości wierzyłem z trudem. Duchem Jego duszy jest pożądanie Piękna i Ciekawość, piekielne uczucie, które oddala nas od litości. On nawet jeśli się lituje nad umarłymi, to po to by wypomnieć Demiurgowi stworzenie śmierci. Nie zgadza się na świat. Dobrze Go w tym rozumiem. Cóż to za siła, napędzająca Wyobraźnię. I wcale nie złagodniał ostatnio, jak to się czasem mówi...

Mój spór z Nim dotyczył – powiedzmy – antropologicznych pryncypiów. On wierzył (chciał wierzyć?) za Dostojewskim, że konflikt między nauką a religią prowadzi – nieuchronnie! – do rozbicia wyobraźni religijnej. Że ognia z wodą na Ziemi Ulro pogodzić się nie da. Ja zawsze uważałem, że potrafimy równocześnie wierzyć w dwie albo trzy prawdy całkowicie ze sobą sprzeczne i nie jest to żadna schizofrenia, tylko warunek przetrwania naszego gatunku na Ziemi. Wszyscy robimy to – rano, wieczór, we dnie, w nocy. Błogosławiony dar Nieciągłości. Boska sztuka Niekonsekwencji. Czuły talent Niepamiętania. Jedna noga w prawo, druga noga w lewo – a jednak dochodzimy do celu. Ludzka dusza ma wiele poziomów. I to, co obowiązuje na jednym, na drugim nie ma żadnego znaczenia. Gdyby było inaczej, już by nas na świecie nie było.

Ale doskonale rozumiem, że ostatecznie liczą się dobre wiersze, a nie filozoficzne trampoliny, z których wierszujący umysł startuje, by złowić Piękno. Wiersze zaś były i są świetne.

A swoją drogą bardzo ciekawe – jak to się żyje, wiedząc, że się jest najlepszym poetą polskim?

Stefan Chwin – pisarz, badacz literatury. Ostatnio opublikował powieść „Esther” (1999) oraz wraz z żoną, Krystyną Lars, tom próz „Wspólna kąpiel” (2001).

 



Marek Edelman

Z Miłoszem spotkałem się parę razy w życiu i jest wspaniały, bo zanim nie zobaczy dna butelki, nie wstanie od stołu. Nie jestem czytelnikiem codziennej poezji Miłosza, kiedy mówi on o życiu, o przetrwaniu, o kondycji człowieka. To dla mnie za trudne – on w dwóch, trzech wierszach z jakimś rytmem zamyka całą filozofię bytu. To jest chyba jakiś wielki talent. Filozofowie piszą traktaty na sześciuset stronach. A on w kilku zdaniach. Trzeba się strasznie skupić, żeby w tej skondensowanej formie zrozumieć, co on chce powiedzieć. Codzienność nie daje kilku potrzebnych do tego godzin.

Pierwszym przystankiem, na którym spotkałem Miłosza, było „Campo di Fiori” – wobec strasznej i wieloznacznej rzeczywistości naszych wojennych doświadczeń ten wiersz mówił po prostu prawdę. I poprzez prawdę dawał wsparcie.

Następnym spotkaniem był „Zniewolony umysł”, wówczas czytany nielegalnie. Dla naszego pokolenia, które przeszło przez wojnę, a potem zobaczyło komunizm, wielkie znaczenie miał fakt, że znalazł się odważny człowiek, który umiał o tym wszystkim powiedzieć normalnym językiem. To była wielka rzecz.

A potem była „Podróż w Dwudziestolecie” – kolejne, trzecie spotkanie. Miłosz był chyba jedynym człowiekiem, który oddał obraz Polski najbliższy rzeczywistości. Do tego czasu nikt nie odważył się powiedzieć tyle prawdy o Polsce. To odwaga nie tylko polityczna. Ja nie mówię tutaj o wierszach filozoficznych. Miłosz jest dla mnie poetą politycznym, bo to, co ja rozumiem z tej poezji, to polityka. On jest wyłącznie politykiem. Większą sprawą niż przyznanie mu nagrody Nobla jest to, że przeszedł przez ucho igielne Basi Toruńczyk i jest czołowym autorem „Zeszytów Literackich”. Tam się nie drukuje nie–Wielkich.

MAREK EDELMAN – ostatni dowódca powstania w getcie warszawskim, lekarz. Ostatnio opublikował wraz Rudim Assuntino i Włodkiem Goldkornem książkę „Strażnik. Marek Edelman opowiada” (1999).

 



Michał Głowiński

Kiedy na przełomie lat 40. i 50. byłem uczniem pruszkowskiego liceum, wpadły mi w ręce tomy Leśmiana i Przybosia. Ich wiersze mnie olśniły, stały się literacką fascynacją. Do Miłosza wówczas nie dotarłem, po wyjeździe poety jego książki były trudno dostępne. „Ocalenie” i – oczywiście – tomy późniejsze czytałem już jako człowiek dojrzały, nie odbierałem ich zatem z tą świeżością, z jaką czyta się poezję wówczas, gdy ma się lat kilkanaście. Zafascynowały mnie przede wszystkim jako wiersze z czasu wojennego, a ulubionym utworem stało się „Przedmieście”. Gdyby ktoś kazał mi wymienić kilka polskich wierszy, które uważam za najwspanialsze, bez wahań wymieniłbym ten niezwykły utwór, będący z pozoru skromnym podmiejskim obrazkiem. Ostatnio z wielkim przejęciem czytam wiersze Miłosza o starości, zwłaszcza ogłoszone w najnowszych numerach „Kwartalnika Artystycznego” i „Zeszytów Literackich”. Sędziwy poeta znalazł nowy język, by mówić o swojej sytuacji egzystencjalnej.

Przekonany jestem, że Czesław Miłosz jest równie wielkim eseistą jak poetą. Jego eseje czytam z nieustającym zainteresowaniem i podziwem od pierwszego zetknięcia, od roku 1957, kiedy trafiłem na wspaniały esej o Witkacym (niedługo później przeczytałem z zachwytem „Rodzinną Europę”). Zdumiewa zakres tematyczny i problemowy tej eseistyki, zdumiewa umiejętność łączenia wątków autobiograficznych z refleksjami dotyczącymi kwestii najrozmaitszych – filozoficznych, literackich, historycznych, społecznych. Przed kilku laty prowadziłem seminarium poświęcone poetyce eseju. W jego trakcie analizowaliśmy zdanie po zdaniu, a niekiedy niemal słowo po słowie, kilka esejów Miłosza z różnych lat. Przy lekturze tego rodzaju potwierdza się całe mistrzostwo tych niezwykłych tekstów, ujawnia pisarska maestria, która może ujść uwagi w toku czytania nie angażującego w tak wysokim stopniu szkiełka i oka.

Michał Głowiński – historyk i teoretyk literatury, pisarz. Ostatnio opublikował książkę „Magdalenka z razowego chleba” (2001).

 



Natalia Gorbaniewska

Moją najważniejszą „przygodą” z Miłoszem jest naturalnie „Traktat poetycki”, który przetłumaczyłam. Rosyjski przekład był pierwszym pełnym tłumaczeniem poematu na język obcy. Istniały zapewne dwa powody, dla których „Traktat” nie został przełożony wcześniej. W 1956 r., kiedy ujrzał światło dzienne, tłumaczy niezbyt pociągała poezja emigranta ze Wschodu, uciekiniera z bloku komunistycznego, jednym słowem – „odszczepieńca”. Kiedy już wzięli się do tłumaczenia Miłosza, wybierali, rzecz jasna, późniejsze utwory. Tych zaś, którzy w końcu postanowili ukazać pełny obraz poety, prawdopodobnie – tu pojawia się drugi powód – powstrzymywały trudności. „Traktat” jest wszak najeżony realiami, ocenami, refleksjami, aluzjami...

Gdybym próbowała wówczas uświadomić sobie wszystkie zagadki poematu, z pewnością ugrzęzłabym na tym etapie. Zabrałam się po prostu do tłumaczenia, w połowie zaledwie pojmując, co czynię i na co się porwałam. Była to odwaga granicząca z zuchwalstwem i lekkomyślnością. Pierwszy wariant okazał się nieprawdopodobnie kulawy – świtała w nim zaledwie aluzja co do genialności tekstu poetyckiego. Pierwsi słuchacze i czytelnicy – byli pośród nich Rosjanie i Polacy – odczuli jednak ową aluzję i podtrzymywali mnie na duchu. Bez tego wsparcia z pewnością załamałabym ręce i porzuciła pracę. Bogactwo znaczeniowe poezji Miłosza nie mieściło się w moich utykających jambach, tekst rosyjski był uboższy i bardziej chropowaty od oryginału. Postawiłam sobie wtedy jedno, czysto techniczne zadanie: zaprowadzić ład w jambie. Aby nie pojawiła się ani jedna zbędna sylaba, wisząca w wersie. Aby wiersz zabrzmiał wierszem, nie zaś koślawym wierszowaniem. I oto zaczęły się dziać cuda: za każdym razem, kiedy poprawiałam wers w imię dźwięczności, sam wers odwracał się od opuszczonego czy dodanego przeze mnie znaczenia – ku temu, co zawierał oryginał.

Powodzenie przekładu uważam za cud. Niezbyt lubię tłumaczyć poezję, wolę poświęcać się prozie, przekłady poetyckie są dla mnie trudem nieco mozolnym. Choć w pracę nad Miłoszem włożyłam trudu co niemiara, przyniósł mi on niewyobrażalną radość. Nad pierwszym wariantem pracowałam nocami, prawie do świtu, nie mogąc się po prostu oderwać. Kiedy jakiś fragment stawał się błędnym kołem, kładłam się i nie mogłam zasnąć, w głowie szumiały wersy, z którymi nie dawałam sobie rady, wstawałam, by znów pisać, kiedy tylko znajdowałam jakiś pomysł. A później, wnosząc poprawki przez wiele miesięcy, syciłam się rozkoszą, widząc, jak wers samoczynnie się poprawia, prostuje, staje się zgrabny i brzmi po rosyjsku. Moją zasługą okazało się jedynie to, iż uległam pierwotnemu impulsowi, który zagnał mnie do maszyny do pisania, obok której leżał tom Miłosza otwarty na „Traktacie”. Sam tom otrzymałam mieszkając jeszcze w Moskwie, od przyjaciela, który wyemigrował do Stanów i osiadł w Berkeley. Czytając wówczas „Traktat”, pomyślałam, że pragnęłabym to przełożyć, lecz jednocześnie westchnęłam, że nigdy nie zdołam tego uczynić.

Miłosza poznałam osobiście dopiero w Paryżu, od pierwszej chwili poczuliśmy do siebie wzajemną sympatię, do dziś uwielbia rozmawiać ze mną po rosyjsku, nawet kiedy ja zwracam się do niego po polsku. Wówczas jednak nie spoglądałam na niego jak na „podmiot” potencjalnego tłumaczenia, z moskiewskich czasów utkwiło we mnie owo: nie zdołasz! Lęk przezwyciężyć pomogła, wstyd przyznać, dopiero Nagroda Nobla. Wydawca i znakomity krytyk literacki Nikita Struve poprosił, bym przełożyła kilka wierszy dla emigracyjnego pisma „Wiestnik RChD”, a Władimir Maksimow, mój redaktor naczelny, zażądał ode mnie Miłosza dla kwartalnika „Kontynent”. Lecz to nie wiersze z „Wiestnika” (dość zwyczajne vers libre), lecz opublikowany wówczas w „Kulturze” i w moim tłumaczeniu w „Kontynencie” „Osobny zeszyt: Gwiazda Piołun” okazały się trampoliną, odbiwszy się od której pomyślałam: a może poradzę sobie z „Traktatem”?

Miłosz był zadowolony z tłumaczenia „Traktatu poetyckiego”. Trzeci czy czwarty wariant wręczyłam mu w czerwcu 1981 r., kiedy powrócił z triumfalnej podróży do Polski i zatrzymał się w Paryżu, by tam świętować 70. urodziny. Odesłał mi go z licznymi notatkami i uwagami, ale zanim je naniósł, zaznajomił z przekładem amerykańskich studentów-slawistów, mówiąc: oto jak należy tłumaczyć! Jesienią tegoż roku spotkaliśmy się w Harvardzie. Pokazałam mu wszystkie poprawione fragmenty, wyjaśniłam, w czym się z nim nie zgadzam, na samym końcu powiedziałam zaś, iż przekład częściowo przejrzał już Brodski. Przyjrzeliśmy się wspólnie fragmentom, których Brodski nie zdążył przeczytać – tych, które Brodski czytał, Miłosz nie chciał nawet oglądać, mówiąc, iż całkowicie ufa Josifowi. Tak więc pozostało jedynie oczekiwać na ostatnie uwagi Brodskiego. Nie było ich zbyt wiele i przesyłając mi je Josif napisał: „Czesławu powiezło, Tiebie – toże”.

Przełożył Jan Strzałka

Natalia Gorbaniewska – rosyjska poetka, tłumaczka literatury polskiej (m.in. Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego). Mieszka w Paryżu.

 



Seamus Heaney

Prawie 20 lat temu napisałem wiersz pod tytułem „Mistrz”. Był to portret mistrza poezji, postaci doskonałej, która łączyła w sobie cechy zaczerpnięte z życia i pracy Yeatsa oraz Miłosza, dwóch największych poetów XX wieku. W wierszu wyobrażałem sobie miejsce zamieszkania mistrza jako odludną wieżę – jak ta, w której mieszkał irlandzki poeta w latach 20. Ale kiedy przyszło do wyobrażania sobie jego porad dla młodszych poetów, pomyślałem o Miłoszu. „Powiedz prawdę” zaleca w wierszu cień samego Miłosza, „nie obawiaj się”.

I w druku, i osobiście, Miłosz daje niezmiernie ważną naukę o tym, jak powinien postępować poeta. Standardy, które ustanawia, są wysokie i surowe, ale łatwo zrozumieć czego wymagają: uczciwości, odwagi i tego, co T. S. Eliot nazwał kiedyś „stanem całkowitej prostoty, kosztującej nie mniej niż wszystko”.

Mój lęk przed dokonaniami Miłosza sprawił, że unikałem spotkania z nim, ale kiedy Robert Hass i Robert Pinsky przedstawili nas sobie w Berkeley we wczesnych latach 80., natychmiast ogarnął mnie spokój. Hass i ja – podobnie jak sam mistrz – byliśmy katolikami, więc nagle zaczęliśmy się wymieniać historiami o szkolnych dniach spędzonych wśród sutann i biretów. Mówiliśmy o ówczesnym zaabsorbowaniu Kościoła grzechem nieczystości i o trwałym poczuciu świętości, które wpaja katolickie wychowanie. Odchodziłem z poczuciem wielkiego przywileju, wdzięczności za beztroskę i zażyłość naszej rozmowy oraz z odnowioną świadomością przenikliwości poetyckiego rozumu tego człowieka, hartu ducha, zakresu jego życia intelektualnego i doświadczenia jego duszy.

Przypadkowe podobieństwa pomiędzy życiem, jakiego Miłosz zaznał na Litwie będąc dzieckiem a moimi własnymi doświadczeniami z dorastania w wiejskim Ulsterze przydały memu odczytaniu jego poezji dodatkowego wymiaru intymności i słodyczy. Tłumaczenie z pewnością nie wnosi wielu różnic pomiędzy tym, co w polskim i angielskim języku wyczarowują słowa „wóz”, „Pierwsza Komunia”, „kuźnia”, „jabłonie, rzeka, zakręt drogi”. Gdy czytamy te słowa, i inne, im podobne, zgadzamy się z deklaracją poety: „Do tego byłem wezwany: // Do pochwalania rzeczy, dlatego że są”.

Jednak te wychwalane rzeczy świecą światłem, które jest czymś więcej niż zwykłym blaskiem nostalgicznego przypomnienia. Oczywiście pamięć jest źródłem obrazów, ale celem poezji nie jest oddawanie się przyjemnościom wspominania. Motywem jest intensywna, wręcz zawzięta potrzeba uchronienia ludzi, miejsc, nazw i czynów – zarówno mężnych, jak i ohydnych – od zapomnienia. Miłosz jest gorzko świadom swojego paktu z niepoliczalną rzeszą zmarłych i przypadkami, których doświadczył. „Co jest wymówione wzmacnia się” – deklaruje w wierszu o lekturze japońskiego poety, Issy. „Co nie jest wymówione zmierza do nieistnienia”.

Pisząc takie wersy, Miłosz wznosi swój głos przeciwko wszelkiemu nihilizmowi. Przynosi wiarę. To, co wyjątkowo u niego przekonuje, to ton: mamy poczucie, że ten głos jest godny zaufania, że wie, o czym mówi. Miłosz zdobywa nasze zaufanie, ponieważ jego stwierdzenia zawierają zapisaną drukowanymi literami jasność szkolnego elementarza i niezawodną pewność przypatrującego się światu weterana. Są one dziełem kogoś, kto sam doradza sobie w taki sposób: „Zamieszkać w zdaniu, które byłoby jak wykute z metalu. (...) Nie żeby kogoś zachwycić. (...) Nienazwana potrzeba ładu, rytmu, formy, które to trzy słowa obracamy przeciwko chaosowi i nicości”.

Zdolny i do rapsodu, i do napomnienia, Miłosz łączy archetypiczne role Orfeusza i Tejrezjasza. Chciałbyś w nim mieć swojego krytyka, spowiednika, wesołego towarzysza – i kiedy go spotykasz, za każdym razem zdajesz sobie sprawę, że nie przeceniłeś go w żadnej z tych ról. A kiedy go czytasz, jego mądrość, bogactwo i przenikliwość są dla ciebie jeszcze bardziej dostępne. Jego ciągłe doskonalenie się jest słyszalne w każdym wierszu. Jego dzieło zaspokaja apetyt na powagę i radość, które słowo „poezja” ożywia w każdym języku. Miłosz przywraca dziecięcą wieczność u brzegu wody, ale równocześnie zapisuje dorosłe przerażenie, że jego imię jest „pisane na wodzie”, swoją straszliwą wiedzę, że „Co było wielkie, małem się wydało. (...) Co poraziło, więcej nie poraża”. Pomaga reszcie z nas dotrzymywać słowa tym chwilom, kiedy nagle doceniamy przyjemność życia cielesnego, ale nie zwalnia nas od odpowiedzialności i poniesienia kary za bycie częścią naszych czasów. Gaudens gaudeo.

Przeł. Mateusz Flak

Seamus Heaney – poeta, tłumacz i eseista irlandzki, laureat Nagrody Nobla w 1995 roku. W języku polskim ukazały się m.in. jego wybory poezji „44 wiersze” (1994) oraz „Ciągnąc dalej” (1996), a także zbiór esejów „Zawierzyć poezji” (1996).


Zofia Hertz

Czesław Miłosz – nawet gdyby był innego zdania – jest częścią naszej historii, był naszym noblistą, my jego wydawcami, a wszystko było tak: w styczniu 1951 roku pewnego wieczoru Miłosz zjawił się u nas – jeszcze na Korneju – prowadzony przez Nelę Micińską. Był bardzo zdenerwowany – zapytał, czy go przyjmiemy. Naturalnie zgodziliśmy się. Zresztą pamiętam, że w roku 1950, kiedy Józio Czapski był w Ameryce, Jerzy Giedroyc prosił go, żeby przekazał Miłoszowi – jeżeli go spotka – że gdyby zechciał do nas coś napisać, to chętnie go wydrukujemy i dodał, że gdyby był w Paryżu – prosimy, żeby nas odwiedził.

Okazało się, że Czesław chyłkiem wymknął się z domu należącego do polskiej ambasady, w którym umieszczono go po przyjeździe z Warszawy. Miał być attaché culturel, ale ponieważ tylko dzięki przyjaciołom udało mu się wyjechać, nie miał najmniejszej ochoty, żeby jego przygoda polska powtórzyła się – i po prostu uciekł.

Ponieważ Czesław liczył się tutaj jako dyplomata, o jego zatrzymaniu się u nas należało natychmiast zawiadomić francuskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Jerzy wraz z Józiem Czapskim natychmiast tam się udali. Zostali przyjęci bardzo dobrze, dostali zezwolenie na zatrzymanie Miłosza u nas, ale pod warunkiem, że nie będziemy go wypuszczali samego, że nawet na spacer do lasu musi ktoś z nim iść, a o Paryżu nie można w ogóle w tej chwili mówić. Trzeba przypomnieć, że wtedy zdarzały się jeszcze w Paryżu porwania na ulicach różnych, niewygodnych dla komunistów osób i rzeczywiście należało na Miłosza uważać.

Czesław był z nami pięć miesięcy, gdyż dopiero w maju wiadomość o wybraniu przez niego wolności stała się głośna. Naturalnie zaprzyjaźniliśmy się. Wychodził z domu tylko pod opieką mojego męża i bardzo się na tych spacerach zbliżyli. Przyjaźń ich trwała przez wszystkie lata, a od chwili zamieszkania Miłosza w Stanach Zjednoczonych korespondowali ze sobą bez przerwy, część z tych listów wydaliśmy w 1992 roku.

Czesławowi wyraźnie brakowało rozmów ze swoimi krajowymi przyjaciółmi, u nas chowaliśmy go, gdy ktoś przyjeżdżał niespodzianie, a jeżeli przypadkowo zderzył się z kimś, to nawet gdy był to nasz przyjaciel, przedstawialiśmy go jako pana Kwiatkowskiego. Okropnie się za to obraził na Jerzego jego dobry znajomy Stanisław Gryziewicz, któremu również przedstawialiśmy „pana Kwiatkowskiego”, i który potem, po spotkaniu z Miłoszem, nie mógł tego strawić. Miał wielką pretensję, że nie mieliśmy do niego zaufania.

Mimo przyjaźni często kłóciliśmy się, dopiero po pewnym czasie doszłam do wniosku, że kłótnia z nami i mówienie wszystkiego na odwrót spełnia rolę rozmów kawiarnianych z kolegami, i że pobudza go do pisania. Tak było z pytaniami dotyczącymi obozów koncentracyjnych sowieckich. Raz zwrócił się do mnie pytając, czy wierzę w sowieckie obozy. – Naturalnie, że wierzę, przecież byłam tam i widziałam. – Ale skąd, to takie plotki – mówił – obgadują ten kraj! Gdy po raz drugi i trzeci zadał nam to samo pytanie, pewnego dnia odpowiedziałam: ale skąd, naturalnie że w Rosji nie ma obozów koncentracyjnych. – Co ty mówisz – zawołał – przecież wiadomo, że są!

Zygmunt często radził mu: Czesiu, nie mów, bo powiesz głupstwo, lepiej napisz. Czesławowi tak się to spodobało, że dziękując za nagrodę Neustadta, jaką dostał w Stanach Zjednoczonych w 1978 roku, po wysłuchaniu komplementów, powiedział: mam dobrego przyjaciela, który często do mnie mówił: Czesiu, nie mów, bo powiesz głupstwo, lepiej napisz... To była mądra rada i tak dzisiaj robię.

Czasem, siedząc do późna w nocy i rozmawiając na różne tematy, zaczynaliśmy się sprzeczać. – Ty jesteś faszystką – mówił Czesław. Nosisz czarny sweter i czarne spodnie (taka była wtedy moda); a Ty jesteś komuch – odpowiadałam, stale nosisz czerwone koszule. Po jednej z takich kłótni Czesław bardzo się zdenerwował, odsunął talerz, wstał z krzesła i powiedział: Zniszczyliście mnie, nie mogę z wami rozmawiać, złamałem pióro i niczego już nie napiszę. To powiedziawszy, wyszedł z hałasem. My także poszliśmy spać. Późno w nocy, już po drugiej, ktoś puka do drzwi. – Kto to? – pyta Zygmunt. – To ja – słyszymy głos Czesia zza drzwi. – Czego chcesz o tej porze? – Napisałem wiersz i chcę zaraz go wam przeczytać. A to był bardzo ładny wiersz: „W praojcach swoich pogrzebani”.

Zofia Hertz – dyrektor Instytutu Literackiego w Paryżu, współzałożycielka i wieloletni redaktor „Kultury”.

 

Maria Janion

Z „moim Miłoszem” łączą się dziwne przypadki, które – gdy dziś o tym myślę – określiły moje pojmowanie poezji, a więc i moje życie.

W latach 1942–1943 miałam 15-16 lat i w okupowanym przez Niemców Wilnie uczyłam się na tajnych kompletach gimnazjalnych. Silnie pociągała mnie łacina, ale i fascynowało samo Wilno – miasto historyczne, jedna przecież ze stolic kulturalnych Polski. Łacina i Wilno – to właśnie reprezentowała moja ukochana nauczycielka łaciny (i greki), p. Helena Kruszyńska. Od niej pożyczałam stare numery wychodzącego w dwudziestoleciu międzywojennym czasopisma „Alma Mater Vilnensis” (tu Miłosz debiutował), a wśród nich zaplątał się także tomik „Trzy zimy”. To był grom.

W moim szkolnym zeszycie z przepisanymi ulubionymi wierszami królowali Skamandryci, Staff, czasem i Kasprowicz. „Trzy zimy” objawiały jakąś odmienną poezję – tajemniczą, hermetyczną, całkiem z innego świata. Czytałam w kółko, niewiele rozumiejąc, ale pojmując najgłębiej, że to, to właśnie jest „prawdziwa” poezja i głębiej, że trzeba dochować jej wierności, to znaczy trwać póki sił w jej kręgu. Od razu zapadły mi w pamięć „Obłoki”. Dziś myślę, że stało się tak wskutek tego, że – wychowana w kulcie białego, marmurowego antyku i jego dążenia do doskonałości (zapewne też wbrew szaleństwu wojny dookoła) – zostałam nagle postawiona wobec swoistego „złamania” tej jednolitej perfekcji: odkrycia w sobie rozdwojenia, rozdarcia, pychy, kłamstwa, zła. No i wobec gwałtownej rozpaczy, która rozciąga się ponad „snem martwym” z tego wiersza. I odtąd już nie mam wytchnienia: przez całe życie jakiś głos wewnętrzny mówi we mnie ciągle te „Obłoki”.

Maria Janion – historyk idei, badacz literatury, eseistka. Ostatnio opublikowała książkę „Do Europy – tak, ale razem z naszymi umarłymi” (2000).

 



Leszek Kołakowski

Gadka o dwóch Miłoszach na rozpoczęcie dziesiątej dziesiątki

Dwa są Miłosze: jeden, osiłek barczysty.
Chłop litewski, postawny, nie stroni od whisky.
Śmiechem głośnym poraża damy i narody;
Lecz nie za to mu dali sążniste nagrody.
Nie on te książki pisał, co świat czytać lubi;
Ale za nim się skrada dziwny Miłosz drugi.
Jak ta dzieweczka, której „źle w tym ludzi tłumie”,
Chciałaby może uciec, lecz uciec nie umie.
Miłosz by też do świata wrócił, co go nie ma,
Co z ręki Boga wyszedł w pierwszym dniu stworzenia;
Lecz gdy drugi dzień nastał, tamten świat już zniknął;
A był ten, co go znamy, z jego zmorą zwykłą,
W niepogodzie, w ciemności – nie ma gdzie uciekać;
Może lepszy świat przyjdzie? Można tylko czekać;
Czekajmy więc jak Czesław, w Słowo uzbrojeni,
Ze Słowa świat się począł, przez Słowo się zmieni.

Leszek Kołakowski – filozof, ostatnio opublikował trzecią część „Mini wykładów o maxi sprawach”.

 

Jan Kott

Połową długiego życia jest pamięć. Czasem większa, jeżeli są większe połowy i mniejsze. Więcej jest tego, co było niż tego, co jest i na pewno więcej niż tego, co będzie. Dalsze okolice i nawet te najdalsze mieszają się z bliskimi. Bo w doświadczeniu wielkich poetów dalsze jest bliższe. Ale nawet w tym najdalszym kłuje pamięć tego, co niedawne. W tej pamięci, nawet najdalszej, pozostaje ziemskość i w tej ziemskości najbardziej ziemska jest cielesność. A w cielesności dla wielkiego poety zawsze obecna jest śmierć. Jak w cytacie ze Skargi do wiersza „Dawno i daleko”: „Wielka miłość czyni wielką żałość”.

Jeżeli dotykalna,
Tak silnie obecnie
W swojej skórze i sukni,
Paznokciach i włosach.
To czy była jak obłok
Albo fala rzeki
i powróciła

Do nieistnienia?

Ten wiersz z tomu „Dalsze okolice” czytała mi głośno L. Czesław obojgu nam go zadedykował: „Jankowi i Litce; oczywiście w naszym wieku okolice są coraz dalsze”. Czesław zawsze pisał Lidka przez „t”.

Jan Kott – historyk i teoretyk teatru, literaturoznawca, eseista. Ostatnio opublikował zbiór esejów pt. „Lustro” (2000).

 

Marcin Król

Kiedy przez lata rano sprawdzałem, czy nie trzeba podwiązać (lub jak chce Czesław Miłosz „przewiązać”) pomidorów – teraz już pomidorów nie sadzę, bo je choroby zżerają – musiałem myśleć o końcu świata i o tym, że: „Innego końca świata nie będzie”. Spoglądałem w niebo, znaków nie było, a tym bardziej archanielskich trąb nie dało się słyszeć. Jakże wspaniale jednak jest wstać i ledwie obudzonym, ledwie ubranym patrząc na drzewa i próbując zatrzymać horyzont na łące, pomyśleć o końcu świata. A ponieważ stale brzmi mi w uszach wspaniały głos i akcent Miłosza czytającego ten wiersz (w Yale, w Nowym Jorku, w Warszawie), więc w duchu powtarzam sobie jego zakończenie i od razu mam się lepiej. Bo w ogóle koniec przestaje być straszny, a jest zwyczajny, może prędzej, może później, ale nie inaczej.

Męczy mnie tylko jedno. Jakie zajęcie ma staruszek? Jakie to zajęcie, które sprawia, że nie jest prorokiem? Samo prze(pod)wiązywanie pomidorów nie jest aż tak pochłaniające. Czy to aby nie sam poeta, ale jakże można o Miłoszu powiedzieć – staruszek! Więc jednak nie. Jakie zajęcie jest lepsze od zatrudnienia proroka. Może lepiej o tym nie myśleć, bo nie dojdziemy do prawdy. Może lepiej myśleć, że innego... nie będzie i starczy nam to, co jest.

Marcin Król – redaktor naczelny miesięcznika „ResPublica Nowa”, historyk, historyk idei, stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”.

 



Ryszard Krynicki

Kiedy wiele lat temu, wczesną jesienią 1977 roku, jakimś cudem znaleźliśmy się z żoną w Paryżu, pierwszą osobą, z jaką się spotkaliśmy, był niezapomniany Zygmunt Hertz (potem cały czas dyskretnie opiekujący się nami). Nie pamiętam, czy już w czasie tego pierwszego spotkania, czy może troszkę później, pan Zygmunt, który zazwyczaj raczej wolał żartować, z całą powagą zapytał mnie, jaką rolę pełni Czesław Miłosz we współczesnej literaturze. – Jak Mickiewicz – odpowiedziałem bez chwili wahania. A przecież rozmowa ta miała miejsce, kiedy nie było jeszcze ani „Hymnu o perle”, ani „Nieobjętej ziemi”, ani „Pieska przydrożnego”, ani „To”, ani „Ogrodu nauk”, ani „Świadectwa poezji”, ani jego przekładów biblijnych. Nie było wiersza „W Krakowie” i poematu „Ksiądz Seweryn”. Jak mógłbym na tamto pytanie odpowiedzieć dzisiaj? – Jak Mickiewicz spełniony? Lecz dzisiaj odpowiadam wszakże na inne pytanie.

Na szczęście nie muszę się ograniczać do trzech ulubionych utworów – ale też nie chciałbym zabierać zbyt wiele miejsca, bo przecież nie jestem jedyny. Pamiętam jak (jeszcze jako peiperysta) czytałem „Opowieść” (czyżby w „Antologii poezji społecznej”, w której ku swojemu żalowi nie znalazłem żadnego wiersza Peipera?), i jak ten wiersz odżył we mnie w 1968 roku. W tymże to roku pracowałem w Bibliotece Kórnickiej, gromadzącej literaturę emigracyjną, i dzięki temu mogłem przeczytać „Wiersze”, wydane przez londyńską Oficynę Poetów i Malarzy (do dziś mam wielki sentyment do tej książki), a w nich „Campo di Fiori”, „Świat (poema naiwne)”, „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”, „Walc” (z „Ocalenia”), wreszcie „Esse” (nie uwierzyłbym wtedy, że usłyszę je kiedyś w wolnej Polsce, czytane przez samego autora) oraz „Album snów”.

Pamiętam, jak w roku 1972 kupiłem od pewnego krakowskiego szaławiły „Światło dzienne” (bez karty przedtytułowej) i jak poruszył mnie zawarty w nim wiersz „Który skrzywdziłeś” (za kilka lat miał się on stać sztandarowym wierszem „Solidarności”). „Lektury” i „Dar” z tomu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” (z krajowego wydania Znaku, pamiętne stanie w kolejce w 1980 roku). „Dużo śpię” (z „Gucia zaczarowanego”). Genialne „Zdania” (z „Hymnu o perle”). „Sześć wykładów wierszem” (z „Kronik”). „Do przyjaciół z »Tygodnika Powszechnego«” (z miesięcznika „Znak”, jeśli dobrze pamiętam). Tomy „Piesek przydrożny” i „To”, o których nie da się mówić inaczej, jak o całości. Wspomniane wyżej „W Krakowie” i „Ksiądz Seweryn”, które już zapowiadają książkę poetycką co najmniej równie wybitną i ważną. Eseje, wśród nich szczególnie „Ziemia Ulro”. Tłumaczenia ksiąg biblijnych: „Księga psalmów”, „Księga Hioba”, „Księgi pięciu megilot”, „Księga mądrości”, „Ewangelia świętego Marka” i „Apokalipsa”. Cudowny przekład „Modlitwy mojej matki przed zmrokiem” Nuchima Bomze. „Wybór pism” Simone Weil, który pożyczyła mi kiedyś Barbara Sadowska, i który w istotny sposób wpłynął na moje myślenie o świecie. To nie jest mój cały Miłosz, ale to jest ta cząstka jego wielkiego dzieła, o której myślę najczęściej.

RYSZARD KRYNICKI – poeta, tłumacz, wydawca. Ostatnio ukazał się wybór jego wierszy i przekładów „Magnetyczny punkt” (1996).

 



Stanisław Lem

Sama długowieczność nie jest osobistą zasługą; to sprawa dziedziczności, genów. Zasługą może być tylko to, czego się w danym nam czasie dokona. Stałość natężenia poetyckiej duszy Miłosza jest frapująca i odmienna na przykład od Mickiewiczowskiej. Mickiewicz miał kilka erupcji poetyckich, a później zamilkł jak wygasły wulkan. Dzieło Miłosza jest wciąż otwarte, pozostaje on w pełni duchowych sił.

Kiedyś wydawało mi się, że „Trzy zimy” i „Ocalenie”, a potem amerykański okres z „Widzeniami nad zatoką San Francisco” to już szczyt jego możliwości pisarskich. Ale nie – przecież „To” stanowi prawdziwy ewenement. Przedtem nie śmiałem się do Miłosza odzywać, ale po lekturze „To” nie mogłem się powstrzymać, by nie napisać do niego listu. Wymyśliłem niedawno, że tak jak order Virtuti Militari, podobnie i Nobel powinien mieć trzy klasy. Miłosz jest dla mnie noblistą klasy pierwszej.

Dokonania i postać Miłosza chętnie rzuciłbym na historyczne tło. W naszej części Europy było wielkim nieszczęściem być utalentowanym poetą. Im ktoś był bardziej utalentowany, tym trudniej było mu żyć. Talent, jak to się złośliwie mówi, męczy człowieka, jest jakąś do kompasu czy magnesu podobną przewodnią siłą, która każe mówić i pisać to, co płynie z wnętrza duszy, a nie słuchać rozmaitych rozkazodawców.

W Polsce poeci rzadko trafiali do więzienia, podczas gdy w Rosji czy na Ukrainie było to regułą, a w latach 30. i 40. za poezję się umierało; nie darmo Ukraińcy mówią patetycznie o „rozstrilannym widrodżenniu”. Dużo ostatnio czytałem o straszliwym życiu Achmatowej. Jej uczeń Brodski, poeta doctus, trafił na zesłanie, choć czasy były już mniej srogie. Rozszerzając rzecz, można powiedzieć, że nie było w Związku Sowieckim wybitniejszego nie tylko poety, ale i biologa czy konstruktora rakiet, który by nie przeszedł przez młyn okropnych cierpień i mąk. Tak straszliwych ciśnień u nas mimo wszystko nie było: pewnie dlatego, że byliśmy tylko wasalami, protektoratem imperium.

Za moich młodych przedwojennych lat nie znałem wierszy Miłosza, zresztą okres jego wspaniałego rozwoju przypadł w znacznej mierze na okres okupacji niemieckiej. Po wojnie został w kraju – wtedy jeszcze nie był to PRL – co wiązało się zapewne z faktem, że zawsze był przeciw prawicowej, endekoidalnej formacji mocno zbuntowany. Kiedy wyskoczył za granicę jako dyplomata Polski Ludowej, a później wybrał emigrację, rozpoczęły się jego zmagania okropne, atakowany był z prawa i z lewa. Jedynym miejscem, gdzie mógł złożyć głowę, był dom „Kultury” w Maisons-Laffitte, później zaś przez wiele lat publikować mógł właściwie tylko u Giedroycia, który stał się prawdziwym portem zbawienia dla bardzo wielkiej liczby wartościowych ludzi.

Miłosz żywił wtedy dwa fałszywe, ale mocno i boleśnie ugruntowane przekonania: po pierwsze uwierzył w granitową, nie do skruszenia potęgę sowieckiego Wschodu, po drugie zaś sądził, że uchodząc z Polski i zrywając kontakt z żywym językiem, sam zabija swoją poezję. Na szczęście jedno i drugie okazało się nieprawdą. Uważając, że moloch sowieckiej stalowej potęgi nie da się w żaden sposób strzaskać, nie chciał się jednak stać jego niewolnikiem ani chwalcą. Pierwszym jego publicznym wystąpieniem po wybraniu emigracji był artykuł „Nie” w „Kulturze”, co świadczyło o pewnej rozpaczliwej niezłomności. Niektóre jego rzeczy w prozie napisane, czasem trochę na chybcika, jak „Przejęcie władzy”, także polityki bezpośrednio dotykały, zwłaszcza „Zniewolony umysł”. Napisał też kilka wierszy – nazwijmy to – rozliczeniowych, takich jak „Poeta pamięta”, ale nie znajdują się one na jego głównej linii poetyckiej. Nie jest w tym podobny do naszej prawicy, która jak jemioła czerpie pasożytniczo siły z minionych czterdziestoletnich mąk komunistycznych; gdyby nie można było kopać dawno zmarłego komunistycznego smoka, niewiele by jej pozostało.

Przeżywał przecież chwile zwykłej ludzkiej słabości i rozpaczy, zdawał się tracić wiarę i nadzieję. O epoce bombardowań przez emigrację podczas swego pobytu w Paryżu mało się jednak wypowiadał, podczas gdy Sołżenicyn w ostatnich numerach „Nowego Miru” szeroko rozpisuje się o oberwaniu podłości, jakie przeżywać musiał nie tylko w Rosji Sowieckiej, ale i potem, kiedy mieszkał już w Vermont. Z jednej strony wychodziły ku niemu macki sowieckie, z drugiej emigracja miała mu za złe to i tamto, wszyscy usiłowali wypić z niego krew.

Przyjął się w środowiskach literackich pogląd, że talent to jedna sprawa, a wzniosła etyka i trwanie przy swoich rzetelnych poglądach – inna. Ważne, by sylwetkę Miłosza, jasną, czystą i wielką, widzieć na tle rozmaitych okropieństw, które się działy z tymi wszystkimi, co mieli odwagę talentu albo talent odwagi. Przypomnijmy wybitnego przecież poetę, jakim był Gałczyński; jednak poszedł na służbę. A Miłosz nie chciał. Tego rodzaju czyn trudno wpisać na konto zasług poetyckich w ścisłym tego słowa znaczeniu; chodzi o głębszy nurt etyki.

Ja sam, siedząc w kraju, nie tak bardzo odczuwałem ciśnienia Peerelu, ponieważ byłem po uszy zanurzony w pisaniu. Był to rodzaj autoterapii i podejrzewam, że u Miłosza pisanie też taką funkcję pełniło, co broń Boże nie stanowi kwalifikacji dotyczącej kalibru uzdolnień. Pisząc, wypełniał sobie samemu postawione zadanie. Między Scyllą kapitalizmu i straszliwą Charybdą komunizmu udało mu się znaleźć właściwy kurs. W tych warunkach i w tej sytuacji lepiej chyba nie było można.

Stanisław Lem – pisarz, wydał ostatnio „Okamgnienie”. Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazują się jego „Dzieła zebrane”.

 



Richard Lourie

Jeśli oceniać życie wedle tego, co się pamięta, to wszyscy jesteśmy nieudacznikami. Przeraża mnie, jak mało zapamiętałem z długich godzin spędzonych na rozmowach z Czesławem Miłoszem...

Początek lat 60. Pracuję z Miłoszem przy biurku w jego domu na Grizzly Peak. Przekładamy polską poezję. Miłosz mówi: „Ta linijka jest zbyt gładka, to musi brzmieć bardziej szorstko”. W tym momencie udziela swemu czeladnikowi lekcji świadomego mistrzostwa.

Być może właśnie po którejś z naszych licznych sesji poszukiwań właściwego słowa, które, jak twierdził, zawsze w końcu musi poddać się uporowi, Miłosz oparł się wygodnie w fotelu, spojrzał na mnie i powiedział: „Wiesz, Richard, ty byś mógł zarabiać na życie jako tłumacz”. Ku przerażeniu mojej żony, niebawem zastosowałem się do jego rady.

W listopadzie 1980 roku przyjechałem do Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Było to wtedy najciekawsze bodaj miejsce na świecie. Podszedłem do robotnika ubranego w niebieski, poplamiony kombinezon i zapytałem, jak to się stało, że w kraju, w którym utwory Miłosza były zakazane, na pomniku poległych stoczniowców znalazła się linijka z wiersza „Poeta pamięta”. „Był zakazany, ale my zawsze go znaliśmy” – odpowiedział robotnik. Ten moment mógłby zachwycić albo przerazić Karola Marksa.

Kiedy w końcu listopada 1980 wróciłem z Polski, Miłosz wykładał na Harvardzie, mieszkał w Cambridge. Od razu w drzwiach, gdy tylko mnie uścisnął, zapytał: „Jak w Polsce?”.

Przez chwilę poczułem się jak podczas egzaminu doktorskiego, kiedy Miłosz zadawał mi trudne pytanie, a jego niebieskie oczy lśniły radością pod ciężkimi brwiami.

„Nie ma tam alienacji” – odpowiedziałem.

Uśmiechnął się. Zdałem. Teraz mogliśmy już wejść do domu, popracować, a potem wypić razem szklaneczkę czy dwie.

Przeł. Magda Heydel

RICHARD LOURIE – poeta, prozaik, biograf, tłumacz, były student Czesława Miłosza, autor jednych z pierwszych przekładów wierszy Miłosza na język angielski. W Polsce ukazała się jego powieść „Autobiografia Stalina” (1999).

 



Aleksander Schenker

Ponieważ wielbię poezję Miłosza z jakiegokolwiek okresu i o jakiejkolwiek tematyce, zastanawiam się dlaczego „Traktat poetycki” bardziej niż inne wiersze poety wszedł mi pod skórę. Jest to, co prawda, mój „pierwszy Miłosz”, ale to nie o to chyba chodzi. Raczej o to, że poemat ten wyraża najczyściej i najzwięźlej to, co tylko mgliście zarysowuje się w mojej podświadomości i co bez „Traktatu” nie znalazłoby wyrazu.

Zacznijmy od „Pięknych czasów”. Jestem krakowianinem, urodzonym wprawdzie kilka lat po rozpadzie tego dziwnego i zadziwiającego łagodnego tworu politycznego, jakim była monarchia austro-węgierska, ale na tyle wcześnie, że spotykałem jeszcze panów w poszarzałych pelerynach, „Zielony Balonik” był dla mnie instytucją równie konkretną, co „Piwnica” w latach 60., Oleandry kojarzyły mi się z „estetami, którzy odeszli w piechurskich butach” (choć było tam też i gimnazjum żeńskie), kotary i obicia w rodzicielskich domach były wszystkie jednakowo smętne, a Fotoplastikon na Szczepańskiej pokazywał ojcu i mnie te same widokówki z dorzecza Amazonki, z tymi samymi kokosami i golasami.

„Stolica”. Nie znałem wtedy Miłosza i nie rozumiałem, co się wokoło dzieje. Ze ściany auli gimnazjalnej Rydz-Śmigły przekonywał mnie, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Mojemu dziadkowi salutowali oficerowie, bo miał piękną siwą brodę. Ojciec czytał poetów „Skamandra” i wierzył w potęgę „Wiadomości Literackich”. I dopiero wiele lat później, gdy poznałem „Traktat poetycki”, zrozumiałem, że żyłem wtedy jak Alicja w krainie czarów, w „kraju kruchym jak rąbek poranku”.

„Duch Dziejów” różnie nas naznaczył. Miłosz-poeta w okupowanej Warszawie, ja – drwal w lasach północnej Rosji. Ale nie były to różnice gatunku, bo tak dla niego, jak i dla mnie był to czas, kiedy opadły „pozłota z ramion rzeźb i litera z ksiąg prawa” i było tak samo „mglisto i płasko” u niego jak i u mnie. I tak samo – on bliżej Skierniewic, ja bliżej Uralu – siedzieliśmy na miedzy, „myśląc i myśląc”.

A wreszcie „Natura”. Sądzę, że przyroda w tytule tej części „Traktatu” to tak częsty u Miłosza chwyt metonimiczny, w tym wypadku oznaczający odwrócenie się Ameryki od historii i, choć brzmi to paradoksalnie, brak korzeni. Przypadek zrządził, że znaleźliśmy się z Miłoszem w Ameryce w tym samym czasie. Obaj zareagowaliśmy podobnie na ten kraj. Obaj spakowaliśmy manatki, siedliśmy na statek i pojechaliśmy do Paryża. Ale jednak w końcu wróciliśmy – on o 10 lat później niż ja – i przez wiele lat wykładaliśmy na amerykańskich uniwersytetach.

Stąd chyba mój szczególny stosunek do „Traktatu poetyckiego”. Znajduję w nim okruchy swojej własnej pamięci i widzę w nim swoje własne życie odbite jakby w poruszonej tafli źródlanej wody.

Aleksander Schenker – językoznawca, historyk idei, tłumacz, emerytowany profesor uniwersytetu Yale, autor wstępu do pierwszego amerykańskiego wydania wierszy Czesława Miłosza (1977).


Wisława Szymborska

Nawet Kraków nie ma chyba pomysłu na świętowanie tak pięknego Jubileuszu. Hołdy, przemówienia, delegacje, kwiaty... Ale i tak najważniejsze będzie to, co prywatne i na co dzień każdy z nas odczuwa: radość, że tak wielki poeta jest wśród nas i dobrze mu się tutaj pisze.

Wisława Szymborska – poetka, laureatka Nagrody Nobla. Ostatnio opublikowała „Wiersze wybrane” (2000) oraz „Pocztę literacką”, czyli zbiór odpowiedzi na listy początkujących pisarzy, publikowanych niegdyś w „Życiu Literackim”.

 



Barbara Toruńczyk

Z jego poezją zetknęłam się w połowie lat 60., w klasie maturalnej, lecz poza szkołą i, potem, poza studiami. Był pisarzem zakazanym. Nastał czas procesów politycznych, uwięzienia Modzelewskiego i Kuronia, rozrzedzonego powietrza, utraty Październikowych swobód. Zwroty zaczerpnięte z „Ocalenia”, „Światła dziennego”, „Traktatu poetyckiego” stały się naszym językiem intymnym. Rozpoznawaliśmy się po nich tak, jak po wymianie tajnego hasła rozpoznaje się „swoich”. W nich znajdowaliśmy klucze do świata. Odkrywaliśmy: „Jest ONR-u spadkobiercą Partia” (Miłosz skreślił te słowa w roku 1956 – mieliśmy wtedy 10 lat). Szukając swojej drogi, skandowaliśmy, jak zaklęcie, słowa z „Traktatu moralnego” („Epoka nasza, czyli zgon, / Ogromna Die Likwidation, / Jak długo, rzec nie umiem, potrwa, / O jakich usłyszymy łotrach. / Ceń ją, bo przez nią świat się zmienia / Budzący lekkie zastrzeżenia”). Pociągał nas Miłosz „Zniewolonego umysłu”, wyczuwający puls historii, jej dynamikę – sekret ruchu i zmiany. I który dopowiadał: „Nie jesteś jednak tak bezwolny, / A choćbyś był jak kamień polny, / Lawina bieg od tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach (...) / A więc pamiętaj – w trudną porę / Marzeń masz być ambasadorem”. Ten sam, który zrywał z oczu „wstążki zaślepienia” i mówił nad naszą kołyską: „Na dziś nie daję ci nadziei, / Nie czekaj darmo treuga Dei, / Bo z życia, które tobie dano, / Magiczną nie uciekniesz bramą. / Idźmy w pokoju, ludzie prości. / Przed nami jest / – »Jądro ciemności«”.

W domu Adama Michnika tym Miłoszem mówiono na co dzień. Przez lata tam, albo na skrawkach listów przysyłanych z więzienia w kopercie, na której nadawca obowiązkowo wypisywał imię ojca („syn Ozjasza”), przywoływane były, jak przysięga, słowa inwokacji ze „Światła dziennego” – „Do Jonathana Swifta”. Obok tych wierszy – „Głosy biednych ludzi”. Taki był nasz różaniec w dusznych dniach 1967 i ’68 roku. I także później głos Miłosza dobiegający nas z tomów Biblioteki „Kultury” lub miesięcznika Jerzego Giedroycia brzmiał jak zew wolności. „I potężny / Jest jego szept wspierający ludzi”.

Uderzało mnie, że spod tego samego pióra w tych samych dniach spłynęły wersy „Campo di Fiori” i „Świata”. „Mój” drugi Miłosz był jak rewers pierwszego, ale go nie wyparł. Ukazał mi go wpierw Wojciech Karpiński, potem Konstanty A. Jeleński. To Miłosz „Spotkania”, „Równiny” – Miłosz „Krainy poezji”, poszukiwanej przez niego w 1942 i wizji makowego domku z kwietnia 1943. Miłosz „Obłoków”, „Powolnej rzeki”, „Mittelbergheim”, „Nie więcej” i cyklów „Król Popiel i inne wiersze”; a nade wszystko „Gucia zaczarowanego” i „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”. To Miłosz wielkiej i czystej poetyckiej wizji, zatrzymanej chwili odbitej w magicznej kuli wspomnienia wyniesionego ponad czas. Miłosz pomny prawd przemijania i rozpadu, i Miłosz scalającego spojrzenia, ekstazy „Esse”, szukający nie poezji, lecz „nowej dykcji” i „formy bardziej pojemnej”, by zamknąć w słowie ból i ciężar istnienia, i czułość dla istniejącego – dlatego, że przemija („Jest bardzo dużo śmierci i dlatego tkliwość”).

Zielone okładki amerykańskiego tomu zamknęły w całość obu „moich” Miłoszów. To był „mój” tom. („Utwory poetyckie. Poems.” Ann Arbor, 1976, z przedmową Aleksandra M. Schenkera). W roku 1980 w Paryżu Miłosz położył mi na tym tomie dedykację. Było to w domu Konstantego A. Jeleńskiego. Kilkanaście miesięcy później w tym samym domu przedstawiłam mu zamiar stworzenia „Zeszytów Literackich”. To był „mój” trzeci Miłosz – pan na gospodarstwie, „niekiedy miało się poczucie że w służbie”, polskiej literatury, zarządzający nim rozumnie i pilnie. Świadomy swoich obowiązków. Bezinteresowny.

Inna twarz „mojego” Miłosza to Miłosz analityk polskości. Wydawał mi się w swoich pismach poświęconych polskiej naturze niekiedy „po brzozowsku” krewki i jadowity, skrajny. Ale ta żółć ugodzonego do żywego człowieka kresów, alergicznego wobec jakiegokolwiek przejawu zaślepienia nacjonalizmem, wolnego i dumnego, wzmacniała takich jak ja. Prawdopodobnie dzięki Miłoszowi nie zachwiałam się w poczuciu polskości, odziedziczonym po rodzicach. Jako analityk polskiej mentalności Miłosz swoimi pismami tworzył szczepionkę przeciw ksenofobii, prowadząc nas do Polski mickiewiczowskiej i jagiellońskiej zarazem. W tych pismach ma także swoje lustro Polska angeliczna, męczeńska, mesjańska i pogrążona w letargu.

Inny jeszcze „mój” Miłosz to Miłosz lat 80. – drążący ból i tragizm istnienia, wierny jego prawdzie, odsuwający wszelkie pociechy i spowijający tę wizję „rembrandtowskim” światłem współczucia, zrozumienia, akceptacji. (A niekiedy jak dawniej, po manichejsku odrzuca świat w eksplozji gniewu i niezgody. A kiedy indziej znów rozbrzmiewają jego ekstatyczne dytyramby).

Bo jest jeszcze jeden Miłosz i właśnie ten jest najintymniej „mój”. To Miłosz czytający Simone Weil, Miłosz zapytujący „co mają począć ludzie, dla których niebo i ziemia jest za mało”. Miłosz „Nieobjętej ziemi”, Miłosz „Esse”, Miłosz piewca istnienia „zawsze niedosiężnego”.

Znamy spór o to, czy „Miłosz moralny i historyczny” nie przesłania oczu „Miłoszowi poecie”. Niejednokrotnie czytaliśmy przestrogi Miłoszowi udzielane; ich autorzy wskazywali, że aby poezja poprowadziła go na „drugi brzeg” sztuki ponadczasowej i uniwersalnej, musi on przestać w niej upominać i zrezygnować z poddawania świata egzaminowi z teologii. Po ostatnich tomach Miłosza – po „Piesku przydrożnym” i „To” oraz po jego najnowszych wierszach teologicznych, wiem: tego Miłosza ogromnej wszechogarniającej, w naturze swojej rozczłonkowanej, lecz jednoczącej wizji nie byłoby, i nigdy nie odnalazłby on tej swoistej równowagi i spełnienia, gdyby nie to nie odstępujące go od najwcześniejszych utworów dążenie do złączenia „mostem złotogłowiu” jego zmysłu ontologicznego, poszukującego własnego chwytu na oddanie świata („opisać chciałem ten, nie inny, kosz warzywa...”), złączenia więc cechującego go głodu rzeczywistości z niezachwianym poczuciem istnienia wartości – dobra i zła, i ich hierarchii; z niezgodą na relatywizm oraz z właściwą mu intuicją sprzecznej i zarazem złączonej w jedno natury danego nam świata. I który potrafił dodać do tego jeszcze upojenie światem cieszącym zmysły, a także odrazę do nieświadomej natury.

Miłosz na progu dziewięćdziesiątki znalazł równowagę i pełnię, bo potrafił zharmonizować rozdzierające go przez całe życie skrajne tęsknoty swojego dajmoniona w ich ekstremalnym natężeniu. Miłosz uśmiechnięty, nieustannie odradzający się, „świeży jak stokrotka” (Heaney dixit). Ta właściwość jego twórczości, a także jej diamentowa wielostronność i ostrość sprawiają, że tak wielu może się w niej odnaleźć. I to czyni z niej poezję przyszłości.

Barbara Toruńczyk – eseistka, edytor, założyciel i redaktor naczelna „Zeszytów Literackich”.

 



Ks. Jan Twardowski

Z poezją Czesława Miłosza zetknąłem się przed wojną. Jego tom „Trzy zimy”, który ukazał się w 1936 roku, stał się bardzo głośny w środowisku literackim. Był omawiany i dyskutowany. Czytałem te wiersze i odnajdowałem w nich atmosferę poezji tak bliskiego mi Józefa Czechowicza; pamiętam, że jeden z wierszy, „Kołysanka”, autor zadedykował Czechowiczowi. Wydaje mi się, że dla młodych ludzi, wchodzących w dorosłe życie w drugiej połowie lat trzydziestych, był to najważniejszy zbiór wierszy. Wyrażał ich niepokoje, lęki przed nieznanym, zagubienie w niepewnej rzeczywistości, ale ukazywał też urodę świata. Jeszcze dziś pamiętam całe frazy takich wierszy, jak „Wieczorem wiatr...” czy „Obłoki”. Inne odczucia budziła „Powolna rzeka”, rozpoczynająca się pięknym obrazem wiosennego poranka.

W czasie wojny miałem kontakt z młodymi poetami warszawskimi, którzy także byli zafascynowani wierszami Miłosza. Rozmawiałem o jego twórczości z Kazimierzem Wyką. Z nowych utworów, napisanych w tym czasie, najbardziej podobał mi się poemat „Świat”, będący wyrazem dziecięcej wiary, nadziei i miłości, na przekór wszystkiemu, co działo się dokoła. Po wojnie poezja Miłosza bardzo się zmieniła, stała się świadectwem moralnej postawy autora wobec rzeczywistości.

Potem, po opuszczeniu kraju przez poetę, rzadziej już docierały do mnie jego wiersze, chociaż znałem oczywiście te najgłośniejsze, jak „Który skrzywdziłeś” czy „Do polityka”. Z późniejszych zapamiętałem piękną modlitwę „Im więcej”. Bardzo zainteresował mnie tom o psalmicznym tytule „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”. Wiele wierszy pozostało mi w pamięci, jak „Zadanie”, w którym autor pisał, że „spełniłby swoje życie tylko gdyby się zdobył na publiczną spowiedź, wyjawiając oszustwo własne i swojej epoki”. Podobnie jak „Lektury”, mówiące o „korzyści z Ewangelii czytanej po grecku”, czy wreszcie „Nie tak”, będący ową publiczną spowiedzią.

Miłosz to poeta doctus, poruszający w swojej twórczości najważniejsze sprawy człowieka i świata. Jego ostatni tom, zatytułowany „To”, przyniósł wiele wierszy, które wzbogaciły polską poezję. Najbardziej urzekły mnie proste liryki, bliskie naszym kantyczkom, jak „Jasności promieniste” czy „Zapomnij”. Wielkie wrażenie sprawia „Oda na osiemdziesiąte urodziny Jana Pawła II”.

Ks. JAN TWARDOWSKI – poeta, ostatnio opublikował m.in. „Elementarz” oraz wybór wierszy „Przezroczystość”.

 



Tomas Venclova

Po raz pierwszy przeczytałem kilka wierszy Miłosza w dość lichym przekładzie litewskim, w czasopiśmie „Naujoji Romuva”. Był to periodyk kowieński, przedwojenny, wydawany przez Juozasa Keliuotisa, z którym Miłosz zaprzyjaźnił się po klęsce Polski w roku 1939, kiedy przez krótki czas przebywał w niepodległej Litwie. W moich latach szkolnych Keliuotis znajdował się w lagrze syberyjskim (wrócił, ale złamany), roczniki jego czasopisma były na ogół niedostępne, lecz niektórzy, w tym mój ojciec, chronili je w swoich zbiorach prywatnych. Dowiedziałem się, że Miłosz jest emigrantem i chyba Litwinem z pochodzenia. Prawdziwym olśnieniem stała się dla mnie „Rodzinna Europa”, którą mój kolega na Uniwersytecie Wileńskim, Juozas Tumelis, otrzymał z Zachodu w sposób raczej niesamowity, bo w kilkudziesięciu listach.

A potem czasy zmieniły się, chociaż nie za bardzo, i po raz pierwszy w życiu na miesiąc wyjechałem za granicę – mianowicie do Krakowa, gdzie łaskawy los zaprowadził mnie do domu Jana Błońskiego, ten zaś dał mi do czytania „Światło dzienne”. Znałem już polski na tyle, że mogłem te wiersze ocenić. Był tam i wiersz „Do Jonathana Swifta”, i cały „Traktat moralny”, i dużo innego, ale najwierniej zapisał się w mojej pamięci wiersz chyba niedoceniony – „Mittelbergheim”.

Zamykał książkę i było dla mnie jasne, że jest jednocześnie klamrą i otwarciem. Nie wiedziałem wtedy, kim był Stanisław Vincenz, któremu wiersz jest dedykowany, ani gdzie tak naprawdę znajduje się Mittelbergheim (trafiłem do tych okolic po wielu latach). Rozumiałem jednak, że tych trzydzieści kilka linijek, napisanych jak gdyby na granicy snu i jawy, prośby i obietnicy, mówi o wielkim przejściu. Może o „smudze cienia”, progu między wczesną dojrzałością a wiekiem w pełni świadomym swoich sił, powinności i granic. Może o zmianie przestrzeni, wybraniu losu emigranta i trudnej zgodzie na ten los. Może o potrzebie zmierzenia się z nowym poetyckim światem, w czym muszą pomóc rzeczy przypominające dzieciństwo i Litwę – szemranie źródła, stuk drewniaków, liście tytoniu pod okapem. Prawdopodobnie o tym wszystkim. W każdym razie był to dialog z Bogiem – albo z potęgą Słowa, co na jedno wychodzi – jakiego nie czytałem nigdy przedtem. Dramatyczny, ale pogodny i radosny. Nie wiedziałem jeszcze, że na mnie – jak może na każdego – czekają przejścia trochę podobne do tego opisanego w „Mittelbergheim”. Ale wiele razy w życiu powtarzałem: „Pozwól mi ufać, wierzyć że dosięgnę... Ty co dajesz pewność w godzinie lęku, tygodniu zwątpienia”.

Tłumaczyłem kilka albo i kilkanaście wierszy Miłosza, w tym „Campo di Fiori”, „Który skrzywdziłeś”, „W Litwie po pięćdziesięciu dwóch latach”. Tłumaczenie „Mittelbergheim” może nie było zbyt udane (czasem z trudem daję sobie radę z wierszem wolnym), ale przekładam je sobie nad inne.

Tomas Venclova – litewski poeta, badacz literatury (m.in. autor monografii „Aleksander Wat. Obrazoburca”), tłumacz. Ostatnio w języku polskim ukazał się wybór jego wierszy pt. „Rozmowa w zimie” (2001).

 

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl