Apokryf






Stefan Swieżawski

Plantacja Ducha Świętego

Ojciec Jacek Woroniecki, dominikanin, mawiał, że człowiek wierzący powinien posiadać tzw. „sensus catholicus”, zmysł katolicki (przymiotnik ten nie oznaczał tu konfesyjności, lecz powszechność). Składają się nań trzy cechy umysłu: uniwersalizm, obiektywizm i realizm. Cechy te doskonale charakteryzują postawę życiową Jerzego Turowicza. Postawę, której korzenie można odnaleźć w środowisku „Odrodzenia”.
Pyta Pan, co to było „Odrodzenie”? Odpowiem najkrócej, jak potrafię: to było jedno z ognisk rozpalonych przez Ducha Świętego i przygotowujących Sobór. Myśmy już wtedy – w latach 20. i 30. – żyli odnową liturgii oraz duchem Kościoła wspólnotowego, służebnego i otwartego. Wielu z tych, którzy później tak bardzo wpłynęli na oblicze polskiego katolicyzmu, wyszło z „Odrodzenia”. Myślę o Jerzym Turowiczu, o Gołubiewach, o Stommie, o ks. Tadeuszu Fedorowiczu, także o kardynale Stefanie Wyszyńskim.
„Odrodzenie” istniało we wszystkich miastach uniwersyteckich przedwojennej Polski. Jak to się wówczas śpiewało? „Warszawa, Lwów, Poznań, Wilno, Lublin, Kraków – Wszędzie jest pełno nas, odrodzeniaków”. Poszczególne ośrodki różniły się między sobą – orientacja warszawsko-lubelska na przykład była inna od lwowskiej. Jerzy, choć krakowianin, studiował we Lwowie i właściwie to „Odrodzenie” lwowskie (później krakowskie, a częściowo i wileńskie) oddziałało na niego najbardziej.
W naszym ruchu panowała zasada, że w każdym środowisku „odrodzeniowym” powinny działać trzy sekcje: filozoficzno-religijna, społeczna i narodowa.

WIARA I FILOZOFIA

Od samego początku doskonale rozumieliśmy potrzebę „meblowania głów”, wiedzy, w co i dlaczego wierzymy. Mistrzami naszego myślenia byli: ks. Władysław Korniłowicz i o. Jacek Woroniecki. To dzięki nim budowaliśmy ów „dyszel w głowie”, o którym wspominała „odrodzeniowa” piosenka: „Wszystko nam jedno – jak każdy wam powie – dreszczy unikać, a dyszel mieć w głowie!” To dzięki nim cała nasza formacja intelektualna opierała się na filozofii i teologii św. Tomasza.
Stąd właśnie pochodzą te cechy umysłu, tak charakterystyczne dla Jerzego Turowicza. Uniwersalizm, który polega na tym, żeby nigdy nie uważać jakiegoś ułamkowego, cząstkowego rozwiązania za jedyne; zawsze trzeba patrzeć szerzej. Wiąże się z tym obiektywizm, to znaczy szacunek dla rzeczywistości i wyważony osąd. Powiem więcej: to znaczy krytycyzm wobec własnych poglądów, dystans do samego siebie. Ów obiektywizm polega również na unikaniu jakiegoś grzebania się w swoim „ja”, co ma swoje przełożenie na religijność. Trzeba „burzyć kapliczki” pobożności czysto podmiotowej, indywidualistycznej („dreszczy unikać”) i budować wspólnotę – taki był nasz program. 
Z kolei realizm polega na przekonaniu, że człowiek, a w szczególności chrześcijanin, nawet w najtrudniejszych warunkach nie może żyć tymczasowo, czekając nie wiadomo na co, żeby tylko przetrwać, lecz powinien żyć chwilą obecną (bo najważniejsze jest „teraz”) i robić swoje. Zasadę tę Jerzy Turowicz wcielał w życie przez cały okres PRL. (Dodajmy, że ten jego „życiowy” realizm był zakorzeniony w realizmie filozoficznym, dzięki czemu Jerzy nigdy nie uległ wpływom rozmaitych utopii.)

SPOŁECZEŃSTWO

Formację „Odrodzenia” spośród wszystkich innych ówczesnych katolickich modeli (i organizacji) wychowawczych wyróżniał mocno wyakcentowany rys społeczny. Chcieliśmy rozbudzić wrażliwość na problemy społeczne, zwłaszcza na tzw. kwestię robotniczą i problemy polskiej wsi, oraz zapoznać się ze społeczną nauką Kościoła. Temu celowi służyły m.in. coroczne Tygodnie Społeczne organizowane na KUL-u. Niektórzy koledzy mieli tam wystąpienia bardzo radykalne (pamiętam Henryka Dembińskiego, jak mówił, że z moralnego punktu widzenia nie ma prawa do Komunii św. ten, kto nie pracuje na rzecz sprawiedliwości i miłości w życiu zbiorowym. Podczas jednego z Tygodni podjęto uchwałę, by Dembińskiemu nie udzielać głosu, jeżeli ma zamiar głosić poglądy sprzeczne z naszą deklaracją ideową). 
Nie byliśmy przy tym pięknoduchami, umiejącymi jedynie dyskutować o biedzie. Wielu z nas czynnie zaangażowało się w działalność społeczną (np. w związkach zawodowych) i charytatywną w Konferencji św. Wincentego ŕ Paulo: każdy członek tej Konferencji raz w tygodniu odwiedzał swoich „podopiecznych”, rozeznawał ich problemy, szukał pomocy. 
Problemy społeczne były tymi, które najmocniej różniły środowiska „Odrodzenia”. W Warszawie i Lublinie, gdzie – głównie pod wpływem ks. Antoniego Szymańskiego, rektora KUL – dochodził do głosu katolicyzm społeczny rozumiany w duchu chadeckim. Koledzy z tych miast mieli taką unitarnie-totalistyczną koncepcję życia zbiorowego: postrzegali jeden model, prawzór poprawnej struktury narodowej, państwowej, międzynarodowej. Zadaniem chrześcijan miało być, ich zdaniem, wspieranie owego modelu i usuwanie struktur „niewłaściwych”. Drogą do tego najwłaściwszą byłaby działalność polityczno-partyjna, chadecka.
My w „Odrodzeniu” lwowskim patrzyliśmy na te kwestie zupełnie inaczej, choć wówczas chyba jeszcze nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy, na czym polegają różnice między nami. Przeczuwaliśmy, że katolicka nauka społeczna nie chce narzucać nam jakiejś jednej, totalnej struktury całego życia społecznego, lecz uznaje i akceptuje pluralizm struktur. Chrześcijanie – jak ewangeliczny zaczyn – mają zgodnie z Ewangelią układać życie społeczne w obrębie tych struktur, w jakich im wypadło żyć.
„Odrodzenie” to była również wspaniała praktyczna szkoła budowania wspólnoty. Prowadziliśmy wtedy niesłychanie aktywne życie towarzyskie, świetnie się przy tym bawiąc (te dowcipy, których sobie nawzajem nie szczędziliśmy! I te niesłychane zabawy na mieście, np. „ogonek”, tj. sznur trzymających się za ręce studentów, okrążający policjantów, przechodzący przez stojące na postoju dorożki itp.). Byliśmy jak wielka rodzina rozsiana po całej Polsce. 

NARÓD

„Odrodzenie” miało wyraźnie narodowy charakter, jednak rozumieliśmy przez to coś zupełnie innego, niż proponowała endecja i jej akademicki odpowiednik – Młodzież Wszechpolska. Właściwie to oni byli naszym głównym przeciwnikiem ideowym. Myśmy reprezentowali zupełnie inne pojęcie patriotyzmu. Zarzucaliśmy Wszechpolakom, że wywracają hierarchię wartości, a religię oraz dobro Kościoła podporządkowują dobru narodu. Byliśmy przekonani, że takie postawienie sprawy w sposób nieunikniony prowadzi do totalitaryzmu narodowego, a w przypadku Polski sprzeciwia się naszej najwspanialszej tradycji: idei jagiellońskiej. O ile wiem, to – przynajmniej w czasie moich studiów – poza „Odrodzeniem” żadna polska organizacja akademicka we Lwowie nie utrzymywała stosunków z analogicznymi organizacjami ukraińskimi. Wówczas była to działalność niesłychanie trudna dla obu stron, ale ważne jest to, że takie kontakty – luźne i sporadyczne – w ogóle istniały. Łączył się z tym pewien nieśmiały jeszcze ekumenizm, na razie wobec grekokatolików – pamiętam, że w 1928 lub 1929 roku kilku z nas, jako delegacja „Odrodzenia”, brało udział w katedrze św. Jura w liturgii odprawionej na zakończenie ukraińskich rekolekcji akademickich. Nie była to, niestety, postawa wówczas rozpowszechniona. Kiedy w 1936 r. zaproponowaliśmy, aby patronat nad Tygodniem Społecznym objęli wszyscy trzej arcybiskupi lwowscy: rzymskokatolicki, greckokatolicki i ormiański, wniosek ten odrzucili... księża rzymskokatoliccy.
„Odrodzenie” jako organizacja zdecydowane opowiadało się przeciwko wszelkim tendencjom rasistowskim i antysemickim, choć wśród moich najbliższych przyjaciół „odrodzeniowców” byli i tacy, którzy w swoich poglądach na tematy żydowskie niewiele różnili się od Wszechpolaków. Ja sam przeszedłem pod tym względem ewolucję: od negatywnego stosunku do Żydów, podyktowanego głównie względami ekonomicznymi, po przekonanie, iż autentycznego chrześcijaństwa nie sposób pogodzić z jakimikolwiek przejawami antysemityzmu.

*

Sam Pan widzi, że „Odrodzenie” to była prawdziwa plantacja Ducha Świętego. Jestem przekonany, że nasz ruch przygotowywał Kościół w Polsce do II Soboru Watykańskiego i pontyfikatu Jana Pawła II. Myślę tu o takich ideach jak: wizja Kościoła jako wspólnoty i ludu Bożego obejmującego cały świat, odnowa liturgii, refleksja nad miejscem świeckich, ekumenizm, potępienie antysemityzmu. Z tych tajemniczych Bożych planów zdawał sobie chyba sprawę kard. August Hlond, gdy – wyraźnie mając na myśli „Odrodzenie” – wpisywał się do naszej „Księgi domowej” przy okazji naszego ślubu: „Spotkaliście się w przedsionkach Bożych. Zrozumieliście się w tym tchnieniu, którym Duch Święty świat odradza”.


wysłuchał: Janusz Poniewierski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl