Apokryf






Czesław Miłosz

O Turowiczu

Mało wiedziałem o nim, choć może przelotnie spotkaliśmy się podczas wojny w Warszawie na Bielanach (u Zagórskich, Andrzejewskich?). On jednak o mnie wiedział. Odnalazł mnie w listopadzie 1944 roku w wiosce Janisławice pod Skierniewicami i listownie zaproponował, żebym przyjechał do Goszyc z żoną i matką żony. Byłem dla niego autorem tomiku „Trzy zimy” i to wystarczało jemu, samodzielnemu i samowędrującemu znawcy. Choć może dzielił dobre mniemanie o mnie jako poecie z innym krakowianinem, Kaziem Wyką, i może ten, śledzący losy poetów, pomógł mu mnie odnaleźć.
Porozumieliśmy się natychmiast, bo przecie przed 1939 krążyłem trochę dokoła Lasek, znałem księdza Korniłowicza i wydrukowałem w „Verbum” wiersz pod tytułem „Siena”. Jednak musiałem przezwyciężyć pewne opory. Turowicz katolik. No, ale porządny człowiek.
Bo jednak nikt dzisiaj nie chce pamiętać, czym był polski katolicyzm w międzywojennym dwudziestoleciu i szczególnie w ostatnich latach przed wojną. Sądząc po nim, należało stwierdzić, że dusza polska jest naturaliter endeciana. Przecież cały ten okropny Piłsudski i jego legioniści to był spisek masonów. Endecy storpedowali jego plany federacyjne po zwycięstwie 1920 roku, wytyczając granice w Traktacie Ryskim, 1921, i zaraz zabili mu przyjaciela, pierwszego prezydenta RP, Gabriela Narutowicza. I czyż kler tej ideologii nie błogosławił? A kto dzisiaj odważy się pisać o Ślubowaniach Jasnogórskich? Czym były? Przedsięwzięciem faszyzacji Polski, dostarczaniem pociągów pełnych młodzieży z wpiętym w koszulę znakiem oenerowskiego Szczerbca. I razem z tym „Rycerz Niepokalanej” i „Mały Dziennik” z Niepokalanowa.
Co wtedy mógł zrobić człowiek ochrzczony w Kościele katolickim i uważany za katolika? Powiedzieć: nie, nie chcę! I co? Wystąpić, zostać ewangelikiem? Śmieszne, przechodzili w Polsce na kalwinizm tylko dla rozwodu. Wyrzec się religii, proklamować swój ateizm? Byłoby to równoznaczne z opowiedzeniem się za wschodnim sąsiadem. Te miotania się i tragedia Henryka Dembińskiego z Wilna. Nie myślę ukrywać, że dotychczas noszę uraz z tamtego czasu, a ten uraz to coś w rodzaju skazy moralnej, bo pogrążałem się w rozważania o związkach pomiędzy religią i poezją, kiedy trzeba było krzyczeć. Tyle że zgłosiłem w 1936 akces do Wspólnego Frontu, z ostro wyrażonymi zastrzeżeniami i z pełną świadomością, że jest montowany przez komunistów. A ostatnie lata przed 1939 to było bezsilne przyglądanie się kropionemu święconą wodą gałgaństwu. Nawiasem wtrącę, że ludzie talentu w Rumunii dali się uwieść faszyzmowi ozdobionemu prawosławiem – Eliade, Cioran i wielu innych – ale nie w Polsce, gdzie ONR znalazł tylko jednego piewcę, Gałczyńskiego.
To było dawno, jestem stary i powinienem złagodnieć, pamiętając, że ludzie są tylko ludźmi i to, co noszą w głowach, nie- koniecznie łączy się z ich czynami. Ksiądz Maksymilian Kolbe i jego prasa to było wskrzeszanie zabobonów epoki saskiej w nowoczesnej oprawie, a został świętym. Młodzież składająca Ślubowania Jasnogórskie miała własną krwią okupić swoją wiarę w mit katolickiego totalitarnego państwa. Jednak nie umiem polubić polskiego katolicyzmu jako pewnej formacji umysłowej, która tym się odznacza, że nie rozumie czym jest, to znaczy tak się urządza, żeby nigdy nie zobaczyć swojej twarzy w lustrze.
Ale przecie wtedy przed wojną istniały Laski i pismo „Verbum”? Mała wysepka i nieliczne rozproszone jednostki, takie jak Turowicz. Przedwojennej jego działalności zupełnie nie znałem, natomiast jego negatywna ocena zrostów polskiego katolicyzmu z polityką mnie cieszyła. Co prawda, kiedy zaraz po wypędzeniu Niemców założył w Krakowie „Tygodnik Powszechny”, nie wierzyłem w samą możliwość wydawania takiego pisma, zakładając też, że nawet gdyby było się udało, to jako jedyne pismo opozycyjne będzie ściągać niby magnes wszystkich skazanych na milczenie w zdławionym kraju, łącznie z najczarniejszą reakcją, czyli wbrew nawet woli redaktora zmieni się w organ katolicyzmu w jak najbardziej polskim narodowym wydaniu.
Stało się inaczej. I teraz można sporządzać bilans półwiecza wysiłków i „Tygodnika”, i „Znaku”, zmierzających do przebudowy polskiego katolicyzmu od wewnątrz. Zważywszy na obelżywe epitety, które ściąga i redaktor, i „Tygodnik”, tudzież bojkot stosowany przez znaczną część kleru, wysiłki te częściowo tylko przyniosły wynik. Turowicz i jego przyjaciele osiągnęli jednak dużo. Słowo „katolik” przestało oznaczać opcję polityczną, czyli powstała jakby propozycja innego pojmowania przynależności do Kościoła. Co prawda, jeżeli niektóre oświadczenia hierarchii przypominają, że dawna mentalność nie znikła i niejeden wierny zgrzyta zębami, żałując, że nie jest ewangelikiem albo buddystą, to w każdym razie rysuje się jakby pluralizm postaw. A trzeba dodać, że w ogromnej, odbywającej się teraz przemianie obyczajów i sposobów myślenia, religijność wyłącznie obrzędowa będzie cofać się coraz bardziej, tak że Turowicz miał tu rację, nie Kisielewski, który zarzucał mu, że osłabia twierdzę religii ludowej.
Nasza przyjaźń z Turowiczem przetrwała lata. On to przygotowywał do druku i robił korektę mego pierwszego powojennego tomu wierszy „Ocalenie”. Trzeba przypomnieć coś, czego młodzi czytelnicy sobie nie uświadamiają. W 1945 roku zadeklarować się jako katolicki publicysta, a więc osobnik nie do nawrócenia na marksizm, znaczyło przyjąć możliwość wywózki i śmierci w łagrze Workuty czy Kołymy. Tak działo się w Wilnie, inaczej to ułożyło się w Krakowie, ale przecież nikt nie wiedział, jak będzie. Postawiwszy na niebezpieczną kartę, Turowicz następnie korzystał, kiedy ta karta wygrywała, to jest po okresie stalinowskim mógł często wyjeżdżać za granicę, co sobie cenił. Toteż utrzymywał się stale nasz kontakt i spotykaliśmy się w miastach Europy, a również w Stanach – nie tylko na Wschodnim Brzegu (Yale), bo także w Kalifornii. Dla mnie, cierpiącego na izolację, ważne były te spotkania i rozmowy, dowód, że pomimo zamkniętych granic możemy mieć podobne opinie o literaturze, sztuce i filozofii.
Turowicz zresztą pozostał dla mnie postacią enigmatyczną. Takie połączenie stanowczości i wierności sobie z falistą i zdawałoby się chwiejną linią postępowania zdarza się rzadko. Jakby miał w środku homeostat utrzymujący równowagę w burzliwych politycznych pogodach. I to, co o nim tutaj piszę, byłoby niekompletne, gdybym nie przyznał się do zazdrości. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl