Apokryf






Wspomnienie rodzinne


Aleksandra Viatteau

Generał Bernard Mond


„Ogromny chłop, twarde, grube rysy, twarz rzymskiego legionisty, który bez wzruszenia, spokojnie potrafi stać wśród warczących grotów. Zdawał się być srogi i ponury, lecz ta męska, jak z kamienia wykuta, zaledwie ociosana postura żołnierska rozjaśniała się dobrotliwym błyskiem niebieskich, jakby kpiących nieco oczu. Te niebieskie, łagodne oczy dziwnie kłóciły się z twardym jak taran masywem ogromnego ciała”. Tak pisał w 1927 roku o moim dziadku Wacław Lipiński, dowódca plutonu podczas obrony Lwowa w 1918 roku, późniejszy oficer Dwójki, zamordowany przez UB we Wronkach w roku 1949. Dobrze pamiętam te oczy dziadka – dosłownie takie, jak pisał Lipiński. 


Bernard Mond był piłsudczykiem od czasu Legionów i wojny 1920 roku. Darzył Marszałka szacunkiem i sentymentem, uważając jego zmaganie się z przeciwnościami i działanie polityczne za dobre dla Polski. Także Piłsudski darzył Monda zaufaniem: po rewii kawalerii na Błoniach krakowskich w 1933 roku zwierzył mu się na Dworcu Głównym, już odpoczywając w salonce, jak bardzo cierpiał z powodu rozwijającej się choroby. Tego wieczoru, wspomina syn generała, mój ojciec Jerzy Mond, „ojciec przyszedł do domu strasznie przygnębiony i smutny”.
Jednak po śmierci Piłsudskiego Mond stawał się bardziej krytyczny. Kilka razy karność wojskową zastąpił protestem. Jerzy Mond pamięta, że „kiedy nadeszły manifestacje robotnicze w Krakowie w 1936 roku, między innymi w Solwayu, wojewoda Świtalski zadzwonił do domu i zażądał od ojca wojska do rozpędzenia tłumu, który oblegał gmach województwa na Basztowej. Było to w czasie obiadu u nas i usłyszałem głęboki bas ojca, mówiącego: »Nie dam panu wojewodzie wojska, najwyżej orkiestrę!« Po czym wstał od stołu, wyszedł z domu, ciężko siadł w swoim samochodzie, na którym furgotała chorągiewka generalska (dwie skrzyżowane lufy armatnie) i pojechał. Dowiedzieliśmy się wieczorem, że przejechał przez tłum robotników, którzy się przed nim rozstępowali, wszedł do gmachu województwa i wyszedł z wojewodą, którego wsadził do samochodu. Nikt wojewody nie ruszył”. Generał odmówił więc wojska, ale pojechał ratować przedstawiciela władzy, któremu formalnie podlegał. W sferach rządowych przyznawano rację Mondowi, nie zawsze go jednak lubiąc. Dla niektórych był „lewicowcem”. Zdarzyło mu się nawet ratować z więzienia młodych ludzi, zamieszanych w komunistyczne awantury...
Następny sprzeciw generała Monda zaszedł w 1938 roku, kiedy armia polska przygotowywała się do wejścia na Zaolzie. Znów oddajmy głos Jerzemu Mondowi: „Do grupy generała Bortnowskiego sztab główny włączył ojca 6. Dywizję Piechoty. Ojciec był przeciw tej operacji, gdyż wzmacniała ona Niemcy hitlerowskie, toteż pojechał do Warszawy prosić wiceministra spraw wojskowych generała Głuchowskiego, aby nie włączał do tej operacji 6. Dywizji. Usłyszał wiele cierpkich uwag, ale 6. Dywizja nie wmaszerowała na Zaolzie. W 1939 roku okazało się, jak bardzo ojciec miał rację”. Losy historii mają pewną logiczną ciągłość – w 61 lat później ta sama 6. Dywizja dziadka, która nie weszła na Zaolzie, wmaszerowała pierwsza do NATO...

*

„Nie lubię granatów” – śmiał się generał Mond, który choć w ogniu karabinowym poruszał się i zachowywał, jakby mu kompletnie brakowało jakiegoś nerwu czy komórki obawy, rzeczywiście granatów nie lubił, ponieważ był nimi dwukrotnie w czasie wielkiej wojny poważnie poturbowany. Mimo to w ogniu, w kąśliwych wizgach kul, z grubą lagą w ręku chadzał zawsze frontem... Kule go mijały, zdając się mieć pełny respekt przed jego nonszalancją. O zachowaniu Monda podczas walk we wrześniu 1939 roku opowiadał mi kiedyś generał Kuropieska: „Biły w nas czołgi niemieckie. Wszyscyśmy wskakiwali skuleni do rowu, a on grzmiał na nas – »Wstawać, panowie, głowy prostować!«”. 
W doskonałym, bardzo dokładnym cyklu sześciu artykułów o Mondzie w „Dzienniku Polskim” w 1987 roku, Czesław T. Niemczyński zacytował jeszcze inne informacje: „Co najmniej dwa razy uznano go za zabitego, a dywizję za nieistniejącą... ale generał Mond żył. Artylerzystom pomagał zaciągać działa, grzmocił laską po grzbiecie cofających się bezładnie piechurów... Generał Mond był niewątpliwie wstrząśnięty tym, co stało się pod Pszczyną – lecz równocześnie był człowiekiem odpornym psychicznie i ta cecha we wrześniu okazywała się nad wyraz cenna. Wieść, która dotarła wtedy do Krakowa spod Pszczyny, »uśmierciła« wówczas Monda po raz pierwszy – przyjaciele gotowi byli dać na mszę świętą za duszę »Bunia«, co poległ na czele swoich »krakusów«... Lecz gdy tylko przyszła chwila na złapanie oddechu, począł generał Mond kleić swoją dywizję z powrotem. I skleił. Dość solidnie zresztą, o czym świadczą dalsze jej losy wrześniowe. W ciągu dwóch dni jednostka została odtworzona i odzyskała pełną sprawność bojową... 5 września dywizja była zdolna zwrócić się przeciw nieprzyjacielowi pod Skawiną. 7 września »wyścig« do Dunajca, który miał się stać kolejną linią obrony... 15 września rozpoczyna się pamiętna, ostatnia bitwa Armii »Kraków«. 6. Dywizja znów atakuje – od Biłgoraja na Cieszanów. Idą krakowscy piechurzy do walki na bagnety. Dzień i drugi. 20 kilometrów dalej »podhalańczycy« generała Kustronia toczą już ostatni bój... Krakowska dywizja osłania od południa armię »Kraków« i »Lublin«... Lecz jest granica ludzkich możliwości”.
20 września 1939 roku generał Bernard Mond uznał, że nie może szafować życiem swych podkomendnych. „Dywizja otoczona, grupa operacyjna już nie istnieje, brak amunicji i żywności...” Walczył do ostatnich sił, do ostatniego naboju... ale nie do ostatniego żołnierza. Opowiadano, że nie zgodził się z propozycją niektórych oficerów, żeby pójść na wschód. „Jeśli wpadniemy w ręce Sowietów, zamordują nas” – powiedział krótko. Kiedy dziś patrzę w Krakowie na tablicę na placu Świętej Marii Magdaleny poświęconą dwóm ostatnim dowódcom 6. Dywizji – generałom Mondowi i Smorawińskiemu – uświadamiam sobie, że ten ostatni został zamordowany w Katyniu...
W niewoli niemieckiej generał Mond był traktowany dobrze, mimo że nie krył się ze swą wrogością wobec nazizmu. A był w dodatku pochodzenia żydowskiego. Może Niemcy początkowo nie wiedzieli o tym – mieli podobno generała von Monda... Pewien oficer Abwehry, którego nazwiska nie znamy, uratował nawet życie synowi generała, mojemu ojcu, Jerzemu Mondowi.
Bowiem w styczniu 1943 roku ojciec miał się przedostać do Anglii, via Francja, na fałszywych papierach. Został złapany we Frankfurcie nad Menem przez Abwehrę, która poszukiwała czeskiego szpiega. Mimo że przez blisko dwa miesiące więzienia nic nie zeznał niemieckiemu wywiadowi, został skazany na śmierć. I wtedy powiedział, że jeśli już ma umierać, to woli pod własnym nazwiskiem. Niemiecki oficer wywiadu pojechał wtedy do oflagu w Murnau i zapytał dziadka, pokazując fotografię, czy zna tego człowieka. „Generale, od tego, czy jest to, czy nie jest Pana syn, zależy jego życie”. Popatrzyli sobie w oczy i dziadek odpowiedział: „Tak, to jest mój syn”. Jerzy Mond został przewieziony do Krakowa, gdzie przesiedział sześć miesięcy w celi śmierci na Montelupich, aż wydostała go AK, przekupując któregoś z Niemców. 

*

1 kwietnia 1945 roku oflag VI w Doessel – ostatni, w którym przebywał generał Mond – został wyzwolony przez generała Pattona. Mond i jego koledzy wraz z żołnierzami zostali przewiezieni do Paryża. Dziadek dobrze znał Paryż. Studiował przed wojną przez pół roku w tutejszej Ecole de Guerre. Trzydzieści lat później, kiedy z kolei Jerzy Mond wykładał w Ecole de Guerre, francuscy wojskowi przywitali go owacją za ojca. Do Paryża dojechał także w 1945 roku, z niewoli po Powstaniu, młodszy syn generała, Adam Mond. Obaj wrócili do Polski. W Krakowie czekał na nich Jerzy, który chociaż wyzwolony przez Amerykanów, wrócił wtedy prosto do kraju. Generał miał jeszcze nadzieję, że Polska komunizmowi nie ulegnie, a niezbędne reformy przeprowadzą partie naprawdę demokratyczne.
Mond chciał wrócić do Polski, ale nie do wojska pod sowiecką kuratelą. Zawieziony prosto z lotniska do nowego marszałka Roli-Żymierskiego, odkrył, że co do tego punktu między marszałkiem a nim istnieje zbieżność poglądów. Wtedy generał Marian Spychalski wymyślił, że jeśli ojcem generała był urzędnik kolei, to można napisać, że był on kolejarzem, a więc można też „zagospodarować” generała Monda plasując go w cywilu w... Orbisie! W ten sposób dziadek został przez krótki okres dyrektorem tej agencji podróży, gdzie w trudnym okresie zatrudniał przedwojennych oficerów w potrzebie lub w niebezpieczeństwie. Nie żyjący już redaktor Mieczysław Pszon opowiadał mi, że w biurach Orbisu „urzędnicy trzaskali obcasami”, a pewnego dnia zaszedł zabawny epizod. Przyleciał urzędnik do dyrektora i powiedział: „Melduję, Panie Generale, cywil się awanturuje!”. Cywil, jeśli się dobrze orientuję z innych opowiadań, reprezentował jakiegoś sekretarza Partii i żądał osobnego przedziału w pociągu, z którego kazał usunąć innych pasażerów. Mond się „wkurzył” i powiedział osobnikowi coś na d..., albo na g..., no i wyleciał z pracy. 
Generał Mond nie poszedł więc na kompromisy z nową władzą. W wojsku go nie chciano, ale i nie aresztowano; zapewne jego byli żołnierze roztaczali nad nim pewną opiekę. Pozbawiony munduru, Bernard Mond pozostał jednak żołnierzem do końca życia, nawet będąc „pomocnikiem magazyniera”. „Z czasem nawet awansowano go na referenta sprawozdawczości”... Zmarł w 1957 roku, „nieuleczalnie chory na niepodległą Polskę”, jak pisał Niemczyński. „Pogrzeb był wspaniały. Z wszelkimi honorami wojskowymi przysługującymi generałom. Obok siebie uczestniczyli w nim oficjalni przedstawiciele władz i duchowieństwa. Tłumy krakowian”.


Autorka – wnuczka Bernarda Monda i córka prof. Jerzego Monda – jest dziennikarką i publicystką; opracowała książkę „Katyń, wybór publicystyki 1943–1988” (1988). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 15 w „TP” nr 39/1999

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl