Apokryf






Marek Skwarnicki

Wrześniowe dni

Noc w Kutnie z 30 sierpnia na 1 września 1939 wyglądała zgoła inaczej niż wszystkie inne w moim życiu. Gdy wieczorem byłem już w łóżku, usłyszałem jakiś niecodzienny ruch na korytarzu. Wyjrzałem z pokoiku i zobaczyłem mamę w szlafroku, a ojca w mundurze i to z przeciwdeszczową peleryną pod pachą oraz parabellum przy pasie. Obok stał żołnierz przysłany z rozkazem natychmiastowego stawienia się taty w koszarach. 
Już parę dni wcześniej wydano rozkaz mobilizacyjny, Ojca praktycznie nie było w domu. Starsi nie mieli złudzeń, że czeka nas wojna z Niemcami. Na biurku ojca w sypialnio-gabinecie, gdzie znajdował się napis, że „słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę”, od dawna stał aparat radiowy "Philipsa" najnowszego typu. Słyszałem w nim (i pamiętam to ze względu na reakcje rodziców) przemówienie i Rydza-Śmigłego, i Becka.
O świcie 1 września obudziła nas matka i kazała się „na wszelki wypadek” ubierać, bo wybuchła wojna. Trudno dziś komukolwiek wytłumaczyć, że się tą wiadomością ucieszyłem, za co zostałem skarcony. Po prostu całe wychowanie ówczesne szkoły i domu tak malowniczo przedstawiało wojnę – „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą chłopcy malowani”, wciąż śpiewał „Philips” – a otoczenie ojca tak było pewne, że rozgromimy Niemców, że uradowałem się ową „wojenką”. Wielu moich równolatków reagowało podobnie (miałem wtedy 9 lat.)
Ubrałem się żwawo i, już w brzasku poranka, słuchałem powtarzających się w mieście detonacji. Z okien widać było chmurę dymu nad dworcem. Dworzec w Kutnie stanowi węzeł kolejowy dróg z Poznania do Warszawy i do Łodzi; był jednym z pierwszych miejsc bombardowanych przez Luftwaffe. Moja szesnastoletnia siostra Krysia, ubrana w harcerski mundurek, pobiegła jako sanitariuszka w kierunku miasta, a do domu nagle wpadł ojciec. Powiedział mamie – pamiętam! – Todka, wybuchła wojna, którą przegramy, bo od dawna wiem, że nie jesteśmy do niej przygotowani. Jeżeli nie wrócę, oddaj Marka do Korpusu Kadetów (akurat się do tego nadawałem...), a teraz żegnaj. Całowali się długo, Mama płakała. –Opiekuj się matką – usłyszałem jeszcze – jesteś mężczyzną.
Pomaszerowali w kierunku Łodzi. Przed odmarszem oddziały 144 baonu pułku biwakowały częściowo na ulicy Kościuszki i odeszły o zmierzchu w czeluść, która do tej pory zionie nicością totalitarnej śmierci i psychopatycznych powikłań historii naszego wieku. To w drugiej zwrotce wiersza o wrześniu 1939 r. Auden pisał tego samego dnia w Nowym Jorku, mieście, po którym po dziesiątkach lat miałem błądzić w innej już epoce:

Gruntowna wiedza wykryć może
U źródeł całą zniewagę
Począwszy od Lutra po dziś,
Przyczynę szaleństwa kultury,
Wykryć, co w Linzu się działo,
Jakiż potwór myśli
Zrodził psychopatę-boga.
Czego się w szkołach dzieci uczą,
Ty, publiczności, i ja dobrze wiem,
Ci, którym wyrządzono zło,
Odpłacają złem.

(„1 września 1939”, tłum. Leszek Elektorowicz)

„Philips” ojca co chwila powtarzał zaszyfrowane rozkazy wojskowe i ogłaszał lotnicze alarmy, także dla Kutna. Już wczesnym rankiem wraz z rodzinami sąsiadów schroniliśmy się w piwnicy. W pewnej chwili ogłuszył wszystkich huk i wyleciały z zawiasów piwniczne drzwi, a ja w dzikiej panice, w dymie i kurzu – nic wszak nie było widać – wypadłem na klatkę schodową. Zobaczyłem, jak wokół mnie i po pierwszej kondygnacji schodów wiją się jakieś złote pasma. To były części zapalającej bomby, która wybuchła przed naszym domem i poza rujnacją wejścia nic więcej nie zdziałała. Zapamiętałem te wężyki wokół mnie na zawsze – wojna w tym momencie przestała być wojenką. 
W nocy nad Kutnem gorzała łuna. Bomby zapaliły też zbiorniki rektyfikacji spirytusu na przedmieściu. Wcześniej ktoś przytomny kazał jego zapasy spuścić do rynsztoków pobliskich ulic (ta część miasta nie była skanalizowana). Ludzie – jak twierdzili przybywający stamtąd – czerpali kubłami spirytus z rynsztoków, wielu piło go bez umiaru, a wszystko migotało w płomieniach fabryki. Nie można było rozróżnić, kto spośród leżących tu i ówdzie na bruku był pijany, a kto zabity czy ranny. Krysia wróciła milcząca ze swojego samarytańskiego posterunku.
Pozostaliśmy w domu do rana 6 września, kiedy według planów i rozkazów nas, jako rodzinę oficerską, razem z jakimiś tajnymi archiwami pułku w skrzynkach, ewakuowano półciężarówką typu fiat. Z nami jechała żona porucznika, który prowadził wóz. Jechaliśmy nocą, bez świateł, w kierunku na Garwolin, wyznaczony z góry jako punkt koncentracji takich jak my ewakuowanych. Trudno mi zgadnąć, dlaczego owej nocy znaleźliśmy się nagle pod Warką nad Pilicą, gdzie jakiś oddziałek polskich żołnierzy ostrzegł porucznika, że niemieckie pojazdy znajdują się kilka kilometrów od nas i albo przejedziemy wpław rzekę, albo...
Nasz porucznik wymacał w piaszczystej i płytkiej po upalnym sierpniu rzece bród, rozpędził samochód bez pasażerów (wciąż jednak z tymi, bezsensownymi już w tej chwili tajnymi aktami 37. Pułku Piechoty im. Ks. Józefa Poniatowskiego), przebrnął rzekę i znaleźliśmy się na drodze do Garwolina. Tylko że Garwolin cały płonął, a zwłaszcza jego główna ulica. Wpadliśmy do opuszczonej chałupy. Na rozkaz porucznika wygarnęliśmy stamtąd pościel i obrusy, wymoczyliśmy je w studni i narzuciliśmy na samochód. Porucznik znów rozpędził ewakuacyjnego fiata i pognał naprzód. Po obydwu stronach płonęły domy, palił się też, a w każdym razie dymił na naszej drodze martwy koń wzdęty na upale, z czterema kopytami godzącymi w gwiazdy. Waliły się gdzieniegdzie dachy – ale przejechaliśmy Garwolin. Pognaliśmy w kierunku następnego „punktu zbiorczego” – do Lublina. Ja wciąż wymiotowałem (zawsze wtedy wymiotowałem w samochodach), Krysia dawała mi na to czekoladę „Wedla”, twierdząc, że muszę czymś zapełnić żołądek. Chwile chłopięcej rozkoszy czekoladowej przeplatane rzyganiem...
Świtało. Nagle przemknął nad nami niemiecki messerschmidt. Droga była zawalona konnymi wozami, ludzie pchali rozmaite wózki dziecinne ze skarbami domowymi itp. Jak to na wojnie – mogę dziś powiedzieć. Ale nasz porucznik umknął na bok około kilometra w pole i schował samochód w sadzie wśród drzew, każąc nam ukryć się gdzieś pod dachem, by nas nie widzieli niemieccy lotnicy. I obserwowaliśmy stamtąd straszliwą jatkę. Myśliwce kolejnymi nawrotami, co kilkanaście minut, całymi eskadrami, ostrzeliwały tłumy uciekinierów na szosie do Lublina. Wojska tam nie było. Ci, co uciekali w pola, albo padali martwi lub ranni, albo... Bóg wie, co się z nimi stało. Jeden z messerschmidtów wypatrzył nas chyba w tym sadzie, bo przemknął obok: kilkanaście metrów ode mnie zobaczyłem ścieg kul, który utrupił zabłąkaną kurę. Widocznie pilotowi zabrakło amunicji, bo nie wrócił.
Wieczorem zakopaliśmy z gospodarzem chałupy pułkowe akta w jego ogrodzie i wszyscy przysięgli, że nie zdradzą miejsca pochówku przedwojennej biurokracji wojskowej. No i znowu w drogę do Lublina. Zaczęło brakować benzyny, ale przepompowaliśmy parę litrów z jakiegoś samochodu leżącego w rowie. Drogą szło już teraz wojsko i spychało wszelkie przeszkody na bok. Mama spotkała nagle bliskiego znajomego rodziców, majora. Powiedział tylko: – To już koniec, Niemcy otaczają Warszawę.
Na przedmieściu palącego się też Lublina zatrzymał nas pułkownik WP i zapytał, czy nie potrzebujemy benzyny, bo on ma cztery kanistry w podwórzu. Porucznik poszedł z nim i wrócił natychmiast, bez niczego. Ten pułkownik zwariował, a na podwórzu stały cztery trumny: jego żony i trojga dzieci. Byłem już wtedy trochę odrętwiały ze zgrozy, ale ten moment dobrze pamiętam.
Lubelski dowódca pozwolił porucznikowi odwieźć nas do wsi Księżostany w Zamojskiem, gdzie małą posiadłość wiejską mieli krewni zaprzyjaźnionej z nami rodziny Marzysów. Przywitali nas entuzjastycznie Zygmunt Marzys (chrzestny syn mamy) i Anna, jego siostra, rówieśnica Krysi. Ich brat Jędrek był akurat w Korpusie Kadetów we Lwowie i nie wiadomo było, co się z nim dzieje. Ojciec, kapitan Marzys, ukryta sympatia mojej mamy, gdzieś tam wojował jak mój tata. W Księżostanach było cicho, nikt nawet radia nie miał. Pewnej nocy wpadł kadet Jędrek ze Lwowa z wiadomością, że na Polskę uderzyły wojska sowieckie, a Warszawa broni się oblężona przez Niemców. Nie pamiętam dat. Dziś wiem, że Jędrek przekroczył potem granicę węgierską i całą wojnę spędził walcząc po stronie alianckiej. Był pilotem RAF-u, do kraju nigdy nie wrócił, pracował w WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia i w związku z tym mieszkał na różnych kontynentach, głównie w Gwatemali.
Pewnego dnia do dolinki w Księżostanach – bo teren był pagórkowaty – wkroczył oddział lekkiej konnej artylerii polskiej. Jakiś oficer dał rozkaz żołnierzom ustawienia się w „galowym” ordynku i wygłosił krótkie przemówienie, którego byłem schowanym w krzakach świadkiem. Treść była prosta: kampania wojenna w Polsce jest już przegrana, mimo dalszego oporu Warszawy i gdzieniegdzie innych gniazd oporu. Ale oto uderzyła na nas od wschodu Armia Czerwona, Niemcy zaś nadciągają od Lublina. Oficer ów powiedział, że w tej sytuacji zwalnia wszystkich z przysięgi wojskowej. Mogą wybierać: albo beznadziejną walkę „do końca” – na co on sam się zdecydował – albo ucieczkę w kierunku granicy czy powrót do domu.
Nie żądał natychmiastowej decyzji, pozwolił oddziałowi rozejść się. Nie wiem, co potem się stało; wszyscy zniknęli za zakrętem drogi razem z końmi i działami. Pod wieczór usłyszeliśmy kanonadę tam, dokąd odszedł ów oddział. Był prawdopodobnie częścią słynnej armii generała Kleeberga. A może widziałem samego Kleeberga? Schowaliśmy się do piwniczki na kartofle nieopodal domu. Ktoś na zewnątrz krzyknął nagle: – Niemcy! Wyjrzeliśmy spod ziemi. Drogą pedałowało na rowerach dwóch żołnierzy niemieckich – pierwszych, których ujrzałem w życiu. Byli to zwykli wehrmachtowcy. Zażądali kwaśnego mleka. Zdjęli hełmy. Był upał. Po krótkiej rozmowie zawrócili i pojechali z powrotem.
Rano następnego dnia wiedzieliśmy już, że jesteśmy na terenie zajętym przez Sowietów. Mama wpadła w panikę. Rodzina oficerska Polaków – wiadomo, że to Sybir. Ale zjawił się nagle, już po cywilnemu, nasz porucznik, kutnowski kierowca (była z nami jego żona), lepiej od nas zorientowany, ale i bardziej spanikowany. Nocą za zebrane od pań kosztowności i zegarki kupiono wóz i dwa stare konie. Ruszyliśmy z powrotem na zachód.
Pamiętam, że w południe dotarliśmy do mostu na Bugu pilnowanego przez straszliwej wielkości czołg z czerwoną gwiazdą (wyglądał jak kamienica na gąsienicach) i czerwonoarmiejca z karabinem „ze sztykiem”. Zatrzymał nas i spytał, gdzie podążamy. Zażądał dokumentów. Obejrzał szkolną legitymację Krysi do góry nogami i wyrzekł historyczne „paszoł wont”, wskazując na most. Wracali tamtędy uciekinierzy piechotą i furami. Po godzinie jazdy minęła nas sowiecka tankietka, naprzeciw niej nadjechała niemiecka. Z obydwu powysiadali oficerowie zaprzyjaźnionych armii. Żołnierze rozstawili przy szosie w lesie jakiś stół i krzesła czy stołki, na stole rozesłano wielką mapę polową, wyciągnięto flaszki wódki. Nasz porucznik zaciął konie i pognaliśmy kłusem w kierunku Lublina. Kto wie – może to wtedy ustalano granice obecnej Polski?
W Lublinie oddaliśmy komuś konie z wozem, bo nikt nie chciał ich kupić, a nam było już wszystko jedno. Natrafiliśmy na trzy wojskowe ciężarówki niemieckie, których kierowcy pozwolili nam się załadować do pustych samochodów. „Warschau kaputt” – oznajmił jeden z nich. I rzeczywiście. Po kilku godzinach, w dzień po kapitulacji stolicy wjechaliśmy do jeszcze dymiącej pożarami Warszawy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 15 w „TP” nr 39/1999

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl