Apokryf






 

Swego czasu Jerzy Giedroyc, redaktor paryskiej „Kultury”, stwierdził w „Tygodniku Powszechnym”: 
„Na skutek okupacji, wojny oraz PRL wśród Polaków właściwie zanikło poczucie państwowości. Weźmy – na zasadzie kontrastu – okres międzywojenny. O II Rzeczypospolitej można powiedzieć dużo złych rzeczy. (...) Ale ten krótki okres niepodległości wychował ludzi w poczuciu państwowości, co było widoczne chociażby w czasie wojny. To dlatego społeczeństwo zdało wtedy egzamin. Więcej: dotyczy to nie tylko samych Polaków, ale i mniejszości. Dla mnie wielkim przeżyciem była historia Dmytro Doncowa, jednego z przywódców ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego, wybitnego publicysty i redaktora lwowskiego „Wiestnika” stojącego na stanowisku dosyć faszyzującym. Wiadomo, że problem ukraiński był w II RP zaogniony. Doncow w chwili wybuchu wojny siedział w Berezie, zamknięty przez premiera Sławoj-Składkowskiego. Został uwolniony przez Niemców, którzy rychło wywieźli go do Berlina i próbowali przeciągnąć na swoją stronę. Ale parę miesięcy później – na początku 1940 roku – Doncow zdołał przedostać się do polskiej ambasady w Bukareszcie. Pracowałem tam wtedy. Pamiętam zaskoczenie: przychodzę z rana do ambasady i widzę... czekającego Doncowa. Pytam, o co chodzi. On mówi: przyszedłem wziąć polski paszport. Tak samo było z wybitnym działaczem mniejszości litewskiej, Ancewiczem, który też był w podobnej sytuacji – szykanowany przez wojewodę itd. A jednak w 1940 przyjechał do Bukaresztu z zamiarem nawiązania współpracy. Te uczucia były silne. To kompletnie zanikło. Poczucie państwowości praktycznie w Polsce nie istnieje i to zarówno w społeczeństwie, jak w elitach politycznych. Interes państwa właściwie nie jest brany pod uwagę – tak przez postkomunistów, jak postsolidarnościowców”. 
O skomentowanie tej diagnozy poprosiliśmy znamienitych polskich intelektualistów oraz kilku polityków rozmaitych orientacji. Pytaliśmy: Czym jest dziś – pod koniec XX wieku – poczucie państwowości? Jakie ma znaczenie? Czy Giedroyc ma rację, czy też w swym pesymizmie przesadza? Czy poczucie państwowości z okresu II RP różni się od poczucia państwowości z końca pierwszej dekady III RP? Jak te różnice ocenić? Czy wszyscy Polacy tak samo pojmują obowiązki i lojalność wobec państwa? Jak rozkładają się akcenty w zależności od orientacji politycznej, pozycji społecznej, wieku, miejsca zamieszkania? 
Prezentujemy opinie Stanisława Lema, Jerzego Jedlickiego i Janusza Tazbira. 
W jednym z najbliższych numerów „Tygodnika” zamieścimy głosy polityków. 
Ankietę podsumuje Jerzy Giedroyc.



Stanisław Lem

Niekoniecznie uświadomiona lekcja

Z poczuciem państwowości, uznanym przez Giedroycia za już nieistniejące w kraju, zgadzam się w tej mierze, w jakiej na to pozwala mój wiek, ponieważ w dowojennej Polsce niepodległej żyłem przez lat siedemnaście, zaś w również niepodległej powojennej lat dziewięć. Mówiąc inaczej, zwracam się prawie wyłącznie do moich osobistych wspomnień, obejmujących lata młodości i starość.
Wydaje mi się, że wagę państwowości jako suwerenności społeczeństwo odczuwa tym intensywniej, im bardziej zostaje Polska z suwerenności obrabowana. Im okrutniej jesteśmy niepodległości pozbawieni przez działania państw ościennych, tym intensywniej ów brak odczuwamy. Orientacje polityczne mogą mieć bardzo różnorodne charaktery i rozmaitą rozpiętość, ale niezależnie od barwy partyjno-politycznej niemal z wszystkimi jest tak samo. Sądzę nawet, że gdybyśmy zostali wcieleni do Sowietów i tym samym stracili szczątkową suwerenność peerelowską, głód nasz za utraconą pełnią państwowości byłby znacznie większy aniżeli w czterdziestoleciu peerelowskim, ponieważ wbrew temu, co z paranoiczną uporczywością głosi prawica, byliśmy wprawdzie protektoratem sowieckim, ale nie tylko resztki, lecz i pozory suwerenności w rozmaitym stopniu zostały w owym czterdziestoleciu zachowane.
Uważam, że Niemcy hitlerowskie zniewoliły nas okrutniej aniżeli Sowiety. Mówiąc to samo inaczej, czterdzieści lat PRL-u nie było absolutnie czarną dziurą naszej historii. Moja apodyktyczna zwięzłość wynika z narzuconej przez Redakcję konieczności uczynienia repliki patologicznie zwartą. Jest bardzo trudno zresztą wykryć wielość przyczyn, które spowodowały, że polityczne elity odrodzonej Polski wagę odzyskania państwa usiłują wykorzystywać przede wszystkim propagandowo w partyjnych interesach. Obecnie niełatwa do uchwycenia różnica między Polską przedwojenną i powojenną daje się sprowadzić do niekoniecznie uświadamianej lekcji, jakiej udzieliła nam historia.
W Drugiej Rzeczypospolitej odczuwało się wprawdzie pochodzące z zewnątrz zagrożenia, lecz nie aż tak, ażeby sobie uświadomić kruchość polskiego państwa. Obecnie obojętność na możliwe, zwłaszcza w przyszłości, zagrożenia zewnętrzne stała się w moim odczuciu zadziwiająco wielka. Ludzie zdają się zachowywać tak, jakbyśmy nie mieli, jeszcze bardzo niedawno, wrogich sąsiadów i jakbyśmy nie obawiali się możliwości nawrotów sytuacji słabszych, ulokowanych między kamieniami młyńskimi, które, jak bywało w dziejach, mogą ruszyć. Dopóki państwo polskie nie rozpada się, tak jak to było w 1939 roku, po prostu na moich oczach, dopóty nie rozumie się wartości niepodległego bytu. Nikt nie może, moim zdaniem, określić, jak pojmują lojalność i obowiązki wobec państwa „wszyscy Polacy”. W moim mniemaniu cena, jaką musieliśmy zapłacić za odzyskanie niepodległości w narzuconych granicach, była olbrzymia, ale jest to wyznanie tylko osobiste. Nie uważam za możliwe wypowiadania się w imieniu całego społeczeństwa, toteż słowa moje są tylko reakcją na zacytowany przez Redakcję tekst Giedroycia i nie roszczą sobie pretensji do prezentacji bezliku przyczyn, które zamieniły stosunek do przedwojennego państwa na jego obecne pojmowanie naszej odzyskanej wolności.
W zakończeniu dodam, że mój stosunek do Polski przed wojną był dla mnie samego właściwie niedostrzegalny, ponieważ nie wiedziałem wtedy, że państwo może być rozbite jak szklanka. A więc wracam do początku moich uwag: wartość niezależności państwowej najmocniej, czyli najboleśniej, odczuwa się z chwilą jej utraty. 





Janusz Tazbir

Uporczywa wiara w mity

Na aktualnym stosunku Polaków do państwa ciążą w jakimś stopniu tradycje historyczne I Rzeczypospolitej, w której opozycja polityczna nie była, jak to miało miejsce w innych krajach, przestępstwem, ale wręcz cnotą obywatelską. Zasadności takiej postawy w dobie zaborów, a także w latach PRL, nie trzeba bliżej wyjaśniać. Po blisko dziesięciu latach trzeciej niepodległości na apologię wszelkiej opozycji nałożyło się rozgoryczenie wywołane faktem, iż suwerenność nie położyła kresu naszym trudnościom gospodarczym. Podobne postawy (i złudzenia) występowały – wbrew temu, co utrzymuje redaktor „Kultury” – także w okresie międzywojennym, zwłaszcza w latach 1918–1926, co utorowało Piłsudskiemu drogę do władzy.
Należy także przypomnieć, iż komunistyczna PRL była przez znaczną część społeczeństwa uważana za formę państwa polskiego, której alternatywą byłoby wcielenie Polski do ZSRR. Z kolei III Rzeczpospolita jest przez bardzo wielu Polaków postrzegana jako kontynuacja Polski Ludowej. Stąd też biorą się porównania obu form polskiej państwowości, czynione nie zawsze z korzyścią dla tej, powstałej po r. 1989. Pogłębiło się rozwarstwienie majątkowe, zanikło zaś poczucie bezpieczeństwa socjalnego (wegetacja, ale stabilna). Wszystko to musi rzutować na stosunek do państwa.
W Polsce dnia dzisiejszego z niechęcią i kpinami bywa przypominana leninowska definicja państwa jako aparatu przemocy. Równocześnie jednak nie możemy się pogodzić z realizowanym w praktyce codziennej poglądem, iż władza winna się opierać li tylko na łagodnej perswazji. W PRL terror stanowił monopol państwa, a dostęp do broni był bardzo utrudniony. Obecnie także i terror uległ wyraźnej prywatyzacji. Przy odpowiednich środkach finansowych założenie dobrze uzbrojonego gangu nie stanowi żadnego problemu. Jak się wydaje, przeciętny obywatel ma za złe władzom III Rzeczypospolitej, iż przystały na tę „prywatyzację” i nie potrafią się skutecznie przeciwstawić rosnącej fali bandytyzmu. Można bez końca prowadzić humanitarne dyskusje nad zniesieniem kary śmierci i dalszym złagodzeniem kodeksu karnego. Gdyby jednak obie te kwestie zostały przedstawione obywatelom w formie ogólnonarodowego referendum, to jestem pewien, iż lwia ich część wypowiedziałaby się za jak najsurowszym karaniem przestępców, a być może nawet i za sądami doraźnymi, uprawnionymi do wymierzania kary śmierci.
Polaków długo przyzwyczajano do myśli, iż budowa własnego państwa wymaga ofiar, a za okazywany czynem patriotyzm nie należy się im żadna rekompensata. Obecnie to przekonanie zanika, i to dość gwałtownie, m.in. na skutek masowych wyjazdów na Zachód, gdzie nieporównanie częściej mówi się o obowiązkach państwa wobec obywatela aniżeli o powinnościach obywatela w stosunku do władzy. Nie chcemy być gorsi od Francuzów, obywateli USA, Anglików czy Niemców.
O ile dawniej wzajemne relacje pomiędzy wyśnioną ojczyzną a Polakiem były kształtowane przez wielką literaturę romantyczną, to obecnie decydują o nich mizerne pensje, otrzymywane w wielu resortach. Dotyczy to zwłaszcza nauczycieli i służby zdrowia; nasi decydenci pod wpływem jeszcze szkolnych lektur wydają się wierzyć w przetrwanie „doktorów Judymów” i „Siłaczek”, które zacisnąwszy zęby będą o chłodzie i głodzie pracować dla państwa tylko dlatego, że zostało ono świeżo odzyskane w niepodległym kształcie. Ta uporczywa wiara w mity stworzone przez Żeromskiego może zaowocować groźnymi konfliktami społecznymi. Obym jednak okazał się w tym przypadku złym prorokiem!  




Jerzy Jedlicki

Polak i podatki

Michał Bobrzyński w zakończeniu swych „Dziejów Polski w zarysie” (I wyd. 1879) z ironią naszkicował wykreowany przez piśmiennictwo narodowe konterfekt wzorowego szlachcica-obywatela z ostatnich dwóch wieków Rzeczypospolitej i po wyliczeniu jego chwalebnych przymiotów dodał: „nic przy tym nie mówiono, czy też ten ideał Polaka płaci regularnie podatki”. Ta sarkastyczna uwaga znakomitego krakowskiego historyka była podwójnie celna. Po pierwsze, jako przypomnienie, że nagminne uchylanie się szlachty od płacenia skromnego skądinąd podatku było jedną z przyczyn upadku państwa, które w godzinie próby skarb miało pusty, a stutysięczną armię na papierze uchwał sejmowych. Po wtóre, uwaga Bobrzyńskiego godziła w wymuszony przez rozbiory i zdominowany przez romantyzm system wartości, w którym kwestia podatków – i powszednich powinności obywatelskich w ogóle – należała do niskiej, trywialnej sfery rzeczywistości.
Krytyka ta zdaje się warta przypomnienia dziś, kiedy szczęśliwie doczekaliśmy czasów, by tak rzec, cywilnych, tak rzadkich w naszych dziejach. W tym stanie rzeczy stosunki między obywatelem a państwem zdają się wymagać przeformułowania i umocowania w prawie (co już w zasadzie nastąpiło) oraz w kulturze i edukacji (do czego wciąż daleko).
Nie wydaje mi się, aby wzory z II Rzeczypospolitej mogły być w tym względzie przydatne. Byt odzyskanego państwa był wówczas kruchy, a poczucie niepewności zagłuszyć miała lansowana przez Piłsudczyków patetyczna retoryka, wręcz mistyka Państwa, Czynu i Zjednoczenia Narodowego. Czy ten styl wychowania (który przecie i wówczas miał swoich niemiłosiernych krytyków i szyderców) okazał się później, to jest w czasie wojny i okupacji, funkcjonalny, nie tu miejsce, aby się spierać. Nikt jednak chyba nie zaprzeczy, że dziś byłby on zupełnie anachroniczny i śmieszny.
Nie tylko za sprawą języka, choć mało co tak się zestarzało jak wzniosłe słowa. Przede wszystkim jednak myśl polityczna w Europie, wiedziona upiornymi doświadczeniami tego wieku, poszła w kierunku wzmocnienia suwerennych praw jednostki i ograniczenia uprawnień państwa, których egzekucja, co więcej, we wszystkich demokracjach poddana została skrupulatnej, acz nie zawsze skutecznej kontroli. Agendy państwowe są jak gdyby stale podejrzane o to, że będą dążyć do powiększenia swych prerogatyw i środków, czemu prawo konstytucyjne ma zapobiegać. Demokracja bardziej zatem sprzyja pojmowaniu stosunku obywatela do państwa jako swego rodzaju kontraktu niż kształtowaniu emocjonalnie nacechowanego „poczucia państwowości”.
W Polsce i innych krajach strefy sowieckiej odzyskanie osobistego bezpieczeństwa, swobód obywatelskich i praw własności zbiegło się z odzyskaniem suwerennego państwa narodowego. To ostatnie zagościło głównie w sferze wartości odświętnych, podczas gdy indywidualizm steruje praktyczną orientacją i zachowaniami codziennymi. W tej zaś sferze państwo jawi się swym obywatelom jako niezbyt godny zaufania partner, który zabiera więcej niż powinien, płaci mniej niż powinien, nie łoży, ile potrzeba na utrzymanie szpitali, szkół, sądów, domów opieki, laboratoriów, teatrów, policji, wojska, dróg i czego tam jeszcze, nie ściga i nie karze jak należy przestępców, na dodatek traktuje ludzi arogancko.
Wiadomo niby, że państwo nie tylko nie dąży dziś do ekspansji, lecz przeciwnie, wycofuje się powoli z wielu obszarów swej gestii pozostawiając je czy to samorządom, czy to przedsiębiorczości prywatnej. A jednak odwrót ten nie dotarł jak gdyby jeszcze do świadomości powszechnej i wcale nie wiadomo, czy pozyska uznanie. Skutki reform są na razie słabo odczuwalne i póki co nie uchylają nawykowego przekonania, że rząd – chce czy nie chce – odpowiada za wszystko. Co ma uzasadnienie o tyle, że owo ostrożne kurczenie się obszaru państwowego władania i zarządzania jest przeciwważone inflacją drobiazgowych norm prawnych, której szczyt jeszcze daleko przed nami.
Wszystko to sprawia, że nowoczesne państwo liberalne jest postrzegane przede wszystkim jako gigantyczna maszyneria o konstrukcji zbyt skomplikowanej, aby ją można było zrozumieć, kontrolować, a cóż dopiero polubić i moralnie się z nią utożsamić. Paradoksalnie, utożsamienie to było prostsze i zapewne – do czasu – silniejsze pod rządami autorytarnymi, kiedy propaganda i cenzura tłumiły sprzeczności interesów, a pierwsi sekretarze partii przybierali ton ojcowskiego zatroskania. Dziś, kiedy gry interesów są bezwstydnie jawne, a wielość opinii na każdym szczeblu i w każdej sprawia przyprawia o zawrót głowy, „poczucie państwowe” nie ma się jakby o co zaczepić.
Nie sądzę, aby dało się je odbudować w oparciu o wzory z przeszłości. Polska jest dziś niesiona potężnym prądem przemian ponadnarodowych, które można lubić lub nie, ale których nie da się powstrzymać. Jest zarazem oczywiste, że osłabienie spójni moralnej społeczeństwa z państwem czyni z nas naród tracący poczucie zbiorowej woli i wpływu na kierunek żeglugi.
Odbudowę tej więzi, jeśli uznać to za zadanie ważne, trzeba dziś rozpoczynać od elementarza edukacji obywatelskiej, od pojęcia państwa jako dobra wspólnego, nadrzędnego nad interesami i perspektywami partykularnymi, choć z założenia względem nich pomocniczego. Słowem, zaczynać wypada od podatków.
Wielką tu widzę pracę do wykonania przez szkoły wszelkiego typu oraz przez środki przekazu. Nieczęsto jednak zdarza się dostrzec świadomość tych obowiązków. Smutnym i żenującym zjawiskiem są dla mnie huczne kampanie „Gazety Wyborczej” – pisma, które jest mi bliskie – podkładające kolejne (w jej własnym języku) „bomby podatkowe”, to jest zachęcające podatników do wykorzystywania luk, a raczej niedoszlifowanych definicji pojęć w ustawach skarbowych. Zamiast domagać się jak najszybszego, w interesie publicznym, zalutowania dziur, ten opiniotwórczy organ z zapałem zaiste godnym lepszej sprawy czyni wszystko, aby więcej jeszcze milionów złotych wyciekło z budżetu państwa. Namawia się więc czytelników do jawnie fikcyjnych aktów darowizn, do zawierania „umów” (każdy wie, że lipnych) o rzekome „stypendia” czy „renty”, które mają się – rzecz ciekawa – sowicie opłacać szlachetnemu darczyńcy. W wyniku takich akcji Polaków ogarnęła istna epidemia dobroczynności, która kosztuje skarb państwa bodaj więcej niż wszystkie głośne afery tropione na dalszych stronach tegoż dziennika, czego żadne sofizmaty redaktorów nie zmienią.
Trudno o jaskrawszy przykład zaniku „poczucia państwowego”, a przy okazji i językowego (bo nagle okazuje się, że nie wiadomo, co to jest stypendium, albo że po polsku „darowywać” i „zyskiwać” znaczy to samo). Edukacyjne skutki takich akcji będą może jeszcze dotkliwsze od skutków fiskalnych, bo demokratyczne jakby nie było państwo zostaje ustawione na pozycji hochsztaplera, z którym cwaniak-obywatel toczy walkę o to, kto kogo przechytrzy, by w następnej odsłonie ten sam obywatel mógł oskarżać rząd, że nie daje na to i na tamto, że lekce sobie waży naukę, zdrowie, bezpieczeństwo na ulicach, dobro dzieci i emerytów, i Bóg wie, co jeszcze. Jest to niestety nawrót do tego „ideału Polaka”, o jakim pisał Bobrzyński.
Nie myślę tu bronić ani naszych prawodawców, którzy uchwalają niechlujnie zredagowane ustawy, ani rozdętej i po części być może skorumpowanej biurokracji, która je nieudolnie egzekwuje. Nachalne upartyjnianie wszystkich agend rządowych sprawia, że wiele wody w Wiśle upłynie, zanim dorobimy się porządnego korpusu służby cywilnej i odbudujemy poczucie honoru urzędnika państwowego. Nie to jednak, jak rozumiem, jest przedmiotem ankiety „Tygodnika”. Zresztą o wadach rządu pisze się codziennie, o postawach społecznych znacznie rzadziej i głównie wtedy, gdy się chce dołożyć przeciwnej partii lub gazecie.
Poczucie państwowe tak, jak je rozumiem (i tak jak sądzę, że rozumie je Jerzy Giedroyc), nie oznacza dziś kultu państwa i tego kultu obrzędów (o te u nas zawsze najłatwiej) ani też bezkrytycznego stosunku do państwowych ustanowień. Oznacza natomiast, że za tę Rzecz pospolitą, co znaczy pospólną, czuje się osobiście współodpowiedzialny: tak za cele, do których dąży, jak za środki finansowe i prawne, które otrzymuje do swej dyspozycji. A także za jej reputację w świecie. I za godność obywateli, którą daje ona swoim mieszkańcom strzegąc (lepiej czy gorzej) ich osób i praw.
To poczucie odpowiedzialności pojawia się u nas w momentach nagłych zagrożeń. Na co dzień jest nikłe, a jego rozwój powinien być przedmiotem szczególnej troski polskiej inteligencji.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 13 w „TP” nr 45/1998

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl