Apokryf






Mickiewicz i Nowosilcow
Z Tomaszem Łubieńskim, autorem książki „M jak Mickiewicz”, rozmawia Jan Strzałka


Jan Strzałka: Jesteśmy w Wilnie, w którym Adam Mickiewicz spędził kilka ważnych lat swego życia. Mało tego: jesteśmy w Celi Konrada, miejscu, w którym historia miesza się z poezją, dramat osobisty z dramatem rówieśników Mickiewicza i z tragedią całej Ojczyzny. Cela w klasztorze Bazylianów to ostatni wileński adres Mickiewicza. Stąd, przekroczywszy bramę Świętej Trójcy, pojechał do Rosji i nigdy już nie powrócił na Litwę. Klasztor jest wielki, kto więc i na jakiej podstawie ustalił, że akurat tu, a nie w innym miejscu więziony był Konrad i jego towarzysze?
TOMASZ ŁUBIEŃSKI: – To rzeczywiście nie było łatwe zadanie, choćby dlatego że bazyliański klasztor ma tylko dwa piętra i Cela Konrada znajduje się właśnie na drugim piętrze. Trzeciego piętra nigdy tu nie było, a przecież nieszczęsny Rollison został wyrzucony przez okno, które w dramacie Mickiewicza znajduje się na trzecim piętrze. Pelikan, zausznik Nowosilcowa, powiada w „Dziadach”: „Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć. Mieszka na trzecim piętrze – powietrza użyje...” Prof. Pigoń wyjaśnił tę pozorną sprzeczność: na Litwie, podobnie jak w Rosji, parter liczy się jako pierwsze piętro. Po odzyskaniu niepodległości i po wojnie z bolszewikami Pigoń rozpoczął w 1921 akcję poszukiwania celi, a kiedy ustalił jej położenie – na podstawie detektywistycznej wręcz analizy dramatu – przywracania należnej powagi temu miejscu. Jak odkrył, że do opisu Mickiewicza pasuje akurat ta cela? Zbadał na przykład, w której celi i jakie dzwony słyszeć mogli bohaterowie dramatu i właśnie to pomieszczenie najbardziej odpowiada realiom opisanym przez Mickiewicza. I od tego czasu przyjęło się uważać, że to jest właśnie Cela Konrada. Z innych źródeł wiadomo, że naprzeciw więzienia mieszkały panny Szostowickie, które węglem na wielkich kartonach wypisywały informacje o wydarzeniach w mieście. By przeczytać przez więzienne okno, o czym piszą owe panny, filomaci musieli być więzieni w tej lub w którejś z sąsiednich cel.
– Czym jest dla Pana to skromne i niewielkie pomieszczenie? 
– Jest to dla mnie w jakimś sensie miejsce święte. Dla zaborcy dawny klasztor Bazylianów był natomiast miejscem znienawidzonym, więc postarał się je zbezcześcić, przed świętokradztwem nie powstrzymała go nawet bojaźń przed Bogiem. W tym miejscu była nie tylko cela więzienna, później również mieszkanie oraz biblioteka, a w swoim czasie nawet szalet. W ten sposób starał się zdesakralizować to miejsce gubernator Wilna i kat powstania styczniowego na Litwie Murawiow-Wieszatiel.

młodzi idealiści, cyniczni funkcjonariusze

Z tego, co Pan mówi o nie istniejącym trzecim piętrze, ale też z Pańskiej książki, wynika, iż pomiędzy prawdą a zmyśleniem zdarzają się niekiedy w poezji Wieszcza istotne różnice. Nasuwa się więc pytanie: czy filomaci cierpieli tak straszne męki, jak to opisuje poeta? 
– Gimnazjalista Mollison, który posłużył za prototyp Rollisona, nie popełnił wprawdzie samobójstwa skacząc z okna, niemniej przepadł bez śladu gdzieś na Syberii. Losy więzionych w tym klasztorze bywały różne. Można powiedzieć, że Mickiewiczowi się w pewnej mierze poszczęściło. Wyszedł z więzienia wcześniej od innych, a to za sprawą poręczenia udzielonego przez Lelewela, który miał wciąż wysoką pozycję w Wilnie. Tak się bowiem składało, że zaborcy bywali czasem łaskawsi dla bogatych, wpływowych lub ustosunkowanych Polaków. Większość filomatów nie pochodziła jednak z rodzin zamożnych i ich tragedia ukazuje ówczesną wewnętrzną niesprawiedliwość – nie byli bowiem jednakowo sądzeni za swe czyny. Najsurowiej potraktowano gimnazjalistów z okolic Wilna. W ich działalności dopatrzono się arcyniebezpiecznych spisków, tymczasem były to raczej dziecinne marzenia o jakimś krwawym zamachu – być może była to prowokacja, być może gimnazjaliści byli radykalniejsi od wileńskich studentów, którzy byli już dorosłymi mężczyznami. Wyroki wobec gimnazjalistów, dzieci przecież, były naprawdę okrutne: w kajdanach powieziono ich na Syberię. Wielu z nich zmarło, ale np. dzielny Cyprian Janczewski – występuje on zresztą w „Dziadach” – po latach powrócił na Litwę i działał jeszcze na rzecz powstania listopadowego, choć w nim nie uczestniczył. Zmarł w swoim majątku. Najbarwniejszą postacią spośród tych młodych więźniów był Jan Witkiewicz, który w Rosji zrobił karierę jako geograf, uczestniczył w naukowych ekspedycjach na wschodzie imperium. Witkiewicz wspiął się dosyć wysoko po szczeblach wojskowej i naukowej drabiny. W niejasnych okolicznościach popełnił jednak w roku 1839 samobójstwo w Petersburgu. Współcześnie powieść poświęcił mu Andrzej Braun.
Filomaci byli traktowani nieco łagodniej niż gimnazjaliści, jak wspomniałem, byli nie tyle więzieni, co raczej internowani: pozwalano im np. na jakieś kontakty ze światem. Żołnierze okazywali im czasem pomoc – przypomnijmy choćby występującego w dramacie kaprala. Wilno interesowało się ich losem, były próby pomagania im, przekupywania sędziów itd., a ekipa Nowosilcowa chętnie brała łapówki. Wyroki wobec nich były lżejsze niż wobec gimnazjalistów. Jedynie Zan, Czeczot i Suzin otrzymali prawdziwe więzienne kary, ponieważ wzięli na siebie winę. Dla większości – w tym Mickiewicza – śledztwo zakończyło się zesłaniem do Rosji, np. do Kazania, gdzie np. mogli studiować. W porównaniu z późniejszymi prześladowaniami Polaków, kary wobec filomatów uznać można za łagodne. Na dodatek powstanie dekabrystów zaćmiło wileński proces i odwróciło uwagę policji od Mickiewicza i jego przyjaciół. Dla Rosji zaszokowanej buntem dekabrystów wypadki wileńskie wydały się peryferyjną sprawą, ba! taką mogły się wydawać całej Europie. Gdyby nie udział w niej Mickiewicza i gdyby nie „Dziady” – niewiele by się słyszało o tej sprawie.
Ponieważ jednak jednym z bohaterów procesu był największy poeta naszego języka, proces jest dla nas wyjątkowo ważny. Z punktu widzenia literatury pół roku spędzone przez poetę w więzieniu u Bazylianów i poetyckie konsekwencje tej tragedii opłaciły się polskiej kulturze. W więzieniu zaznał Mickiewicz braterstwa, tam narodziła się więzienna solidarna wspólnota, która przetrwała w pamięci pokoleń dzięki „Dziadom” i dla wielu stała się wzorem patriotyzmu, przyjacielskich więzi i duchowych hierarchii. Na szczęście poeta nie poniósł w więzieniu istotnych uszczerbków na zdrowiu, przede wszystkim psychicznym. Tak czy owak tragedii filomatów nie sposób umniejszyć. Wraz z aresztowaniem skończył się dla nich bezpieczny i wesoły świat młodości, nagle pojawili się w ich życiu policjanci, konfidenci i sołdaci z karabinami. Myślę, że filomaci zrazu nie bardzo rozumieli, dlaczego tak się stało. W naiwny sposób, szczerze, tłumaczyli podczas śledztwa, że byli biedni, że chcieli sobie pomagać, doskonalić się i kształcić – to typowe dla młodych idealistów stykających się z machiną biurokratyczno-policyjną, z cynicznymi i inteligentnymi funkcjonariuszami, którzy zapewne wiedzieli, że uczestniczą w wyolbrzymionej aferze, że w istocie nie stało się nic, co by zburzyło porządek i fundamenty państwa. Popełnili jednak pewien błąd: podczas śledztwa uświadomili aresztowanym, że są sądzeni za patriotyzm i umiłowanie wolności, a to miało kolosalne znaczenie nie tylko dla filomatów, ale i dla wszystkich Polaków.

smutny szatan

Będąc w tym miejscu, myśli się także o tych bohaterach „Dziadów”, którzy świętymi nie byli. Przede wszystkim o Nowosilcowie. Kim on był naprawdę?
– Proces filomatów był szczytowym momentem jego kariery, ale – jak piszę w swojej biografii Mickiewicza – w chwili, kiedy zaczyna się śledztwo, Nowosilcow był już reprezentantem generacji skazanej na odejście, pojawili się bowiem młodzi i ambitni urzędnicy carscy. Byli wśród nich Niemcy, jak Bockendorf, zdarzali się i oddani carowi Polacy – jak Tadeusz Bułharyn, z którym Mickiewicz przyjaźnił się podczas pobytu w Moskwie. Nowosilcow posiadał wielkie wpływy w młodości, kiedy był liberałem związanym z księciem Czartoryskim i „łagodnym” wówczas carem Aleksandrem I. Proces filomatów dawał mu szansę powrotu na szczyty władzy, ale wybuchło powstanie dekabrystów i Nowosilcow nie został doceniony za swe triumfy w Wilnie, bo majestat cesarski pochłonięty był tym, co się wydarzyło w Petersburgu, a nie w Wilnie. Po procesie Nowosilcow zjechał do Petersburga, otrzymał nawet ordery, stanowiska, ale były to awanse z gatunku tych, które określamy mianem kopniaka w górę. Nie posiadał realnej władzy, aż w końcu zmarł w roku 1838. Dla nas najważniejszy jest jednak jego wileński epizod. Myślę, że był niezwykle ambitny, że proces wileński nie odpowiadał jego wielkiej ambicji. Był niewątpliwie libertynem. Zrozpaczona pani Rollisonowa pyta go: „Czy ty masz sumnienie?”. Dobre pytanie. Zdrowie mu raczej dopisywało, mimo że jego rozpusta i pijaństwo stały się legendarne. Był okrutny, myślę, że też nieco się bawił filomatami, tak jak kot z myszą.
Co go skłoniło do przyjazdu do Wilna? Chciał utrwalić swą polityczną pozycję, ale znamy także „romantyczną” wersję jego bytności w Wilnie. Kochał się mianowicie we wdowie po Zubowie, dawnym faworycie Katarzyny II. Wdowa, piękna i młoda, była szlachcianką z polskiego rodu i ta rozpustnica stanowiła hańbę dla wszystkich kobiet Wilna. Pamiętnikarze z epoki, a przede wszystkim profesor Łobojko, który był porządnym Rosjaninem i na Uniwersytecie Wileńskim prowadził katedrę literatury rosyjskiej, zgodnie zaświadczają, że wprost z przesłuchań jechał na wystawny obiad, a potem do kochanki, z którą się afiszował. Ten romans wydaje mi się ponurą parodią mickiewiczowskiej teorii i praktyki miłości oraz romantycznego uczucia: ohydny i bogaty starzec i jego totumfaccy zdobywają najpiękniejsze kobiety w mieście.
Kiedy zastanawiam się, kim był Nowosilcow, przypomina mi się kreacja Zapasiewicza w telewizyjnych „Dziadach”. Zapasiewicz przedstawił senatora jako smutnego szatana, świadomego, że jest uosobieniem zła i kiedy piorun zabija jego współpracownika, w mądrych oczach Nowosilcowa widać, że on wie, iż tak się stać musiało. Myślę, że udane przedstawienie „Dziadów” poznaje się m. in. po sposobie przedstawienia Nowsilcowa: można go ukazać jako błazna, można jako szatana, osobiście wolę tę drugą interpretację. Tym bardziej, że nie był wcale tak groteskową i karykaturalną postacią, jak go pokazuje Mickiewicz. Zalecił np. oszczędzać Mickiewicza w Rosji, który w młodości był trochę hipochondryczny. Prawdziwa nienawiść między Nowosilcowem a poetą narodziła się później. W Petersburgu Nowosilcow na niego donosił i starał się mu zaszkodzić. To wtedy Nowosilcow demaskował „Konrada Wallenroda” jako utwór rewolucyjny. Dopiero wówczas zrozumiał, kim jest Mickiewicz, a był zbyt przebiegły, by zdać się zwieść zadedykowaniem poematu carowi.
Wracając do „Dziadów” – należy się jednak bronić przed twierdzeniem, że zawdzięczamy je poniekąd Nowosilcowi, bo gdyby ten nie aresztował poety, to nie powstałoby arcydzieło. To teoria trochę dwuznaczna, zbyt efekciarska. Myśląc o sześciu miesiącach spędzonych w tej celi, nie możemy zapomnieć o cierpieniu poety, który później pozbawiony został ukochanego Nowogródka oraz Wilna i na zawsze rozłączony z przyjaciółmi. 
– Co Pan myślał dziś idąc do Celi przez dawne podwórze klasztorne? 
– Myślałem podobnie jak przed 30 laty, kiedy byłem tu pierwszy raz. Wilno jest obecnie miastem wolnym, zadbanym i odzyskało wiele ze swej świetności, ale akurat na klasztornym dziedzińcu niewiele się zmieniło: poniewierają się szczątki starych samochodów, wszystko jest nadal zaniedbane. Może to dobrze? Nędza i zaniedbanie tego miejsca musi czynić na każdym określone wrażenie, gdyby przeprowadzono tu remont, mówiąc gwarowo: odpicowano podwórze i budynki klasztorne, kto wie, czy nie zafałszowano by prawdy. Prawda zaś jest taka, że czuć tu nadal oddech groźnej Rosji. I ja czuję wyraźnie, że kiedyś było tutaj więzienie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 14 w „TP” nr 51-52/1998

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl