Apokryf






Marcin Król

Mniejszość, która stała się większością


Od ponad stu lat (a właściwie już od drugiej połowy XVIII wieku) Polska jest podzielona na trzy części. Stosunek do religii i do Kościoła stanowi tu zapewne podstawowe kryterium, jednak wynikają z tego także inne postawy i praktycznie całe nasze życie ideowe, duchowe – i w znacznej mierze polityczne – jest przez ten podział określone. Owe trzy części są nierówne. Na ogół były to i są dwie duże i jedna mała, ale czasem proporcje ulegają zmianie. Na czym polega ten podział i jaki jest w nim udział Jerzego Turowicza?


Podział, opisywany już w znanej książce Bohdana Cywińskiego, powstałej przecież między innymi właśnie po to, żeby ową najmniejszą część uczynić większą i silniejszą, to zasadniczo dwie grupy – nacjonaliści, endecy, „prawdziwi” Polacy, ultramontańscy katolicy wierni duchowi i literze Kościoła oraz – socjaliści, liberałowie, sceptycy, prześmiewcy, ironiści, antyklerykałowie, chociaż niekoniecznie ludzie niewierzący. Między nimi, często przez nich ściśnięci, czasem nad nimi górujący, czasem kompletnie przegrani, mieszczą się katolicy, którzy są otwarci na świat, przeciwni wszelkim formom nacjonalizmu i ksenofobii, bliscy liberałom w sferze publicznych zachowań, chociaż z natury religii, którą wyznają, odlegli od nich w sferze refleksji filozoficznej.

Nieliczni

Historia tego podziału jest długa, warto jednak przypomnieć kilka kluczowych momentów. Polscy romantycy, łącznie z najbliższym, w sferze deklaracji, Kościołowi Zygmuntem Krasińskim, należeli oczywiście do tej małej grupy i słusznie przez ówczesny Kościół byli traktowani co najmniej z podejrzliwością, jeżeli nie wręcz z wrogością. Jednak czasy się zmieniły – tak to bywa – i Jan Paweł II świadomie lub po prostu z wychowania i tradycji niemal dosłownie cytuje polskich romantyków, którzy, jak dzisiaj wiemy, wiele dobrego zrobili także dla ożywienia polskiej religijności. Mniejszość ta (bo kto zna historię Polski pierwszej połowy XIX wieku, ten wie, że była to mniejszość) nie była tak znowu bardzo słaba i pozbawiona wpływów.
Potem mamy pozytywizm i narodziny socjalizmu, a zarazem darwinizm społeczny (chociaż niepotrzebnie sławnego biologa miesza się do polityki). Pozytywiści nie są szczególnie bliscy Kościoła, aczkolwiek nie było wśród nich w tej kwestii dyscypliny partyjnej, natomiast narodowi demokraci, którzy sięgają po idee społecznego darwinizmu, są naturalnie Kościołowi wrodzy. I żeby wyprzedzić na moment dalszy bieg wydarzeń: kiedy endecja staje wobec typowego polskiego wyboru politycznego, nie potrafi poradzić sobie inaczej jak zwierając szyki z częścią bliskich jej biskupów i nagle uznać się (co z ideowego punktu widzenia było absurdalne) za ugrupowanie głęboko i w sposób naturalny religijne. Jednakże pośród pozytywistów znajdziemy wielu księży (szczególnie w Galicji i w Poznańskiem), którzy znajdują miejsce w owej mniejszej części, chociaż ich działalność ma z reguły charakter raczej społecznikowski i polityczny, a nawet gospodarczy, niż intelektualny, ale takie to były czasy.
W okresie międzywojennym podział nasilał się w sposób radykalny, chociaż, jak świetnie wiemy, przemieszanie polityki i kultury ideowej miało często charakter absurdalny. W tym jednak świecie w latach 30. rozpoczyna swoją społeczną i intelektualną działalność Jerzy Turowicz. Albowiem w tym świecie, który nie tylko w Polsce jest opanowany przez podział na ugrupowania autokratyczno-narodowe (czasem, chociaż w Polsce stosunkowo najmniej, faszyzujące) i liberalno-socjalistyczne (czasem komunizujące), w świecie, w którym wszystko zostało upolitycznione i można było zrozumieć niechęć zarówno wobec endeckiego tygodnika (dobrego) „Prosto z mostu”, jak i liberalno prześmiewczych „Wiadomości Literackich”, w tym właśnie świecie młodzi ludzie we Lwowie, Wilnie, Warszawie (Laskach), Krakowie (stosunkowo najsłabiej) zaczęli, dzięki przewodnictwu kilku starszych, budować klimat duchowy i organizacje społeczne, które wykraczały poza dawny i nudny spór. Byli to katolicy przekonani o konieczności reform zarówno w Kościele, jak i w świecie, i także nie mający najmniejszych wątpliwości, że w reformach tych muszą być powodowani wiarą, ale i reakcją na rzeczywistość. Nie byli to tylko intelektualiści, ale także ludzie, którzy doskonale wiedzieli, że „Kościół nie jest łodzią podwodną” jak brzmi tytuł znacznie późniejszej książki Jerzego Turowicza. Była to grupa stosunkowo nieliczna, ale tak bardzo wpływowa, że bez nich nas by dzisiaj nie było i nie byłoby Polski takiej jaką mamy, bez względu na nasze narzekania i wątpliwości. W trakcie wojny grupa ta oparła się presji i pośród jej przedstawicieli wychowywał się Karol Wojtyła.

WZORZEC MYŚLENIA

Po wojnie zdarzyło się coś zdumiewającego i tylko szczególny zbieg okoliczności lub interwencja Opatrzności (jeżeli wypada Ją mieszać do takich spraw) mogły to spowodować – i tu już rola Jerzego Turowicza staje się centralna i przez następne ponad pięćdziesiąt lat nigdy, ani przez moment, centralna być nie przestanie. Otóż owa mniejszość, ściśnięta i skrępowana, staje na czele duchowej obrony narodu przed zewnętrznymi i wewnętrznymi jego wrogami. Mniejszość staje na czele ogromnej, z przymusu milczącej, większości. I nie ma co tu rozdzielać włosa na czworo. Byłoby to niemożliwe, gdyby redaktorem „Tygodnika Powszechnego” nie był przez wszystkie te lata Jerzy Turowicz.
Miałem jeszcze szczęście poznać prawie wszystkich, którzy cudem Boskim znaleźli się w Krakowie i współtworzyli „Tygodnik Powszechny”, a byli to, i niektórzy na szczęście wciąż są z nami, co do jednego ludzie wybitni. Jednak żaden z nich nie miał cech osobowych – jak to ważne, wie każda redakcja – i przede wszystkim intelektualnych, niezbędnych do tego, by „Tygodnik Powszechny”, a przede wszystkim jego redaktor naczelny – stali się instytucją narodową, bez której po prostu byśmy sobie nie poradzili, albo byśmy sobie tak poradzili, jak niektóre ościenne kraje.
Sformułowanie „instytucja narodowa” brzmi nieco pompatycznie, ale jest to skojarzenie nietrafne. Sam Jerzy Turowicz jest ostatnim człowiekiem, który chciałby być instytucją, jednak instytucją jest dla nas ten, kto podsuwa (nigdy nie narzuca) wzory myślenia i postępowania. Ten, kto potrafi żartować ze wszystkiego, z czego żarty warto sobie czynić i ten, kto zna granicę żartów. Ten, dla którego słowa takie jak patriotyzm i naród nie są ani groźne, ani przestarzałe, ani też nie skłaniają do potępiania innych, ludzi z obcej ziemi. Ten, dla którego wiara nie podlega kwestionowaniu, ale upolitycznienie wiary jest nie do przyjęcia. Ten, kto potrafił ryzykować wiele kompromisów, bo wiedział, gdzie jest granica jego non possumus, i kiedy było trzeba przed tą granicą się zatrzymywał, mimo wszelkie konsekwencje. Ten, kto jest dogłębnie przekonany, że to kultura, a nie byt materialny, kształtują naszą świadomość i dlatego drukuje wiersze młodego księdza i największych poetów naszych czasów. Ten, w którego piśmie pojawiają się także niedowiarkowie, jeżeli nie odrzucają tradycji Ducha Świętego, czyli jeżeli ich korzenie sięgają tradycji judeo-chrześcijańskiej, bo o sprawy ich sumienia nikt nie pytał, nie pyta i pytał nie będzie. Ten, kto nigdy nie zaufa do końca największym nawet ludzkim autorytetom, bo wie, że jedyny autorytet jest gdzie indziej. Ten wreszcie, kto potrafi bandę redaktorów, autorów, mądrali i głuptasów utrzymać razem i sprawić, że to, co robią, ma dla nich największe znaczenie bez względu na to, czy raz są górą, a kiedy indziej nie. Jerzy Turowicz.

WRAŻLIWOŚĆ

Dzisiejsza Polska znowu jest cała podzielona na trzy części. I ta część mniejsza, która przez niemal pół wieku była większa i nadawała ton wszelkiemu opozycyjnemu i przede wszystkim wolnemu myśleniu, znowu jest mniejsza, co sprawia, że czasem dziwnie spoglądać musimy, my, z tej mniejszości na otaczający nas świat. Jeżeli jednak pamiętamy o nigdy do końca nie spisanych regułach i zasadach, jakie sformułował Jerzy Turowicz, to może niekoniecznie dzięki temu poczujemy się lepiej, ale będziemy mocniejsi i spróbujemy twórczo przeczekać dziecinne spory i, czasem oburzające, zachowania.
Idzie mianowicie o to, żeby nie pozwolić na powrót do sytuacji, kiedy to jest się zepchniętym na pozycje obronne tylko dlatego, że się nie jest, z jednej strony – libertynem, sceptykiem, zwolennikiem nieograniczonej aborcji i wrogiem niemal wszystkiego, co czyni Kościół, a z drugiej strony – nie jest się przekonanym, że polska kultura jest lepsza od innych, że cywilizacja zachodnia nam zagraża, że kosmopolityzm tryumfuje, a tysiącletnie korzenie narodu polskiego nie pozwalają nam na sprzedawanie naszej ziemi firmom zagranicznym, które chciałyby inwestować w Polsce z naszą korzyścią.
Naturalnie istnieje wiele sposobów na ucieczkę przed znalezieniem się między tymi dwiema dominującymi w naszym kraju formacjami, można po prostu nie czytać gazet, można robić swoje, można wyjechać za granicę, ale, powtórzmy, nie żyjemy w „łodzi podwodnej”, chcemy brać udział w życiu publicznym, a jednocześnie nie mamy zamiaru dać się zepchnąć ani na pozycje obronne, ani włączyć się w spory tyle naiwne, ile nieprzyzwoite. W dodatku, chociaż sam doskonale rozumiem sympatię do postawy konserwatywno-liberalnej, nie sądzę, by teraz był czas na konserwatystów w życiu publicznym.
Tej sprawie także wiele uwagi poświęcił Jerzy Turowicz. Otóż nie wiem, czy uważał się kiedykolwiek za socjalistę, w najlepszym i najbardziej szerokim rozumieniu tego słowa, ale jego wstęp do książki Emmanuela Mounier „Co to jest personalizm?” (1957) świadczy o niewątpliwych, jak byśmy dawniej powiedzieli, sympatiach lewicowych w dobrym rozumieniu tego słowa. Kiedyś wstęp ten mnie dziwił, zaś same teksty Mouniera balansującego na linie rozciągniętej między rewolucyjnym jakobinizmem a katolickim personalizmem, właściwie oburzały. Teraz jednak, kiedy minął już czas obowiązkowego protestu przeciwko wszystkiemu, co lewicowe, warto może spojrzeć na sprawę raz jeszcze.
Otóż, jak sądzę, Jerzy Turowicz nie reprezentował wówczas stanowiska socjalistycznego (bo naturalnie nigdy nie był w żadnym rozumieniu bliski „realnemu socjalizmowi”). Turowicz reprezentował stanowisko człowieka, który jest wyposażony w osobistą wrażliwość na społeczną niesprawiedliwość, a także człowieka, który doskonale wie, że na niesprawiedliwości nie da się zbudować przyzwoitego ludzkiego świata. Poglądy bardzo podobne głosił także, na przykład, Tadeusz Mazowiecki. Potem stały się one niemodne, a dzisiaj problemy te są całkowicie lekceważone przez bardzo wielu skądinąd bardzo inteligentnych młodych konserwatywnych prawicowców.
Jednak ubóstwo, już nie wspominając o nędzy, brak dostępu do edukacji, wielkie nierówności materialne, stanowią nieoczekiwanie pod koniec XX wieku zasadniczy problem nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Wrażliwość na problematykę społeczną to nie tylko staroświecki i rzeczywiście anachroniczny zestaw poglądów społecznikowskich, ale także rezultat rozumnego oglądania rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Co ciekawe, dodajmy na marginesie, nawet w zwycięskiej partii w Polsce, która uważa się za prawicową, na szczęście są dość liczni ludzie, którzy taką wrażliwość mają.
Rzecz jednak w tym, że problem niesprawiedliwości społecznej, rażącej niesprawiedliwości, bowiem pełnej sprawiedliwości nigdy nie będzie, jest problemem ze swej natury uniwersalnym. Każde inne, niż uniwersalne, potraktowanie tego problemu, grozi protekcjonizmem, fikcją gospodarki mieszanej czy „społecznej gospodarki rynkowej”. I od Jerzego Turowicza możemy się nauczyć, jak być „lewicowym” w sensie reagowania na problemy społeczne, nie będąc wcale lewicowym w kulturze, w odniesieniu do tradycji czy w filozofii.

*

Polska, która cieszy się z tego, że jest z nami Jerzy Turowicz, który właśnie skończył 85 lat, nie jest Polską moich marzeń, bowiem jest Polską, w której oczywista jest dominacja debaty demagogicznej nad refleksją nad dobrem wspólnym. Ale ponieważ Jerzy Turowicz tak skutecznie nam pokazywał przez tyle lat, że i w takiej sytuacji jest miejsce dla mniejszości, to nil desperandum, i my mamy swoje do zrobienia, a stosując Jego reguły i zasady, i my możemy spokojnie, stanowczo i z nadzieją walczyć z każdym głupstwem: lewicowym i prawicowym, czerwonym i czarnym, po to, by ze spokojem oczekiwać wygranej. Jak nie teraz, to w innym świecie, ale wygranej, która dla naszego kraju jest niezbędna, chociaż zawsze będzie to wygrana mniejszości. Ale tak już po prostu w życiu publicznym zapewne być musi. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl