Apokryf






Norman Davies

Między swastyką a gwiazdą

Gdy 3 września 1939 Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom, zbrojne konflikty toczyły się już w Chinach i Abisynii, a niemiecka armia od trzech dni prowadziła działania wojenne przeciw Polsce. W sierpniu 1939 roku, w momencie gdy kryzys związany z Polską osiągnął apogeum, Armia Czerwona toczyła ciężkie walki z Japończykami na terenie Mongolii.
Większość tych konfliktów trwa dziś jedynie w pamięci autorów książek historycznych. Niemcy, którzy ostatecznie musieli podpisać bezwarunkową kapitulację, chcąc nie chcąc znosili konsekwencje wojny bez słowa skargi. Zbrodniarze nazistowscy ponieśli karę. Niemieckie podboje unieważniono. 
Jedynie Sowieci mogli się nie martwić o efekty swych zwycięstw. Jako jedynemu mocarstwu biorącemu udział w wojnie pozwolono im zatrzymać zdobycze. Narody, które na tym najwięcej ucierpiały, włącznie z Japończykami, nigdy się z tym nie pogodziły. 
Drugą wojnę światową w Europie rozpoczął Hauptsturmbahnfuehrer Alfred Helmut Naujocks, oficer hitlerowskiej Służby Bezpieczeństwa (SD). O ósmej wieczorem 31 sierpnia 1939 roku urządził on prowokację przy użyciu zwłok więźniów, wymierzoną w niemiecką radiostację w Gliwicach. Nazajutrz rano Hitler, powołując się na ów sfingowany napad, oświadczył w Reichstagu, że Niemcy padły ofiarą napaści. 
Salwy inaugurujące wojnę oddano o 4.40 1 września. Niemiecki krążownik „Schleswig-Holstein”, który cumował w Zatoce Gdańskiej, dokąd zawinął z wizytą przyjaźni, bez ostrzeżenia plunął ogniem z 15-calowych dział w stronę polskiej twierdzy Westerplatte. Wkrótce potem oddziały Wehrmachtu obaliły polskie słupy graniczne i wtargnęły w głąb Polski. 
Dowódca wojsk pancernych Rzeszy Guderian zanotował: „Mgła raptem się rozwiała, a czołgi idące na czele naszych zagonów natknęły się na linie obronne Polaków. Polska artyleria przeciwczołgowa oddała liczne celne strzały”.
Był to moment, w którym rząd brytyjski zorientował się, że musi dotrzymać udzielonych Polsce 31 marca i potwierdzonych traktatem z 25 sierpnia gwarancji niepodległości. Gdy Niemcy zignorowały brytyjskie ultimatum, nastąpiło wypowiedzenie wojny. 
Kłopot polegał na tym, że Brytyjczycy nie posiadali środków pozwalających wcielić gwarancje w życie. Zaangażowali się w coś, co mogło się powieść jedynie przy wsparciu ich francuskich sprzymierzeńców. „Mourir pour Danzig?” Tak czy owak, sztywne procedury mobilizacyjne Francji wykluczały podjęcie szybkiej kontrofensywy. Polacy musieli więc walczyć osamotnieni.
Co więcej, sąsiedzi Polski przygotowywali jeszcze jedną niespodziankę. Gwarancje udzielone przez Wielką Brytanię upewniły zarówno Hitlera, jak Stalina, że mocarstw zachodnich nie trzeba traktować serio. 23 sierpnia, w ramach tak zwanego paktu o nieagresji, obaj dyktatorzy doszli do porozumienia w sprawie podziału Europy Wschodniej między siebie. 17 września, natychmiast po zawarciu rozejmu z Japończykami, Armia Czerwona dołączyła do atakującego Polskę Wehrmachtu. 
Sowiecka napaść na Polskę została starannie przygotowana. Wkraczające wojska sowieckie dysponowały szczegółowymi listami osób, które należało aresztować. Pomocą w ułożeniu tych list służyła piąta kolumna miejscowych działaczy i donosicieli, którzy raptem pojawili się na ulicach w charakterze „milicji ludowej”. W niektórych miejscowościach dowódcy sowieccy ogłaszali, że Armia Czerwona przybywa na pomoc Polsce napadniętej przez Niemców, tymczasem polskich żołnierzy wychodzących tam Sowietom na powitanie natychmiast brano do niewoli. W innych miejscach pancerne kolumny sowieckie napotkały opór. Na północy kraju zajęły błyskawicznie polsko-żydowskie Wilno; na południu przedarły się ku granicy polsko-rumuńskiej, zamykając ją szczelnie wzdłuż Dniestru. W centralnej części terytorium Polski przekroczyły Wisłę, wspomagając niemieckie oskrzydlenie Warszawy. Komisarze wszędzie stosowali osławiony sprawdzian dłoni: kto miał skórę na rękach delikatną, klasyfikowany był jako wróg klasowy. Członkowie organizacji państwowych, religijnych, syjonistycznych bądź ukraińskich byli zgubieni. Chcąc pomścić klęskę zadaną im przez armię polską w roku 1920, Sowieci wystawiali sobie liczne bramy triumfalne, które zwieńczali gwiazdą i swastyką. W symbolicznej scenerii Brześcia Litewskiego urządzono wspólną paradę wojsk Hitlera i Stalina. 
Armia polska znalazła się w pułapce bez wyjścia. 28 września, w dzień po kapitulacji zmiażdżonej zmasowanymi atakami Warszawy, podpisano sowiecko-niemiecki traktat o demarkacji i przyjaźni. Po raz siódmy w nowożytnych dziejach Polska uległa rozbiorowi. Opór wojskowy ustał 5 października. 
Kampania wrześniowa obrosła wieloma mitami, zwłaszcza tymi o szalonej kawalerii nacierającej z lancami na niemieckie czołgi. Guenter Grass napisał, że Don Kichot był bardzo utalentowanym Polakiem na pozbawionym talentów rumaku. W rzeczywistości nie było mowy o takich zbytkach. Stawiając czoło blitzkriegowi przez pięć tygodni w osamotnieniu, armia polska spisała się lepiej niż połączone siły brytyjskie i francuskie w roku 1940. Polacy spełnili swój obowiązek. Gdy szef brytyjskiej misji wojskowej w Warszawie powrócił do Londynu, premier odezwał się doń w te słowa: „Proszę powiedzieć, generale, jaki efekt przyniosło zrzucanie ulotek przez nasze lotnictwo?”
Zmowa nazistów z Sowietami wobec Polski sprawiała początkowo wrażenie normalnego porozumienia. Ujawnione opinii publicznej zapisy paktu Ribbentrop–Mołotow z 23 sierpnia dotyczyły pokoju i handlu. Jednak historycy, którzy pisali o pakcie pomijając traktat demarkacyjny z 28 września oraz tajne protokoły dołączone do obu tych porozumień, nie stanęli na wysokości zadania. Ci zaś, którzy uporczywie mówili o „sowieckiej neutralności”, nie wiedzieli, co mówią. Pakt może i nie ustanawiał sam przez się przymierza. Ale pakt plus protokoły – z pewnością tak. Protokoły traktowane łącznie gwarantowały nie tylko, że Hitler i Stalin podzielą między siebie Europę wschodnią, lecz także, że obaj dyktatorzy nawiążą ścisłą współpracę polityczną.
Istota porozumienia polegała na tym, że układające się strony, wyrzekając się agresji względem siebie, przyznawały sobie prawo do agresji wobec innych. Tak więc, gdy Hitler zaatakował Polskę, Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Francję, Wielką Brytanię, Jugosławię i Grecję, nie napotykając na sprzeciw Sowietów, „neutralny” Stalin napadł na Polskę, Finlandię, Estonię, Łotwę, Litwę i Rumunię, nie napotykając na sprzeciw Hitlera.
Sowiecki współudział w kryzysie polskim i wybuchu wojny, choć wyraźnie dostrzeżony w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nie odbił się szerszym echem w angielskiej opinii publicznej. Wszak gdyby tak się stało, rząd Jego Królewskiej Mości musiałby wypowiedzieć wojnę nie tylko Niemcom, lecz także Związkowi Sowieckiemu. Takiego posunięcia nie brał jednak pod uwagę żaden polityk przy zdrowych zmysłach. Brytyjczycy obrali zatem inny kierunek. Gdy rząd polski poinformował ich, że ponad połowa kraju objętego brytyjskimi gwarancjami bezpieczeństwa znalazła się pod okupacją sowiecką, Foreign Office wyjaśniło z absolutną pewnością siebie, że z brytyjskich gwarancji niepodległości Polski nie wynika akceptacja polskich granic. Obarczanie Polaków odpowiedzialnością za ich i nasze niepowodzenia było wówczas na porządku dziennym. Gdy Mołotow przed sowiecką Radą Najwyższą ubliżał Polsce, nazywając ją „bękartem traktatu wersalskiego”, David Lloyd George w podobnym duchu wyrażał się w prasie brytyjskiej. 
Z oczywistych powodów Polska nigdy nie była w stanie konkurować u Brytyjczyków z Rosją, jeśli idzie o sympatię. Rosja, mimo wszelkie swe wady, była strategicznym sojusznikiem Anglii w trzech wielkich wojnach nowożytnych: z Napoleonem, z Kajzerem i (od 1941) z Hitlerem. Całe brytyjskie rozeznanie polityczne na temat Europy Wschodniej opierało się na sądach rusofilskich historyków, takich jak Lewis Namier i E.H. Carr. Toteż oświadczenie Mołotowa, że Sowieci wkroczyli do Polski, by ratować swych braci na Ukrainie i Białorusi, wielu brytyjskich mędrców przyjęło z aprobatą. Przecież Ukraińcy i Białorusini to podgrupa narodu rosyjskiego, nieprawdaż? Czyż nie pragnęli oni przyłączyć się do Związku Sowieckiego? Brytyjczycy nie chcieli poznać prawdziwych odpowiedzi na te pytania. To w reakcji na oświadczenie Mołotowa Churchill wygłosił swe słynne zdanie w Izbie Gmin, nazywając Rosję „łamigłówką przesłoniętą tajemnicą tkwiącą w zagadce”. 
W roku 1939, tak samo jak przed tą datą i po niej, we wschodniej Polsce nie istniała kwestia narodowego samookreślenia. Polaków, Żydów, Białorusinów, Litwinów i Ukraińców (ale nie Rosjan), tworzących wielonarodową ludność tego obszaru, nie pytano o zdanie. 
W październiku 1939, w przeprowadzonym tam sowieckim plebiscycie, ludność ta mogła głosować jedynie na zamkniętą listę kandydatów, akceptujących z góry dominację sowiecką. 
W latach 1941–1944 okupacja hitlerowska pociągnęła za sobą kolejne deportacje, ludobójstwo popełnione na Żydach oraz krwawe konflikty etniczne między Ukraińcami a Polakami.
Dopiero z nadejściem epoki „glasnosti” powstała możliwość publicznej dyskusji o tragicznych dziejach tego regionu. Na Zachodzie jednak prawie nikt nie miał pojęcia o tutejszej geografii, a tym bardziej o nieszczęściach, które się tu niegdyś zdarzyły. Prawie wszystkie książki w języku angielskim na temat II wojny światowej podają błędnie, że w czerwcu 1941 roku, kiedy Hitler wydał rozkaz wykonania planu „Barbarossa”, armia niemiecka przekroczyła granicę „Rosji”, gdy w rzeczywistości była to granica ZSSR.
Bezpośrednim skutkiem kampanii wrześniowej było zatem poddanie obu części podzielonej Polski rządom terroru – hitlerowskiego SS i sowieckiego NKWD. Całkowicie mylił się Neville Chamberlain, gdy mówiąc w owym czasie o rozwijających się działaniach wojennych, stwierdził, że nie sądzi, iżby wymagały one hekatomby. Hekatomba okazała się niestety nie do uniknięcia, zwłaszcza na terenie Polski. Obiegowe poglądy na ten temat streszcza dobrze opinia A.J.P. Taylora: „Rządy sowieckie były twarde. Niemcy rządzili metodą masowych mordów. W ciągu dwóch lat władze sowieckie aresztowały jedną piątą ludności polskiej zamieszkującej na tym obszarze. W ciągu pięciu lat Niemcy wymordowali mniej więcej taką samą część Polaków”. 
Rzeczywistość była o wiele gorsza. Masowych mordów dokonywano po obu stronach linii demarkacyjnej. Stalinowska policja nie poprzestawała na aresztach. „Areszt” zaś oznaczał zwykle deportację do gułagu powolnej śmierci lub bardziej łaskawą śmierć od kuli. Odpowiednikiem Auschwitzu były Workuta i Kołyma. 
Liczba ofiar stalinowskiego terroru znacznie przewyższała liczbę ofiar Hitlera. W przypadku Polaków siłą zmuszonych do przyjęcia obywatelstwa sowieckiego w roku 1939, nie można się było doliczyć miliona zaginionych podczas rozpoczętych wkrótce potem deportacji. Innych wygodnie wpisano do rubryki „dwudziestu milionów rosyjskich ofiar wojny”, a przecież wielu z nich nie było ani Rosjanami, ani, ściśle biorąc, ofiarami wojny. Oficjalne dane mówiące o 6 milionach 280 tysiącach obywateli Polski, którzy ponieśli śmierć podczas wojny – prawie połowa z nich to byli Żydzi – są najprawdopodobniej zaniżone. 
Masakra katyńska w roku 1940 zajmuje szczególne miejsce w historii współpracy nazistowsko-sowieckiej. Biorąc pod uwagę rozmiary zbrodni, do jakich doszło w czasie wojny, rozstrzelanie 15 tysięcy polskich oficerów – jeńców wojennych przez stalinowskie NKWD, stanowiło drobniejszy incydent. Słusznie jednak zbrodnia ta nabrała znaczenia wysoce symbolicznego, o wiele ważniejszego niż liczba ofiar. Na tym zasadzało się tabu, które powstrzymywało wielu ludzi przed otwartą dyskusją o zbrodniach Stalina. Nigdy nie było poważnych wątpliwości dotyczących sprawców zbrodni katyńskiej, z wyjątkiem tych historyków, którzy wzięli za dobrą monetę zaprzeczenia Stalina, lub usiłowali za wszelką cenę ustrzec obóz Sprzymierzonych przed skandalem. Wszelako na przykład Philip Bell z Uniwersytetu w Liverpoolu przedstawił dokumenty, z których jasno wynika, że rząd brytyjski, już w roku 1943 rozporządzający szczegółowymi informacjami wskazującymi na „niemal pewną winę Sowietów”, systematycznie zajmował stanowisko zaprzeczające jego własnej wiedzy. Przez dziesięciolecia nikt w Związku Sowieckim lub w Polsce nie mógł wymienić nazwy „Katyń”, nawet żeby obciążyć tą zbrodnią nazistów. Po objęciu władzy przez Gorbaczowa zarówno badacze polscy, jak i sowieccy zaczęli wskazywać jednoznacznie na NKWD jako sprawców zbrodni. 
Pozostaje tajemnicą, dlaczego władze sowieckie nie chciały przyznać się do prawdy w sprawie Katynia, choć zezwoliły na swobodniejszą dyskusję o zbrodniach znacznie większych rozmiarów, takich jak straszliwy głód na Ukrainie, Gułag czy masakry w Kuropatach pod Mińskiem. Dlaczego spośród dziesiątków milionów ofiar Stalina tylko o pomordowanych polskich oficerach nie można było mówić pełnym głosem?
W zagadce katyńskiej tkwiła głębsza tajemnica. Klucz do niej mógł spoczywać w sferze stosunków międzynarodowych: ujawnienie całej prawdy o Katyniu godziłoby w moralną fikcję, na której zbudowano Wielką Koalicję. Być może klucz ów leżał w sferze ideologii. Najprawdopodobniej jednak problem polegał na tym, że Katyń był dowodem wspólnej kampanii ludobójstwa prowadzonej zgodnie przez nazistów i Sowietów. 
Ofiary Katynia nie były zwykłymi jeńcami wojennymi, lecz wysoko wykwalifikowanymi oficerami rezerwy: uczonymi, lekarzami, artystami, wykładowcami, duchownymi, urzędnikami państwowymi, którzy nigdy nie dotarli na front działań wojennych. Ich zgubę zamierzono jako cios dziesiątkujący polską elitę polityczną i kulturalną. Co więcej, zbrodnia katyńska prawie zbiegła się w czasie z tak zwaną „akcją AB” (Ausserordentliche Befriedungsaktion) w strefie pod okupacją nazistów, gdzie podobną liczbę ludzi z podobnych kręgów rozstrzelano lub zesłano do obozów koncentracyjnych. Wysoki rangą dostojnik sowiecki został na stałe oddelegowany do dowództwa SS w Generalnej Guberni i trudno uwierzyć, by zbieżność tych dwóch zbrodniczych akcji była całkowicie przypadkowa. 
W tajnym protokole do traktatu niemiecko--sowieckiego z 28 sierpnia 1939 roku, odnalezionym w zachodnioniemieckich archiwach przez Szymona Wiesenthala, znalazło się ustalenie, że strony porozumienia nie będą tolerowały jakiejkolwiek formy „polskiej agitacji” i nawiążą ścisłą współpracę w zakresie wszelkich działań. Tu może tkwić geneza zarówno zbrodni katyńskiej, jak i akcji AB. 
Doświadczenia zdobyte w Polsce poddanej terrorowi zarówno nazistów, jak i Sowietów, zastosowano wkrótce w państwach nadbałtyckich, zachodnich republikach ZSSR, a następnie w całej Europie Wschodniej. Doświadczenia te przerastają wyobraźnię zdecydowanej większości Brytyjczyków i Amerykanów.
Brutalnie podważają one nasze słodkie złudzenia, wedle których sprawa Sprzymierzonych stanowiła po prostu moralną krucjatę w obronie wolności i sprawiedliwości. By się o tym przekonać, wystarczy odwiedzić mieszczące się w Londynie, przy Princes Gate numer 20, Muzeum Sikorskiego.
Gdy w roku 1940 generał NKWD Nabrasznikow składał wizytę generalnemu gubernatorowi Hansowi Frankowi rezydującemu w Krakowie, ujrzał sztandar z młotem i sierpem powiewający obok swastyki. „Obie flagi – roześmiał się – mają dużo czerwieni”.
Nie zaskakuje jednak, że na stosunku Zachodu do Europy wschodniej ciąży wyobrażenie narzucone w czasach wojennego sojuszu z wielkim Stalinem. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nadludzki wysiłek Armii Czerwonej uratował nas przed Hitlerem. W rewanżu Zachód zbyt skwapliwie lakierował prawdę o bilansie rządów Stalina. Chodziło głównie o to, by wystrzegać się wszelkich kłopotliwych porównań naszego sowieckiego sojusznika z naszym nazistowskim wrogiem.
Świeżo ujawniane fakty interpretowano zgodnie z dawnymi aksjomatami. Dziedzictwo stalinizmu stale pomniejszano. Nałogowo wręcz, i to w najlepszym stalinowskim stylu, zrównywaliśmy w naszym myśleniu Rosję i Związek Sowiecki i groziło nam uznanie „Rosjan” za naród tak samo jednolity jak Amerykanie. Groziło nam, że bunt narodów uznalibyśmy za konflikty etniczne lub za dzieło szaleńców i fanatyków. Tymczasem wszystkie nierosyjskie republiki Związku Sowieckiego zostały doń wcielone siłą lub oszustwem, a sami Rosjanie padli pierwsi ofiarą systemu sowieckiego. 
Notorycznie ignorowano bezpośredni związek łączący Europę z Dalekim Wschodem. Zabiegi Japonii, domagającej się zwrotu zajętych przez Stalina Wysp Kurylskich są odpowiednikiem kampanii wymierzonej w sowiecką aneksję państw europejskich. 
Kiedy powrócono do kwestii odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, prawie wszyscy uważali, że tymi, którzy mogą jeszcze za nie odpowiedzieć, są wykonawcy rozkazów nazistów. Prawie nikt nie wziął pod uwagę, że obowiązkiem brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości może być także ściganie zbrodniarzy służących drugiej stronie. Tymczasem można było podążyć śladem odważnych rosyjskich dysydentów, którzy wzywali do wytoczenia procesów żyjącym oprawcom stalinowskim. Jest rzeczą pewną, że niejeden z nich przybył na Zachód wśród uchodźców rzeczywiście prześladowanych na tle politycznym, którzy opuścili Europę Wschodnią w latach 1945, 1956 i 1968. 
Kiedy uwagę świata przykuły wydarzenia w Polsce, niemal wszyscy komentatorzy brytyjscy twierdzili zgodnie, że źródłem kryzysu lat 80. była zapaść gospodarki. Tylko nieliczni sięgali głębszych przyczyn, wskazując, że katastrofa polskiej gospodarki była rezultatem wcześniejszego okresu przemocy i terroru. Przed nowymi przywódcami Polski po roku 1989 stanęło zadanie moralnej odbudowy kraju, lecz także zażegnania kryzysu, którego początki sięgały pięćdziesiąt lat wstecz. 
Generał Jaruzelski, prezydent-komunista, został w roku 1940 deportowany za koło polarne, brat premiera-katolika Tadeusza Mazowieckiego zginął w nazistowskim lagrze. Cała Europa wschodnia przeszła przez horror, którego sprawcami byli Hitler i Stalin. Oto ciężkie i tragiczne brzemię, które dziedziczą wciąż jej mieszkańcy. 


Z angielskiego przełożył
Adam Szostkiewicz 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 15 w „TP” nr 39/1999

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl