Apokryf






Głosy o Jerzym Turowiczu




Stanisław Barańczak

Życie redaktora tygodnika społeczno-kulturalnego w kraju takim jak Polska po II wojnie światowej składało się zazwyczaj nie tylko z wydawania kolejnych numerów pisma, ale i z tak zwanych zachowań. „Fatalnie się zachował” – mawiano o redaktorze, który ustąpił pod naciskiem cenzury lub innych władz i pozwolił skreślić nasz artykuł. „Dobrze się zachował” – mawiano o kimś, kto artykuł wywalczył, nawet za cenę okrojeń (ważniejsze było w niektórych przypadkach nie tyle meritum artykułu, ile właśnie zachowanie, postawa). „Ten się w ogóle nie umie zachować” – mruczano z niesmakiem o redaktorze, który nie tylko niczego nie wywalczał ani nawet nie próbował wywalczać, ale – uprzedzając cenzora – sam na wszelki wypadek odrzucał artykuł.
Nie muszę dodawać, że w takiej hierarchii redaktorów Jerzy Turowicz zajmował miejsce zupełnie szczególne. Inni przypomną przy tej okazji jego „zachowania” o wadze historycznej i odwadze bezprecedensowej, takie jak sławna decyzja w sprawie nekrologu Stalina. Ja ograniczę się do przykładu „zachowania” cichego, nie tak dramatycznego i widowiskowego – zachowania jednak, które miało wielką wagę dla mnie samego i ważne konsekwencje dla mojego pisania.
W końcu lat 70. znalazłem się jako autor w dość beznadziejnej sytuacji. Moje wstąpienie do KOR, podpisanie paru listów protestacyjnych, współpraca z prasą podziemną, wydanie paru książek w wydawnictwach emigracyjnych – wszystko to sprawiło, że znalazłem się (w dobrym zresztą towarzystwie wielu wybitnych pisarzy) na czarnej liście cenzury. Nie wolno było publikować „oficjalnie”, tzn. w środkach przekazu kontrolowanych przez cenzurę, nie tylko moich utworów własnych, ale nawet tłumaczeń z angielskiej poezji XVII-wiecznej (doświadczył tego i „Tygodnik”, któremu „z uwagi na osobę tłumacza” zdjęto, bez możliwości jakiejkolwiek dyskusji, m.in. moje tłumaczenia z Johna Donne’a i George’a Herberta), nie wolno było wymieniać nawet mojego nazwiska czy też powoływać się na nie np. w przypisie do pracy naukowej. Rzecz była dokuczliwa przede wszystkim z trywialnych przyczyn finansowych: po rozprawie dyscyplinarnej i wyrzuceniu mnie z pracy na poznańskim uniwersytecie znalazłem się na lodzie – bardzo kruchym lodzie. Pracowała jeszcze i zarabiała moja żona, ale jedna uniwersytecka pensja przy dwójce dzieci... Dorabianie do rodzinnego budżetu publikowaniem jakichś przekładów, artykułów czy recenzji wydawało się życiową koniecznością.
Tymczasem jednak prawie wszędzie majaczył przede mną, jak się wtedy mawiało, szlaban. Publikować pod pseudonimem? Udało się to parę razy w innych pismach („Nurt”, „Teksty”) i nawet jakimś nieludzko skomplikowanym sposobem wypłacono mi honoraria. Ale pseudonim – taki, który był maską zupełnie nieprzenikalną – miał swoje ujemne strony. W rozgrywce z cenzurą wygrywałem tym sposobem nie ja, lecz ona: na „wyciszeniu” mojego nazwiska zależało jej przecież bardziej niż na uderzeniu mnie po – i tak już pustej – kieszeni.
I tu wyjściem okazał się „Tygodnik Powszechny”, dla którego pisywałem już nieregularnie wcześniej, ale którego Naczelny był najwidoczniej wypełniony jakąś szczególnie dla mnie korzystną mieszanką ryzykanckiej odwagi, ludzkiej życzliwości i – rzecz nie najmniej ważna – poczucia humoru. Moje upodobanie do anagramów i innych słownych igraszek podsunęło mi mianowicie pomysł „pseudonimu półprzejrzystego”, który dla nie wtajemniczonego cenzora byłby maską zbyt trudną do przeniknięcia, dla wtajemniczego czytelnika natomiast – przynajmniej teoretycznie możliwym do rozszyfrowania sygnałem, kto właściwie pisze.
Pierwszą moją propozycją była niejaka Sabina Trwałczańska, pod której dziwacznym nazwiskiem (dokładny anagram mojego własnego imienia i nazwiska) „przeszło” w „Tygodniku” szczęśliwie parę moich publikacji. Nie pamiętam już, z jakich powodów po pewnym czasie zaczęło mi się bardziej podobać pseudo Barbara Stawiczak (nie anagram, po prostu częściowa fonetyczna przestawka, ale jako półprzejrzysta maska funkcjonująca nawet skuteczniej). Pod tym pseudonimem dopiero rozpostarłem nad „Tygodnikiem” złowieszcze i drapieżne skrzydła, składając na jego podołku co parę tygodni jeszcze ciepłe jajo recenzji książkowej – z którym oczywiście trzeba się było obchodzić jak z jajkiem w rozmowach z cenzorem, ale które na ogół udawało się przeszwarcować w kogel-mogel kolejnego numeru pisma.
Gdyby nie Jerzy Turowicz, jego odwaga i wielkoduszność... Jestem zaledwie jednym z wielu, którzy dzisiaj od takiego okresu warunkowego zaczną swoje opowieści o tym, jak wpłynął na ich życie – i na ich „zachowania” – Naczelny „Tygodnika”.



Ewa Bieńkowska

Od pierwszych kontaktów z „Tygodnikiem Powszechnym” (będzie to już prawie ćwierć wieku), od pierwszych przyjazdów z wizytą do redakcji, postać Pana Jerzego nałożyła mi się na obraz Krakowa, stała się jednym z ważniejszych znaków odmienności i niezwykłości tego miasta, wobec którego (jako rodowita warszawianka) czułam się zawsze jak na wygnaniu. Sam albo otoczony osobami z redakcji „Tygodnika”, z miesięcznika i wydawnictwa Znak, rozsiadły w ogromnym skórzanym fotelu na Wiślnej, uderzał bielejącą a potem białą czupryną i wyrazem twarzy, na której malowało się tyle stanów ducha, że nowo przybyły był od razu przykuty do zagadki tej twarzy, do jej nieznanego i przeczuwanego życia. Jak ją opisać? Jest to przede wszystkim Turowiczowski uśmiech, szeroki i ciepły, przy zamkniętych ustach, w którym czyta się coś czułego, wyjście naprzeciw. Na te kilka chwil, gdy podchodzi się do Niego (i jeśli inni Go nie odciągają do poważnych spraw), uwaga kieruje się ku gościowi z życzliwością, która wręcz oszałamia nowicjusza. Padają pytania, chcemy wiedzieć, co on sądzi o najróżniejszych rzeczach: o sytuacji politycznej w Polsce, wydarzeniach międzynarodowych, problemach Kościoła, o polemikach czy sporach wewnątrz środowiska, ale również co ciekawego przeżył w swojej ostatniej podróży zagranicznej. Zadziwia sposób, w jaki Turowicz odpowiada – ze szczerością i wnikliwością, jakby przybysz należał do ścisłego grona przyjaciół i współpracowników, i miał prawo do pełnej wiedzy, nawet wtedy, gdy jest ona przykra. Uderza to, że ma jeden język, jednakową otwartość wobec wszystkich, nie uznaje „kręgów wtajemniczenia”, w których obowiązuje różny sposób traktowania rozmówcy. Gdy mówi, gdy słucha, twarz gra wraz z naturą tematu, uśmiech staje się smutny albo promienny; przybiera wyraz zatroskany, niemal przepraszający, gdy opowiada o rzeczach, które go bolą. Natomiast nic nie jest tak wzruszające jak radość rozlana na Jego twarzy, gdy dzieje się coś dobrego, w dużej albo małej skali, gdy opowiada o dobrze rokujących spotkaniach, o zażegnanych konfliktach. Życie, ekspresyjność tej twarzy jest czymś, co od pierwszej chwili najbardziej z Nim wiąże, zobowiązuje.
Czytając artykuły Pana Jerzego, później książkę „Trzy ćwiartki wieku”, zrozumiałam jeszcze jedną istotną Jego cechę, którą przenikliwsze oko wydedukowałoby może również z twarzy. Delikatność, tak widoczna w zachowaniu Turowicza, jest połączona z ukrytą twardością; miękkość wobec rozmówcy, kimkolwiek by był, osłania całkowitą niezależność. Sam określa siebie słusznie jako realistę i pozytywistę, pracującego małymi krokami dla stopniowych, cząstkowych rezultatów – a jest w nim zarazem jakiś fenomenalny maksymalizm, jakaś wspaniała utopia lepszego świata, lepszego człowieka. Jest racjonalistą – a emocje są jakby Jego naturalnym sposobem odpowiadania na rzeczywistość, na problemy, wydarzenia, ludzi.
I tak oto ta próba miniaturowego portretu Pana Jerzego ułożyła mi się w obraz jakiejś niemal mitycznej coincidentia oppositorum. 



Teresa Bogucka

Mogę chyba powiedzieć, że znam Pana od zawsze. Dla mnie jest Pan w istocie kimś niezmiennym, wygląda Pan dziś tak samo jak 40 lat temu, jak ktoś dorosły dla dziecka, ktoś z poprzedniej generacji, którego ocena jest ważna, i przy którym ciągle mogę się czuć jak mała dziewczynka. I lubię, jak Pan do mnie mówi po imieniu, bo przywraca mi to dawne poczucie bezpieczeństwa i naturalnego ładu.
A dziś chciałabym Panu opowiedzieć o pewnym wydarzeniu z początków naszej znajomości. To było w Makowie Podhalańskim. Przyjechali do nas Państwo z rodziną na wakacje i pewnego upalnego dnia wyszedł Pan do ogrodu w krótkich spodniach. Dorośli coś o tym mówili i w którymś momencie Pani Anna powiedziała: Jerzy ma nogi jak butelki. Doznałam głębokiego wstrząsu. Bowiem w tym czasie z jakichś powodów fascynowały mnie moje paroletnie nogi – lubiłam się im przyglądać i mówić o nich: kwiatki. Wszyscy się z tego śmiali, a Dziadek twierdził, że to żadne kwiatki, tylko ogórki. Ten spór definicyjny głęboko mnie bolał i upierałam się przy swoim: kwiatki... Ogórki, ogórki – szydził Dziadek i zawsze z tej zwady wychodziłam przegrana i boleśnie dotknięta. Toteż, gdy padło owo słowo „butelki”, intencją i kolorem tożsame wszak z ogórkowatością, poczułam wspólnotę naszych nóg, braterstwo dusz i jedność naszej krzywdy. Do momentu, gdy Pan się roześmiał, powiedział coś w rodzaju – nigdy nie pozwolicie mi o tym zapomnieć, i wszyscy nadal pogodnie rozmawiali. Na moich oczach poradził Pan sobie z ciosem, wobec którego ja czułam się zupełnie bezbronna. Zastanawiałam się, na czym ta Pana metoda polega i w końcu kobieca intuicja mi pomogła. Kiedy wieczorem Dziadek chodził z konewką po ogrodzie i zawołał: uciekaj, bo ci podleję twoje ogórasy! odpowiedziałam, że od tego urosną. Dziadek zaśmiał się, ale nie ze mnie, tylko – do mnie. Pierwszy raz w moim niedługim wówczas życiu potraktowałam siebie bez owej śmiertelnej powagi właściwej osobom paroletnim.
Tak więc nauczyłam się od Pana rzeczy ważnej – pogodnego dystansu do siebie. Potem podrastałam, zaczęłam czytać „Tygodnik Powszechny” i uczyłam się nadal. Tego wszystkiego, co wydaje mi się najważniejsze. Spokojnego, życzliwego i otwartego stosunku do świata, do ludzi, do odmienności i inności poglądów. Tego, by poznawać i rozumieć rzeczywistość przed jej osądzeniem. A jeśli osąd moralny zostanie dokonany, to tego, że należy przy nim trwać i okolicznościom się nie kłaniać.
Za to wszystko chcę Panu podziękować i życzyć, by w zdrowiu, ze swą mądrością i nieugiętą pogodą ducha trwał Pan w Krakowie i w „Tygodniku”, jednym z tych miejsc, które są tak niezbędne, by wśród doraźnego głupstwa i irytacji nie stracić nadziei. 



Ks. Michał Czajkowski

Drogi Jerzy!
„Tygodnik Powszechny” zacząłem czytać od chwili dojścia do używania rozumu, a nawet jeszcze wcześniej, bo już w czasach seminaryjnych, jako kleryk... Towarzyszył mi w pracy duszpasterskiej, a potem podczas dalszych studiów, nie tylko w Polsce i Włoszech, ale i w dalekiej Jordanii. Gdy 11 października RP 1962, trzydzieści lat temu, w dniu inauguracji II Soboru Watykańskiego, mój biskup – Bolesław Kominek, ojciec Soboru, namawiał mnie (i to skutecznie) do pisania reportaży soborowych w „TP” (pierwszy tyczył właśnie inauguracji: „Sobór, godzina zero”), takiego użył argumentu: „Pamiętaj, »Tygodnik Powszechny« czyta każdy ambitny, inteligentny, szanujący się Polak...” Potem, podczas tegoż Soboru, przyszła osobista znajomość z Redaktorem Naczelnym, a później, już w Polsce, po wielu trudnych latach, także chyba przyjaźń, za której dar tak niezasłużony i niespodziewany, jako młodszy, najserdeczniej Ci dzisiaj dziękuję.
Dziękując Tobie – dziękuję „Tygodnikowi” i odwrotnie. Dziękuję za Sobór w Polsce, z wszystkimi konsekwencjami („Żydownik Powszechny” itp.). Przed kilku laty, na pewnym sympozjum, bardzo młody i bardzo pewny siebie dziennikarzyna (katolicki, oczywiście) powiedział publicznie, że jedyne pismo, które w czasach posoborowych, komunistycznych, mogło coś zrobić dla realizacji Soboru w Polsce, zawiodło całkowicie, a był to oczywiście „Tygodnik Powszechny”. Zamurowało mnie, ale ta głupia i bezczelna wypowiedź dała mi okazję nie tylko do głośnego protestu, lecz także do uświadomienia sobie (i innym), jak wiele my wszyscy zawdzięczamy Tobie i Twemu pismu. Jak wiele zawdzięcza Polska!... Jak wiele zawdzięcza Kościół katolicki w Polsce – gdy chodzi o recepcję całego i prawdziwego Soboru, o formację świadomych świeckich, o kształtowanie postaw otwartych w duchowieństwie...
Dzisiaj, w wolnej Polsce, kiedy nożyczki cenzora nie wiszą już nad „Tygodnikiem” niby miecz Damoklesa, może czasem odnosisz wrażenie, że sprawa, o którą walczyłeś i dla której cierpiałeś – otwarty katolicyzm w duchu Soboru i ostatnich Papieży – przegrywa. „Nabierzcie ducha i podnieście głowy!” – wzywa nas Jezus w Ewangelii (Łk 21,28). Siew wydał już plon, wydaje i nadal będzie wydawał! Zwłaszcza ten siew użyźniany cierpieniem (zob. J 12, 24). Prosimy Cię, Jerzy: siej nadal cierpliwie! Napisano mi, że kończysz 85 lat. Kiedy 82-letniego Jana XXIII poprosił biskup Kominek o błogosławieństwo dla swej 80-letniej matki, usłyszał komentarz papieski: „giovanotta!” – „młódka!” Więc dzisiaj ślę Ci bardzo gorące życzenia urodzinowe: zdrowia, sił, nadziei, i żeby wasz „Tygodnik” zawsze pozostawał Turowiczowski. W darze urodzinowym dedykuję Ci dwa wersety z obu czytań liturgicznych na 10 grudnia, na dzień Twoich 85. urodzin:

Królestwo Niebios gwałtem sobie drogę 
wytycza
i gwałtownicy je zdobywają! (Mt 11,12)

Ja, Jahwe, jestem Bogiem twoim!
Ująłem mocno twoją prawicę
i powiadam Ci: „Nie lękaj się!
Ja cię wspomagam!” (Iz 41,13)




Julia Hartwig

– Próbują mnie traktować jak patriarchę, a mnie się to wcale nie podoba – powiedział nam przed kilku laty.
Kiedy się Go dobrze zna, nietrudno to zrozumieć.
Pamiętam Go w wielu okolicznościach poważnych, ale także mniej poważnych czy uroczystych, i te ostatnie właśnie zaświadczyć mogą najlepiej, że istotnie na patriarchę się nie nadaje.
Któremu bowiem szanującemu swój siwy włos patriarsze chciałoby się brać pociąg z Krakowa do Warszawy i z powrotem, tylko po to – a było to jeszcze zupełnie niedawno – by pojawić się u ambasadora na przykład włoskiego – tu rozrzut możliwości jest duży – lub wziąć udział w zapowiadającym się ciekawie, mniej oficjalnym spotkaniu.
Ogromnie mi się zawsze ta jego ochota do towarzyskiego obcowania podobała. Można zresztą przypuszczać, że eskapady te stanowiły w pewnym okresie jakby naturalną przeciwwagę „podróży służbowych”, odbywanych niegdyś do Urzędu do Spraw Wyznań i do Urzędu Cenzury, bo podróże te musiały mieć posmak co najmniej gorzko-kwaśny.
Snując dalej swój wątek: Czy rzeczą odpowiednią byłoby nazywać patriarchą pana w pewnym, przyznajmy to, wieku, który na licznym a niefrasobliwym przyjęciu bez wahania przysiada się na podłogę do grona witającej go entuzjastycznie młodzieży, by pozostać tam z nią aż do końca?
Przykładów takich znalazłoby się co niemiara.
Niechże więc inni piszą o dostojeństwie Jerzego Turowicza oddając należny hołd Jego talentom redaktorskim, odwadze przekonań i Jego autorytetowi. Chyląc przed tym wszystkim czoło, wolę jednak dziś mówić o Jerzym Turowiczu – pasjonującym rozmówcy, o Jerzym opowiadającym anegdotki z tym swoim ścichapęk uśmieszkiem i palcem uniesionym w górę, o Jerzym, który kocha malarstwo i zna się na nim jak mało kto, nie wstydzi się, że od czasu do czasu ogląda telewizję, żałuje, że przestał palić, maniacko zbiera czasopisma i książki, ciekaw jest wszystkiego, co się dzieje nie tylko w Kościele i w polityce, ale także wśród najzwyczajniejszych znajomych; Jerzego, który nosił na czubkach butów naszą córkę Danielę; Jerzego, który po męczącym dniu, zasiadłszy w „swoim” fotelu w naszym warszawskim mieszkaniu, snuł przy szklaneczce whisky pasjonujące opowieści o podróżach – bo nosiło go nie tylko na trasie Kraków-Warszawa, ale po całym świecie – mieniące się od purpury, fioletów i bieli i pełne napomknień o mężach uczonych i mężach nabożnych, wśród których tylu sobie zjednał przyjaciół swoim wdziękiem i zaletami umysłu i ducha.
Oby nam to wszystko jeszcze, jako nie-patriarcha, piórem opisał! 



Zbigniew Herbert

Kochany Jerzy,
przesyłam Tobie najserdeczniejsze życzenia z okazji Twego święta.
Mam szczególny i osobisty powód do wdzięczności dla Ciebie. Byłeś moim literackim ojcem chrzestnym, podobnie jak dla wielu bezdomnych kolegów mego pokolenia. Dzięki Tobie Redakcja na Wiślnej stała się, w złych czasach, miejscem gdzie można było poważnie dyskutować i mówić co się myśli.
Pozostało dla mnie na zawsze tajemnicą, w jaki sposób gromadziłeś wokół siebie tak różnych ludzi. Jest to może sekret Twojej łagodnej siły i nieśmiałej stanowczości.
Zobaczyłem Cię po raz pierwszy z końcem lat 40. i odtąd widzę Cię zawsze z nieodłącznym sznurkiem odmierzającego szpalty powstającego numeru „Tygodnika”, który zawsze był wspólnym dziełem wielu indywidualności, ale przede wszystkim Twoim.
Ode mnie i od Kasi przyjm – kochany Jerzy – najlepsze myśli i uściski. 



Wacław Hryniewicz OMI

Jerzy Turowicz nie potrzebuje panegiryków i laurek. To, kim jest i co od dziesięcioleci wnosi w kulturę polską jako publicysta i redaktor naczelny „TP” mówi samo za siebie. Jego słowo jest spokojne i rozważne, zaprasza do dialogu i zrozumienia. Podziwiam go jako człowieka skromnego, poszukującego, obdarzonego poczuciem humoru, mądrego, prostolinijnego i odważnego. To jemu „Tygodnik” zawdzięcza swój wyraźny profil, swoją otwartość i konsekwencję. Mówię o tym na podstawie wieloletniej współpracy. Zachowała mi się spora liczba listów Pana Jerzego, pełnych taktu, delikatności i cierpliwych wyjaśnień w przypadkach, gdy czuł się zmuszony podjąć decyzję o niedrukowaniu, z różnych względów, nadesłanego tekstu. Dziś, po latach, jest to lektura wielce pouczająca! Wiele mówi o Naczelnym „Tygodnika”. Pozostaje on dla mnie jednym z niezwykłych świadków naszego wieku – świadkiem trudnych lat, niepokojów, dylematów, poszukiwań, a zarazem świadkiem odważnej determinacji i nadziei. Bogu dziękuję, że są tacy ludzie. Ich ślad nie zaginie. 



Maria Janion

Jerzy Turowicz jest mi bliski jako człowiek wyłaniający się z labiryntów i stosów książek i gazet w wielu językach, czyli z krajobrazu, który ja uważam za pierwotny, przyrodzony człowiekowi. Zawsze wszyscy odnosiliśmy wielką korzyść z Jego sposobu życia jako lektury. Oglądanie co dzień świata z niesłabnącą ciekawością wydaje się cechą każdego dobrego dziennikarza. Lecz nie każdy, jak Turowicz, rozumie świat jako Wielką Księgę, której znaczenia, także sensy symboliczne, należy ciągle od nowa rozszyfrowywać.
Te sensy umykają, gubią się, ponieważ nie widzimy ich miejsca w całości. Ale Turowicz, będąc chrześcijańskim hermeneutą, ma swój klucz otwierający Księgę. Od dziesięcioleci czytam „Tygodnik Powszechny” jako szczególnego rodzaju miniaturę Księgi, co ratowało mnie często przed grząskością i doraźnością pozostałej prasy. Powszechność w nazwie tłumaczy się ideą i obrazem świata rysującymi się w czasopiśmie. Turowicz nigdy nie porzuca ducha uniwersalizmu, skojarzonego z łagodnością i skromnością.
Dla mnie „Tygodnik Powszechny” jest wyrazem wrażliwości jego Naczelnego. W wielości świata umie on być przewodnikiem, powodowanym prawdziwym szacunkiem dla wolności sumienia, przy niezmiennym zachowaniu własnego wyboru drogi i wierności ideałom młodości. Turowicz pod powierzchnią polityki dostrzega los jednostki. A zmienność i chaotyczność rzeczywistości nie zwodzi go na manowce. Zawsze odnajduje punkt, z którego może, mówiąc za Norwidem, skierować spojrzenie wokoło i w górę, ku niebu.
Przyszłość świata wielu prognostów widzi w przewadze obrazów nad słowem. Nie wydaje mi się jednak, by droga Turowicza miała zaginąć. Księga pozostanie symbolicznym miejscem porozumienia ludzkości, a Turowicz wzorem niezwykłego dziennikarza, wytrawnego myśliciela, subtelnego znawcy idei, zgłębiającego literę i ducha współczesności. 



Jan Andrzej Kłoczowski OP

Jerzego Turowicza poznałem najpierw ze słowa pisanego i chyba ze wszystkich słów, które wypowiedział, najbardziej zapadły w mojej pamięci słowa nie tyle wygłoszone, co przezeń napisane.
W moim domu rodzinnym „Tygodnik Powszechny” był czytany „od zawsze”, od zawsze też był obecny przez słowo pisane jego czołowy publicysta, a potem redaktor. Potem zamieszkał w mojej drugiej rodzinie, rodzinie zakonnej. W okresie drugiej sesji Soboru przebywałem w nowicjacie oo. dominikanów w Poznaniu i zakonnym obyczajem w czasie posiłku czytano. Z ówczesnych lektur zapamiętałem szczególnie korespondencje Jerzego Turowicza z Rzymu pisane „na gorąco”, jakby doniesienia z pola walki. Właśnie te soborowe korespondencje i refleksje były przedmiotem naszej lektury i wywoływały namiętne debaty. Zanim poznałem dokumenty Soboru i obszerną literaturę poświęconą tej problematyce, poznałem myśl soborową, w namiętnym okresie jej powstawania, jej statu nascendi właśnie z tekstów Jerzego Turowicza.
Myślę, że nie jest to tylko moje osobiste skojarzenie. Jerzy Turowicz jest przedstawicielem tej części polskiego laikatu katolickiego, która z całej mocy zaangażowała się w sprawę Soboru i zarysowanej na nim wizji odnowy Kościoła, Kościoła otwartego na człowieka współczesnego, na jego nadzieje i lęki. I także sprawa bardzo ważne – otwartego na kulturę, nie zamykającego się przed ludźmi w bezpieczne zamknięcie zakrystii. Od Soboru minęło już sporo lat i inaczej już niewątpliwie spoglądamy na rzeczywistość Kościoła i świata. Odpłynęła też chyba od nas fala spontanicznego optymizmu i nadziei na to, że zasadnicze problemy Kościoła uda się załatwić mądrymi konstytucjami czy dekretami Soboru Powszechnego. Lepiej rozumiemy, że prawdziwa reforma Kościoła to nawrócenie osobiste. Życie poszło dalej, powstały nowe wyzwania, nowe problemy. Tym niemniej Sobór pozostaje – zgadzam się w tym całkowicie z Profesorem Stefanem Swieżawskim – najważniejszym wydarzeniem w historii XX wieku, nie tylko historii kościelnej, ale powszechnej.
Jerzy Turowicz towarzyszy Polsce i Kościołowi swoją myślą i piórem od wielu lat, na wielu prostych i pokręconych drogach naszej współczesnej historii, ale dla mnie osobiście jest przede wszystkim wielkim rzecznikiem idei soborowych.



Leszek Kołakowski

Mój kochany Jerzy!
Parę tygodni ledwo minęło, od kiedyś mnie – młokosa 70-letniego – przyjacielskim i dobrym słowem obdarzyć zechciał w swoim „Tygodniku”. Ale cóż ja przy Tobie, 85-latku! Lecz nie o to chodzi, ile tych lat było, ale ile ważą. Polski byt duchowy, polska myśl religijna i społeczna, chrześcijańska kultura w naszym kraju naznaczone były przez więcej niż półwiecze Twoją łagodną i nie-wojowniczą, acz nieustępliwą obecnością, która na nas wszystkich, również grzeszników jak ja, dobroczynnie promieniowała. To, co najlepsze, jakoś do Ciebie lgnęło w sposób naturalny. Nie mnie opowiadać światu o Twoich trudach i o tym, coś dla nas wszystkich robił, inni o wiele więcej wiedzą i lepiej to powiedzą. Chcę tylko z całego serca pozdrowić Cię i uściskać na odległość jako jeden z tych bardzo licznych, co przy Tobie wiernie stoją.



Hanna Krall

Dlaczego kochamy Jerzego Turowicza? Kochamy Jerzego Turowicza, bo jest mądry, wyrozumiały i bezinteresowny.
Jest cząstką kolejnego świata, który od nas odchodzi.
Odeszło dużo światów przez ostatnie kilkadziesiąt lat: kresowy, rycerski, ziemiański, żydowski... Zostały zmiecione przez różne kataklizmy dziejowe, wojny i rewolucje. Świat, do którego należy Jerzy Turowicz, odchodzi, wyparty przez głupotę, chamstwo i zawiść. Przez zło, ulokowane nie w historii, lecz w człowieku. Dlatego nasza miłość do Jerzego Turowicza jest tak nieradosna...



Zygmunt Kubiak

Wchodzimy do Unii Europejskiej, a właściwie już w niej jesteśmy. Pomimo wszystkich naszych kłopotów, na przykład niektórych oburzających decyzji sądów, a z drugiej strony niezdolności władzy państwowej do sprostania wzrastającej przemocy na ulicach, żyjemy jednak w państwie, które da się naprawiać, przede wszystkim dlatego, że, jak się przekonaliśmy, wybory sejmowe nie są fałszowane. Dostrzeżenie tego ostatniego faktu zapiera mi dech w piersiach radością, której wprost nie mogę ogarnąć.
Gdy powoli się z nią oswajam, myślę z podziwem o moim narodzie, o jego wytrwałym oporze wobec tyranii, a także o tych jego przedstawicielach, którzy szczególnie się w tym zasłużyli.
Słyszę, że dzięki nie fałszowanym wyborom będą się u nas mogły zmagać z sobą prawica i lewica. Nie jestem całkowicie pewny, że wiem, co dziś znaczą te określenia. Wiem jednak z lektury, co znaczyły one w tak drogiej mi i tak dla nas wszystkich cennej Polsce dwudziestolecia między wojnami. Oznaczały coś bezmiernie głupiego. Były dwoistą, a zawstydzającą naroślą na gigantycznej pracy narodu odbudowującego swoje państwo. Sama „lewica” miała z kolei dwie odmiany: totalitarnie komunistyczną (to nie wymaga komentarza) i figlarnie nonszalancką, upatrującą esencję postępu na przykład w lekceważeniu życia rodzinnego i w ogóle życia. A co powiedzieć o „prawicy”? Kiedy czytam niektóre artykuły w przedwojennym „Prosto z mostu”, jest mi po prostu wstyd za tych ludzi.
Tak się złożyło, że byłem tego świadomy już w latach chłopięcych. I ciągle na nowo wspominam, jakim olśnieniem, jakim zadziwieniem było dla mnie w mrocznych czasach poznanie „Tygodnika Powszechnego”. Pytałem sam siebie w duchu: co to się dzieje? Oto pismo całkowicie wzniesione ponad tamtą kretyńską dychotomię. Częściowo dławione cenzurą, ale w takiej mierze, w jakiej mogło oddychać, oddychające Polską zupełnie inną, nie zaściankiem, lecz prawdziwą tradycją narodową, dziedzictwem prawdziwej Polski, jednego ze wspaniałych krajów europejskich. Był to, widziałem, zarys Polski, która z Łaski Boskiej może znowu powstanie, zarys jej i forpoczta. Prędko wyśledziłem, kto to robi, kto wykreśla ten szlak w swoich artykułach i całą tą pracą kieruje, chciałem poznać i poznałem Jerzego Turowicza. Ale tak naprawdę do dziś nie pojmuję: jak tego dokonał, jak wyrąbał drogę do fundamentów wolności, jak przez straszne i strasznie długie dziesięciolecia wymijał przeróżne rafy, jak wiedział, kiedy się trzeba było rozbić (w roku 1953), aby potem powstać do dalszej żeglugi czy raczej orki. O tym spokojnym człowieku, który nigdy nie mówi podniesionym głosem, trzeba rzec to, co tylko o nielicznych innych Polakach w całych naszych dziejach można powiedzieć: że zmienił historię Polski.



Reinhold Lehmann

Drogi Jerzy,
licząc lata życia, można powiedzieć, że to, co nas dzieli, to te dwadzieścia pięć lat. Tak, dwadzieścia pięć lat życia. Bardzo istotna to różnica, bo Ty przeżyłeś II wojnę światową i okupację bardzo świadomie i aktywnie, jako uczestnik, podczas gdy ja wtedy byłem jeszcze dzieckiem...
W latach 70., gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, przepaść wieku była z pewnością jeszcze większa niż dzisiaj, ale dlaczego mielibyśmy ją zaakceptować? Ja wtedy właśnie zaczynałem pojmować, co to jest Polska. Dzisiaj wiem jednak, że do końca pojąć jej nie sposób.
Również na Twoją osobowość składa się strona wewnętrzna i strona zewnętrzna. Szczęśliwie przeważa w Tobie życie wewnętrzne, a przede wszystkim wiele z tego, co nazywamy szlachetną głębią duchową (Innerlichkeit). W ten lakoniczny sposób przypominam tu, pomijając szczegóły, Twoje liczne, wzbudzające szacunek osiągnięcia i zasługi, Twój dziennikarski dorobek, zwłaszcza gdy chodzi o tematykę Soboru Watykańskiego albo zagadnienia antysemityzmu, problematykę Europy oraz drogę Polski do Europy...
To Ty, jako redaktor naczelny, jako człowiek i nasz kolega – można powiedzieć – podarowałeś nam Mietka Pszona i zapewniłeś mu swobodę i możliwości, ażeby – obok pracy redakcyjnej – mógł się poświęcić działaniom na rzecz polsko-niemieckiego zbliżenia. Świadczy to o tym, że współpracowników potrafisz czynić posłańcami Twoich idei, że potrafisz trafnie antycypować przyszłość, i że dziennikarstwo nie było i nie jest jedyną dziedziną Twojej działalności czy też sztuką dla sztuki. Za Twoją sprawą zeszły się nasze drogi – dotyczy to również mnie – z prof. Władysławem Bartoszewskim. A było to wtedy, gdy nie miał on jeszcze żadnych nagród i nie otrzymał był żadnych odznaczeń, z wyjątkiem orderu nadanego przez londyński rząd na uchodźstwie, który wtedy jeszcze musiał ukrywać... Ty otworzyłeś nam drzwi do ówczesnego arcybiskupa Krakowa, kardynała Karola Wojtyły. I także to Ty – swoim przykładem i przysłowiową cierpliwością – uczyłeś nas czekać. Z całą pewnością we Włoszech czy Francji czułeś się bardziej swojsko niż w Niemczech, także ze względów językowych. Ale od czasu wymiany posłań pojednania między Episkopatem polskim a niemieckim, od czasu, gdy przeczytałem Twoje artykuły, wiedziałem, że idziesz tą drogą razem z nami, uwzględniając przy tym także Niemców z ówczesnej NRD i działającą tam Akcję Znaków Pokuty-Ost.
Często miałeś do czynienia z ludźmi posiadającymi władzę, zasiadałeś z nimi przy jednym stole, a oni, bywało, zasięgali Twoich rad. Ale mimo to zawsze potrafiłeś iść swoją własną drogą. I zawsze byłeś z ludźmi. Nigdy ponad nimi!
Kim jesteś dla mnie? Z całą pewnością jesteś instancją moralną, ale ja nienawidzę tego słowa. Jesteś mi także przyjacielem, przyjacielem w szczególnym sensie. Przez wiele lat nie mogłem pojechać do Polski, także z Tobą nie mogłem się wtedy spotkać. Ale Ty, jakimś sposobem, zawsze miałeś miejsce w moim sercu. Bowiem uważam, że Ty i Twoja praca – mam tu na myśli zwłaszcza działalność na rzecz stosunków polsko-niemieckich – ukazuje tę prawdę, że w człowieku dobro przeważa. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam i życzę po polsku – sto lat!



Anna Micińska

„Taś” to skrót od „Tatuś”. Tak Jerzego Turowicza nazywały Jego córki: Elżbieta, Joanna i Magdalena, tak też pozwolił mówić do siebie i mnie, kiedy – piętnastoletnia zaledwie studentka krakowskiej polonistyki – we wrześniu 1955 roku trafiłam pod jego i Mamy Anny opiekuńcze skrzydła.
Kiedy przypominam sobie ten moment z perspektywy lat ponad czterdziestu, myślę, że w całym moim życiu nie było bardziej widomego znaku Boskiego nade mną miłosierdzia. Osierocona w najwcześniejszym dzieciństwie przez własnego Ojca, po zakopiańskim domu mojej Matki, w Krakowie na Lenartowicza znalazłam swój dom drugi i pozostałam w nim już na zawsze. Na pytanie zatem „kim jest dla mnie Jerzy Turowicz”, w moim wypadku odpowiedź jest prosta: wszystkim. Tym wszystkim, co mieści się w pojęciu OJCIEC. Miłością, czułością, dobrocią. Zaufaniem i oparciem. Mądrością i wyrozumiałością. Najwyższym autorytetem i niedościgłym wzorem. Drogo-wskazem. Metrem z Sčvres. Tym, o którym myślę w każdej trudnej godzinie życia, zastanawiając się: „a co Taś by na to powiedział?”, „a jak Taś by w danym wypadku postąpił?” Tym, przed którym – błądząc – się wstydzę i tym, któremu ofiarowuję to, co udało mi się zrobić dobrego. Tym, którego z całego serca i duszy kocham, czczę i szanuję, i za którego samo istnienie nie przestaję Panu Bogu dziękować.
Myślę zresztą (Tasiulku, proszę tego nie czytać!), że niezależnie od moich uczuć, Jerzy Turowicz jako nagromadzenie cnót, zalet i przymiotów w jednym Istnieniu Poszczególnym jest obiektywnie „wybrykiem natury” i gotowa jestem przysiąc, że w ciemnościach widać świecącą nad Nim aureolkę i zarys białopiórych skrzydeł...
Mamo Anno Najmilsza, Tasiulku Najdroższy – dobrze wiecie Oboje, że nie tylko dziś, w te Tasiowe „jubileuszowe” Urodziny, ale każdego dnia od chwili, kiedy przekroczyłam próg Waszego domu i zostałam w nim przyjęta, nie przestaję za wszystko Wam dziękować i życzyć, tak Wam, jak i wszystkim Was kochającym, żebyście b y l i. BĄDŹCIE. Tak bardzo jesteście nam potrzebni.



Małgorzata Musierowicz

Sobota, 11 października 1997. Jestem z córką u państwa Turowiczów. Zostałyśmy zaproszone na herbatkę. Siedzimy przy legendarnym Biurku, w gabinecie. Wokół piętrzy się Legendarny Księgozbiór, na regale za naszymi plecami stoi telewizor, który z wybiciem godziny osiemnastej zostaje włączony przez panią Annę.
Pan Turowicz przerywa rozmowę. – Przepraszam, zerknę tylko na dziennik. Może już mamy premiera?
Spoglądam przez ramię na ekran: Krzaklewski, dziennikarze, zwykły zgiełk. Przenoszę wzrok na pełną wyrazu twarz Szefa, który ze skupieniem śledzi komentarz – i nagle uderza mnie znaczenie sceny, w jakiej biorę udział, i to z przedstawicielką młodszej generacji. Przed nami siedzi łagodny dżentelmen, którego twarz uformowana została z upływem lat przez jego mądrość, dobroć i szlachetność; człowiek, któremu obca jest jakakolwiek gwałtowność i przemoc, choćby tylko w formie narzucania innym własnych poglądów czy gustów; człowiek tolerancyjny, spokojny i wyrozumiały. Pół wieku jego wytrwałej pracy wspomogło opór wobec złowrogiego systemu i bez wątpienia przyczyniło się do jego upadku oraz do pokonania równie jak system złowrogich uprzedzeń i stereotypów. Przez tych pięćdziesiąt lat człowiek ten zdołał, samym tylko swoim stanowczym przykładem, potęgą ducha i umysłu, wychować w Polsce nowe pokolenia inteligentów.
Telewizor zostaje wyłączony.
– To musi być niezwykłe uczucie – wyrywa mi się niezgrabnie – widzi Pan na własne oczy, jak wielkich rzeczy dokonał Pan w życiu.
W odpowiedzi otrzymuję śliczny, kochany uśmiech.
– Hm – mówi pan Turowicz. – No, tak, tak... może... coś tam zrobić... się udało.



Janina Ochojska

„Tygodnik Powszechny” zaczęłam czytać na studiach. Trudno go było kupić, więc egzemplarz, który czytałam, trafiał z rąk do rąk. Pismo ukształtowało moją świadomość religijną, społeczną i polityczną; nad ukazującymi się w nim artykułami wiodłam długie dyskusje z przyjaciółmi. Czytanie „Tygodnika” stanowiło bilet wstępu do wspólnoty, w której uczestnictwo było zaszczytem. Dawało poczucie bezpieczeństwa – takiego, jakie odczuwa człowiek idąc dobrą drogą; wiedząc, że nie zbłądzi. I umacniało wiarę w swoje siły, w sensowność trudnych wyborów zwłaszcza wtedy, kiedy były inne, łatwiejsze.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie: byłam w „Tygodniku” po „bibułę”, którą odbierałam od Tadzia Konopki. Pan Turowicz przeszedł koło mnie w korytarzu i uśmiechnął się tak, jakbym była jego dobrą znajomą. Po powrocie do Torunia opowiadałam o tym przyjaciołom z Duszpasterstwa Akademickiego. Fakt, że widziałam go, że przeszedł uśmiechając się do mnie, że w ogóle byłam w „Tygodniku” wywołał lawinę pytań – jak Tam jest, jaki On jest.
Lata mojej działalności publicznej to m.in. Medal Św. Jerzego, przyznany przez „Tygodnik Powszechny”, to obecność Jerzego Turowicza na odjeździe naszego konwoju do Bośni, to wreszcie list, jaki przysłał mi po naszym wypadku na górze Igman (kiedy ostrzelany samochód, w którym jechałam, stoczył się w przepaść), gdzie troskliwie dopytywał się o moje zdrowie. „Bogu dziękuję, że nic gorszego się nie stało; ufam, że to nie pociągnie za sobą jakichś trwalszych skutków i że Pani wkrótce wróci do pełni sił, czego Pani serdecznie życzę i serdecznie Panią całuję”. Czy można mieć większą nagrodę niż świadomość, że Jerzy Turowicz troszczy się o mnie i o to, co robię? Każdy z nas, krocząc swoją drogą, odnosi się stale do swoich „ludzi-kompasów”. Ich uznanie jest „dowodem” na to, że nie zbaczamy z kursu.
Dziś, kiedy mam zaszczyt cieszyć się przyjaźnią Jerzego, myślę o nim nie tylko jako o autorytecie moralnym czy świetnym publicyście. Myślę o człowieku, który stale myśli o innych (wiem od męża, że awantury robi swoim podwładnym tylko za nieodpisywanie na listy – sam robi to zawsze). Który przejechał przez całą Polskę, żeby być na moim ślubie (wraz z Panią Anną odwołali nawet Jej osiemdziesiąte urodziny). Wspominam czerwcowe odwiedziny w szpitalu, kiedy Jerzy opowiadał mi o swoich wrażeniach z zakończonej dopiero co pielgrzymki Papieża, mówił o zmienionym po Soborze Kościele i o Jego „dziełach miłości”: o Matce Teresie, Małych Siostrach, Dorothy Day... Myślę o tym, jak Jerzy budził we mnie wolę pracy nad sobą i pragnienie służenia innym. Przyjaźń Jerzego Turowicza zobowiązuje. Mam nadzieję jej nigdy nie zawieść.



Joanna Olczak-Ronikier

Znamy się od niepamiętnych czasów, ale spotykamy na ogół w okolicznościach towarzysko-zabawowych, które Jerzy Turowicz bardzo lubi, bo choć zajmuje się sprawami najpoważniejszymi, wie, jak na Mędrca przystało, że powaga bez radości życia i poczucia humoru nie wiele jest warta. Odwzajemnione uczucie połączyło go dawno temu z Piotrem Skrzyneckim i Piwnicą pod Baranami. Ów związek miał znaczenie dla obu stron; pan Jerzy przyznaje, że piwniczna niefrasobliwość ujmowała ciężaru jego troskom, a ja dodam, że jego aprobata uskrzydlała zawsze piwnicznych artystów.
Nie mogę pojąć, jak wśród tylu tak odpowiedzialnych obowiązków znajdował czas, by oglądać po parę razy kabaretowe programy, bywać na każdym balu, na każdym z najbardziej wariackich piwnicznych przedsięwzięć, na Opłatku, na „Wielkanocnym Jajeczku”. Nie mogę pojąć, skąd brał siły, by pracując ponad siły i uczestnicząc w najważniejszych poczynaniach intelektualnych kraju i Europy, pojawiać się na każdej premierze teatralnej i filmowej, wernisażu, wiarygodnej uroczystości publicznej, miłej sercu prywatnej. Nie tylko w Krakowie. Jeździłam często do Warszawy i zawsze, zawsze spotykałam go na którymś z dworców. Właśnie przyjechał. Albo właśnie wyjeżdżał na jakieś istotne spotkanie.
W tej niestrudzonej obecności tam, gdzie działy się jego zdaniem sprawy ważne i ciekawe, jest coś niesłychanie krzepiącego. Bo swoim zainteresowaniem, aktywnym, życzliwym, dodaje znaczenia wydarzeniom, w których bierze udział. Pamiętam, jak parę lat temu, w czterdziestostopniowy upał, kiedy ludzie znacznie młodsi nie mogli się zdobyć na najmniejszy wysiłek, przyszedł piechotą na Salwator, na święto ulicy Gontyna, i kiedy mu dziękowałam, wydawał się być zdziwiony. – Jak mogłem nie przyjść? Przecież zostałem zaproszony.
Suwerenność i poczucie własnej wartości połączone ze skromnością. Pogoda ducha wśród tylu przeżytych burz. Głęboka wewnętrzna harmonia, mimo tylu zewnętrznych napięć, kłopotów, konfliktów. Nigdy nie miałam dość odwagi, by spytać, jak osiąga się taki „ład serca”. Wiem, że odpowiedzią byłoby milczenie. Uśmiechnięte. Pobłażliwe. Uważne milczenie o blasku i wartości złota, które skłania do namysłu i szukania własnych odpowiedzi. I nigdy nie ośmieliłam się wyznać mu prywatnie tego, co dzisiaj wyjawiam publicznie: zawsze, odkąd pamiętam, był dla mnie wzorcem miary i wagi. Czymś w rodzaju wzorca metra z Sčvres, wykonanego ze stopu najszlachetniejszych metali. Albo jakby staroświecką wagą, z podziałką wskazującą także wzrost – symboliczną wagą wyznaczającą skalę, dzięki której sprawdzić można ważkość własnych poczynań i własny poziom duchowy.
Waga. Piękne, ważne słowo, bardzo tutaj przydatne. Jego pochodne to uwaga, powaga, rozwaga, równowaga i odwaga. Dodajmy do tego jeszcze uśmiechniętą wyrozumiałość z leciutką domieszką ironii. Dystans do siebie i do rzeczywistości. Ciepło. Czar. I dziecięcą ciekawość świata. Oto sumienie naszej epoki, które do drugiej w nocy ogląda z żoną, panią Anną, koncert zespołu Pink Floyd w Rai Uno. Czy istniał kiedyś, gdzieś bardziej doskonały i zarazem bardziej ludzki wzorzec miary i wagi? 



Krzysztof Piesiewicz

Mój pierwszy kontakt z Jerzym Turowiczem był listowny. Ta wymiana poglądów, która między nami nastąpiła, ma wiele wspólnego z jedną z jego najwspanialszych cech. Pamiętam, że przeczytałem w nocy jego wstępniak w „Tygodniku Powszechnym” z roku 1993, dotyczący oceny pierwszych lat polskiej demokracji. Uderzyła mnie w nim gotowość autora do rewizji własnego spojrzenia i ocen, przy absolutnej wierności wartościom podstawowym. Na pewno bierze się to z otwartości i pokory wobec świata, gorzkiej mądrości, która wie, że tak naprawdę nie mamy wielkiego wpływu na to, co się dzieje dookoła, możemy to często tylko próbować z dystansu ocenić, pamiętając, że zmienna jest perspektywa naszego widzenia i wiedza, do której historia dorzuca wciąż nowe przesłanki. Pamiętam, że zaraz po lekturze napisałem list z podziękowaniem, na który zresztą otrzymałem błyskawiczną odpowiedź.
Chcę też powiedzieć, że jego sposób bycia, zachowanie, życzliwość i wiara dokładnie odpowiadają mojemu pojmowaniu chrześcijaństwa. Gdybym szukał postaci, która uosabia ducha polskiej inteligencji, zawsze przecież naznaczonej lewicowością – ale pojmowaną najszlachetniej, po prostu jako wrażliwość na los człowieka – to na pewno wskazałbym na niego. Tę formację znałem i szanowałem od zawsze, to był świat mojego ojca. To było pokolenie, które nigdy nie miało zbyt dobrego samopoczucia, za to – bardzo serio traktowany bagaż społecznych i narodowych powinności. I wciąż nachodzą mnie niepokoje, czy moje pokolenie i następne potrafią sprostać tej tradycji. Nie myślę tu nawet o wymiarze osobowościowym, ale o sztuce dystansu wobec siebie i świata. Kojarzy mi się to z pierwszym błogosławieństwem, wyłożonym tak, jak to uczynił na łamach „TP” Zygmunt Kubiak: „Błogosławieni, którzy wiedzą, że są ubodzy”.
Najmniej jednak mówi się o tym, co być może – tak to wyczuwam – jest jego największą pasją – o jego smaku artystycznym. Nigdy nie zapomnę tych paru słów, które napisał o Krzysztofie Kieślowskim po jego śmierci. Mam przed oczami ich pierwsze spotkanie, kiedy szedł przez wielką salę z „Tygodnikiem” pod pachą, by wręczyć go Krzysztofowi, najpierw sobie parę minut pomilczeli, a potem już była tylko serdeczność i wspólnota. Zresztą zawsze mogłem go spotkać tam, gdzie wisiały dobre obrazy, pokazywano dobre filmy, albo gdzie grała dobra muzyka. Jeżeli ma bowiem jakąś „słabość”, to jest to słabość do piękna. Być może tu leży również wytłumaczenie tajemnicy jego nieprzemijającej młodości.


Aleksander Smolar

Jerzy był mi zawsze ogromnie bliskim człowiekiem. I wtedy, gdy Go jeszcze nie znałem, tylko – przez długie emigracyjne lata – systematycznie czytałem „Tygodnik”. I tym bardziej później, po powrocie do Polski, gdy miałem możliwość Go poznać. Pociągała mnie jego otwartość na ludzi, ciepło, serdeczność, pragnienie zrozumienia innych poglądów, odmiennych biografii; jego chrześcijaństwo umiaru, tolerancji, otwartości.
Jerzy, przeciwny atmosferze zimnej wojny domowej, konfrontacji religijnej, egzaltacji narodowej, wszechrozgrzeszającej i przyzwalającej amnezji, nigdy nie parał się bezpośrednio polityką. Ale też był zawsze blisko niej, aby ostrzegać przed zagrożeniami, wyznaczać standardy, wydłużać horyzont naszych zaangażowań. Uważnie skupiony w słuchaniu, życzliwy i otwarty w rozmowie, zdecydowany, gdy trzeba zakreślać granice tego, co moralnie dopuszczalne.
W ostatnich latach byliśmy świadkami upadku wielu autorytetów. Wiele wybitnych postaci, świadomie lub nie, popełniało moralne samobójstwo. Innych niszczyli bliźni: z zawiści, głupoty, doktrynalnego i politycznego zacietrzewienia. Próbowano również deprecjonować dorobek i rolę Jerzego, i jego „Tygodnika”. Były takie chwile, które musiał przeżywać boleśnie.
Ale mam głębokie przekonanie, że Polska, która zdawała się oddalać od ideałów Jerzego, od norm, które „Tygodnik” zawsze głosił, jest dziś ku nim bardziej zwrócona. Wierzę, że wraz z upływem czasu tendencja ta będzie coraz bardziej wyraźna. Jubilatowi i nam wszystkim gorąco tego życzę!


Anna Szałapak

Jest dla mnie podporą. Daje mi wiarę w ludzi, a tym, że lubi mnie i moje śpiewanie – wiarę w siebie. Jego obecność na widowni zawsze dodaje mi otuchy.
Człowiek-autorytet, człowiek-instytucja. Po odejściu Agnieszki Osieckiej, Piotra Skrzyneckiego, Janiny Garyckiej – do Jerzego zwracałabym się, gdybym potrzebowała rady w jakiejś poważnej kwestii. Najbardziej imponuje mi, gdy o poważnych, skomplikowanych sprawach pisze lub mówi niezwykle jasno – prosto, klarownie, w sposób zrozumiały dla każdego.
Człowiek nadzwyczajnie otwarty na świat. Pełen poświęcenia. Nieraz zastanawiałam się, co powodowało, że potrafił wytrzymać tyle godzin w „Piwnicy”, w warunkach niezwykle trudnych.
Uwielbiam Jerzego Turowicza, jak to dobrze, że jest!


Józef Tischner

Kim jest dla mnie Jerzy Turowicz? To bardzo proste: jest tym, który „przeważnie ma rację”.
W ciągu wielu lat znajomości i przyjaźni nie zawsze „nadążałem” za jego myśleniem. Czasem rodziły się wątpliwości, powstawały znaki zapytania, o których on chyba nawet nie zawsze wiedział. A potem okazywało się, że jednak „Jerzy miał rację”. Od dłuższego czasu obserwuję, jak w przypadku różnicy zdań zapala się we mnie czerwone światło: „uważaj – podwójnie uważaj! – bo przeważnie to jednak on ma rację”.
Jeśli mimo to obstaję wtedy przy swoim, to zawsze z myślą: „pisz tak, by przekonać Turowicza”. Oczywiście, chodzi o przypadki, w których pojawiają się różnice. Nie są one liczne, ale zdarzają się. I wtedy właśnie pojawia się to, oparte na latach doświadczeń, słówko „przeważnie”.


Barbara Toruńczyk

Wielce Szanowny, bardzo Drogi i bardzo Kochany Jerzy,
Twoje osiemdziesiąte piąte urodziny to także święto nasze, Twoich przyjaciół i wielbicieli. Nie raz próbowałam wyrazić admirację, jaką mam dla Ciebie. Nigdy mi się to nie udało i nigdy zapewne się nie uda. W zbyt wielu dziedzinach jesteś niedościgły. Twoja dobroć, Twoja serdeczność. Twoja dyskretna uwaga wobec ludzi. Twój dar (i gotowość) współ-odczuwania. Twoja skromność i prostota. Twoja szlachetność. Twoja ciekawość świata. Twoja czujność i zrównoważenie w sprawach publicznych. Twój sposób istnienia w życiu naszego Kraju i – w naszym życiu. A jeszcze Twoja różdżkarska umiejętność rozpoznawania jakości – talentu, ludzi, problemów – czego najwspanialszym (lecz nie jedynym) wyrazem jest Twoja praca redakcyjna. Kiedy wywołuję z pamięci nasze wcale nie częste spotkania na przestrzeni lat, uświadamiam sobie, że życie moje i moich przyjaciół było w jakimś sensie ułatwione właśnie dlatego, że zawsze mogliśmy mieć Ciebie przed oczyma. „Jerzy Turowicz” – tak się nazywa moja miara w trudnych sytuacjach osobistych, zawodowych, publicznych.
Dziękuję Ci, że jesteś.


Dawid Warszawski

Najtrudniej jest być ogrodnikiem. Wymaga to nie tylko cierpliwości, ale i wielkiego zaufania do czasu. Że nie zniszczy, nie wyrwie z korzeniami, nie zasypie piaskiem, nie zmrozi szronem. Trzeba też lubić rośliny i ludzi, którzy będą wypoczywać w ich cieniu. I wiedzieć, że jednemu się podoba jałowiec, innemu palma, a z gustami nie ma co dyskutować.
Rośliny rosną z czarną niewdzięcznością. Kwitną i owocują, kiedy zechcą, i na nic się nie zda ponaglanie ich, by szybciej rosły. Ogrodnik może jedynie podlewać i nawozić, szczepić i wspierać, wyrywać chwasty. Zanim roślina wyrośnie, mijają czasem lata. A z rzadka jedynie to, co wyrośnie, przypomina to, co wyrosnąć miało.
Dlatego tak silna musi być pokusa, by żywopłoty przycinać w eleganckie kształty, zwozić drzewka ze szkółek, by rosły w porządnych rzędach, żwirować alejki posłuszne woli projektanta i kłaść odwijane z rolek przemysłowo produkowane gazony. Można by wówczas stworzyć ogród klarowny, logiczny i posłuszny. Byłoby ślicznie.
Po zapuszczonym nieco ogrodzie spacerują ludzie. Urządzają sobie pikniki na niedokładnie skoszonej trawie. Rodzice pokazują dzieciom, gdzie bawili się, gdy byli w ich wieku. Dzieci nie słuchają, wdrapują się na drzewa, grają w piłkę. Czasem je ofuknie wygrzewający się na słońcu emeryt.
W ogrodzie spotkać można czasem starszego pana. Ludzie pozdrawiają go, bo wygląda jak ktoś, kogo się zna od zawsze. Starszy pan, jakby odrobinę zdziwiony, odwzajemnia ukłon i znika między wysokimi drzewami.


Włodzimierz Zagórski

Jerzy Turowicz kojarzy mi się z kilkoma wspomnieniami. W roku, już nie pamiętam '54 czy '55, był szczęśliwym posiadaczem egzemplarza wydanej przez „Kulturę” książki Orwella „1984”. Rodzice moi znaleźli się na liście jej kolejnych czytelników i pewnego dnia przypadło mi przeniesienie jej pod pazuchą z ulicy Lenartowicza do naszego mieszkania na Słowackiego. W zamian za to uzyskałem prawo do jej przeczytania. Bardzo to się przydało piętnastolatkowi do zrozumienia otaczającej rzeczywistości. Jestem za to do dziś wdzięczny Jerzemu Turowiczowi. Turowiczowie otrzymywali wtedy z zagranicy albumy „Skiry”, o ile pamiętam, sprzedając je po trochu, jako że po zamknięciu „Tygodnika” finansowo cienko przędli. Przedtem jednak mogłem je sobie u nich oglądnąć. Bardzo mi się to przydało do zrozumienia, czym jest sztuka. Jestem więc za to do dziś... etc. W tych samych latach, kilkanaście osób pod przewodnictwem Turowiczów brało udział w nocnych misteriach Wielkiej Soboty w Tyńcu. Zostałem kiedyś dołączony do takiej grupy. Bardzo mi się to przydało do zrozumienia wielkości Kościoła katolickiego. Jestem za to do dziś... etc. Wreszcie to Jerzy Turowicz prowadził mnie do bierzmowania. Żałuję, że mimo tego sakramentu nie udało mi się zostać lepszym człowiekiem. Jestem jednak, za podjęcie starań w tym kierunku, do dziś... etc.
A teraz pewien obraz. Na terenach pustynnych, pod piaskami płyną waadi – ukryte rzeki. Nikt o nich nie wie, lecz drogi karawan odtwarzają na pustyni przebieg owych rzek podziemnych. To one wyznaczają bowiem podczas suszy trasy oaz, a po suszy stają się podstawą wykwitającego na pustyni życia. Powracającego nieodmiennie i w tej samej formie, gdy susza ustanie. Po wojnie na ziemi między Odrą i Bugiem wyjałowionej orką hitlerowską i bronowaniem stalinowskim, stała pustynia duchowa. Lecz pod nią, niewidocznym nurtem płynęły przecież rzeki podziemne, odwieczne nurty naturalnej rzeczywistości myśli i ducha, wyznaczając przyszły jawny krajobraz Ojczyzny. Ojczyzny – starającej się wbrew siłom pustyni, straszliwym, topornym, często nieudolnym wysiłkiem myśli trwającym pół wieku, powrócić do swej naturalnej jawnej formy niezawisłego bytu. Taką duchową rzeką podziemną, płynącą nurtem nieuważnemu przechodniowi niewidocznym, był świat myśli, idei, kontaktów, działań Jerzego Turowicza. Oazą trwającą na pustyni, świadczącą o istnieniu niewidocznego nurtu był „Tygodnik” Jerzego Turowicza. Z niewidocznej pracy tej rzeki ducha żyjemy dziś wszyscy, dzięki niej nie jesteśmy do końca zsowietyzowani, to jej praca ochroniła nas przed popadnięciem w ostateczne zniewolenie umysłu. I za tę pracę jestem do dziś wdzięczny Jerzemu Turowiczowi.


Jacek Żakowski

Nie wiem, czy Pan Jerzy ucieszy się z tego, co mam do powiedzenia. Ale – On już na to nic nie może poradzić – stworzył wielką część mojego kosmosu. Był pierwszym autorem, którego (przygotowując się do wywiadu-rzeki) przeczytałem niemal od deski do deski. Przede mną – a zapewne i przed rzeszą innych niedowiarków, którzy w mrocznych chwilach szukali sobie skały – otwierał tajemniczy świat wiary, Kościoła, tradycji. Jego tropem szły moje lektury i fascynacje. Nie pytany stał się moim pierwszym mistrzem myślenia o życiu, świecie, Kościele, polityce, historii, o dziennikarstwie rozumianym jako ciągłe poszukiwanie nowego wyzwania i o redaktorskiej sztuce rozumianej jako zmaganie z nieusuwalnym napięciem między tożsamością tytułu a różnorodnością; bogactwem, zmiennością i chimerycznością świata.
Przez lata próbowałem przeniknąć Jego tajemnicę, której dziwne fluidy odczuwa pewnie każdy, kto przekracza próg Jego „Tygodnika”. Fluidy spokoju pozbawionego cienia obojętności i pewności, w której nie ma ani okrucha pychy. Dziś myślę, że już widzę rąbek tej tajemnicy. Wiem, że na co dzień tak prosto to nie wyglądało, ale z przeszło półwiecznej perspektywy bardzo wyraźnie widać, że – zanim inni przeczuli jej domniemane istnienie – Pan Jerzy (zapewne w pierwszych latach 30. kończącego się wieku) odkrył naszą Wyspę Dnia Następnego.
W odróżnieniu od swoich kolegów dziennikarzy, działaczy katolickich, intelektualistów, a nawet wielkich przywódców, hierarchów i Ojców Soboru, Turowicz nie gonił wciąż uciekającego nam świata. To świat – zwłaszcza świat polityki i instytucjonalnego Kościoła – musiał przez z górą pół wieku gonić Turowicza. I wciąż jeszcze go goni, chociaż – dzięki Bogu – dystans ostatnio maleje.
Myślę, że w roku 1997 tę Turowiczowską Wyspę Dnia Następnego ujrzało na horyzoncie wyjątkowo wielu. Zwłaszcza gdy Papież przypomniał, że Chrystus był Żydem, gdy Ordynariusz Gdański zdecydował się wreszcie dyscyplinować prałata wygłaszającego rasistowskie kazania i gdy sam Prymas publicznie uznał zagrożenie płynące z niekontrolowanego kultywowania płytkiej, socjologicznej, ludowej religijności, która wprawdzie potrafi zgromadzić tysiące ludzi w kościołach, ale z katolicyzmem, ani nawet z chrześcijaństwem nie ma wiele wspólnego i w mgnieniu oka może się zawsze zwrócić nie tylko przeciw innym, ale też przeciwko porządkowi apostolskiej sukcesji.
Osiemdziesiąt pięć lat musiał żyć Turowicz, by jego Wyspa tak wyraźnie pokazała się na horyzoncie polskości. Nie wiem, czy starczy życzyć stu lat, byśmy na niej wreszcie pewną nogą stanęli. Więc na razie niech będzie przynajmniej z pięć ćwiartek wieku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl