Apokryf






Jerzy Jedlicki

Co mnie po „Tygodniku”?

Pytanie to, w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało. Ta strofa mistrza Ildefonsa brzęczy mi natrętnie w uchu od dnia, kiedy Redakcja przez telefon zadała mi podobne pytanie, choć nie ręczę, czy dokładnie tak sformułowane.
A więc skąd mnie, bezbożnikowi, do „Tygodnika”? (Na pytanie odwrotne, co „Tygodnikowi” po mnie i po takich jak ja, niech on sam odpowiada). Porzuciłem wiarę albo może raczej wiara mnie porzuciła, gdym miał lat szesnaście: rozstaliśmy się łagodnie, ale wygląda na to, że definitywnie. A chociaż do dziś uważam, że przeżycia religijne wczesnej młodości wzbogaciły mnie duchowo i chociaż nie odczuwałem potem najmniejszej pokusy, aby kogokolwiek zarażać moją niewiarą, to jednak nie czuję się wcale uboższy w moim świecie bez zaświatów i bez nieśmiertelności.
Cóż zatem sprawia, że od pół wieku czytam „katolickie pismo społeczno-kulturalne”, a od co najmniej ćwierci wieku czuję się z nim jakoś związany i chętnie, choć niezbyt często, jakieś kawałki do niego posyłam?
Gdy sam się nad tym zastanawiam, znajduję jedną tylko prostą odpowiedź. Większą część życia przyszło mnie i mojemu pokoleniu spędzić w czasach pogardy, to znaczy w czasach, kiedy pogarda dla ludzi innego szczepu, wyznania, narodu, klasy, wieku, przekonań lub stylu zachowań była raczej normą aniżeli wyjątkiem w życiu publicznym, a nieraz i w prywatnym. Nie mógłbym powiedzieć, że sam byłem na to zawsze odporny. Z czasem pojąłem jednak, że nie co innego, jak kultura pogardy staje się podścieliskiem nienawiści i zbrodni, zwłaszcza zbrodni masowej i zalegalizowanej. Nie mam bynajmniej pewności, że czasy takie odeszły w bezpowrotną przeszłość.
Przeciwieństwem pogardy jest poszanowanie ludzi wszelkiego stanu, człowieka jako człowieka. Nie wierzę w cywilizację miłości, bo jeśli nawet miłość znaczy tu nie więcej niż współczucie i miłosierdzie, to jest to wciąż wezwanie do świętych, a nie do zwykłych ludzi, których zdolność uczuciowa jest ograniczona do kręgu osób najbliższych. Ale łacińskie słowo caritas, jak mnie poucza słownik Kumanieckiego, oznacza nie tylko miłość, także szacunek, co w języku polskim jest czymś zgoła innym. Otóż wierzę w cywilizację szacunku jako pewien ideał wychowawczy i, co więcej, widzę w świecie współczesnym wcale niemałe na tej drodze postępy. Trudno w tym krótkim wyznaniu rozwodzić się nad tym, jak taki ideał rozumiem; dość powiedzieć, że odróżniam go od postulatu tolerancji, który trąci protekcjonalizmem, a z drugiej strony nie uważam, iżby szacunek dla drugiego człowieka i jego przekonań mógł być bezwarunkowy. Jest to jednak podstawa, na której można i warto budować kulturę współżycia.
Jako historyk widzę, że idea poszanowania ludzkiej godności i sprzeciwiania się etyce pogardy może czerpać uzasadnienie z wiary chrześcijańskiej, ale równie dobrze, a nawet częściej, brała je z innych źródeł. Także u nas łatwo było i jest spostrzec, że postawa ta nie pokrywa się z żadnym wyborem światopoglądowym.
Otóż „Tygodnik Powszechny” zawsze był wierny zasadom cywilizacji szacunku, co szczególnie dawało się zauważyć i ocenić w takich chwilach, kiedy zalewała nas fala pogardy i kłamstwa grożąc wyzwoleniem w nas samych podobnej reakcji. Był jedynym może pismem w Polsce, które falom takim niezmiennie stawiało tamę.
Ma też „Tygodnik” szczęście, że – obok „Kultury” – jest jedynym polskim czasopismem, które od początku, przez 52 lata (z trzyletnią przerwą), jest kierowane przez jednego człowieka. Człowieka mądrego, dobrego i stanowczego, gdy trzeba. W mocnej i jasnej zbroi.
Drogi Panie Redaktorze: choć bezbożnik, rad jestem, że mamy wspólnego patrona. Co prawda odkryto podobno, że nigdy nie istniał, ale jako ludzie mocnej wiary przyznajecie mimo to medale z jego wizerunkiem i chwała wam za to. A w każdym razie ten smok, którego ów święty rycerz wciąż przebija swą włócznią, istnieje i nie łudźmy się, ducha tak łatwo nie wyzionie. Trwajmy zatem w nadziei, że nas nie zatruje swym oddechem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl