Apokryf






Halina Bortnowska

Jerzy i Sobór

Wspominać Sobór trzeba, choć stało się to dziwnie trudne. Dlaczego trzeba? Dlaczego, przynajmniej mnie, przychodzi to z taką trudnością?
Potrzeba rozmów o Soborze istnieje, bo niektóre „dzieci Soboru” pytają, choć te ich pytania często mają raczej formę twierdzeń lub milczących założeń. Z drugiej strony, gdybyśmy my, ówcześni świadkowie, uważnie porównali, co w nas z tego doświadczenia soborowego zostało, wszyscy moglibyśmy się wzbogacić. Albo ostro poróżnić. Kiedy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, jak już niewielu byłoby uczestników takiej rozmowy, jak się z tym pomysłem spóźniam. „Śpieszcie się kochać ludzi...” Spieszmy się też rozmawiać...
Dla mnie taka rozmowa powinna się odbyć w Krakowie, może w Tyńcu. W południe poszlibyśmy pomału na grób Hanny Malewskiej. Dzieci Soboru mogłyby sobie poigrać ze swymi dziećmi stanu wojennego. Wszyscy razem wzięlibyśmy udział w pięknej mszy łacińskiej, z tym, że tylko my starzy poznalibyśmy, że wcale nie jest ona taka sama, jak przed wiekami, ani taka, jak bezpośrednio przed Soborem.
Ale najważniejszym powodem krakowskiej lokalizacji wspominków jest fakt, że tam, wśród swoich gazet i sprzętów Jerzy Turowicz, najważniejszy świadek, jest u siebie, stamtąd odzywa się wciąż w najbardziej swoim stylu. W Warszawie tylko bywa.
Mnie się do Krakowa trudno wybrać, choć otrzymuję zaproszenia. A przecież kiedyś kursowałam między Warszawą a Krakowem nawet i dwa razy w tygodniu, choć nie było jeszcze skracającej podróż magistrali. Dystanse rosną z wiekiem i utratą wprawy. Więc może nawet nie wiem, że taka rozmowa świadków miała miejsce, tylko do mnie to nie dotarło? Może doszło do niej w Rzymie, z jak zwykle cichym udziałem największego polskiego Świadka, pełnoprawnego uczestnika i współtwórcy Soboru?

*

Dlaczego wspominanie Soboru musi być dziś takie trudne? Jedną z przyczyn jest na pewno fakt, że żyjemy teraz w świecie tak gruntownie innym niż ten, w którym odbywała się pierwsza recepcja Soboru przez Polaków. Ten fakt, choć tak oczywisty, może ujść uwagi. Bo przecież uczestniczyli w Soborze polscy biskupi i inni duchowni, wspaniale pisał relacje młody ks. Michał Czajkowski, bywali w soborowym Rzymie różni polscy dziennikarze, a przede wszystkim Jerzy Turowicz regularnie telefonował stamtąd do „Tygodnika”. Trzeba jednak przypomnieć, że nie zawsze wolno mu było być na swoim rzymskim miejscu. Podczas trzeciej sesji (1963) czytał i komentował w Krakowie sprawozdania Henri Fesqueta, Jacka Woźniakowskiego i czasem moje, bo mając – dzięki pomocy Stanisława Stommy – wcześniej zdobyty paszport, sama pojechałam z Anglii do Rzymu, kiedy wyglądało, że nie będzie tam od nas nikogo.
Polską recepcję Soboru i nasz w niej udział trzeba analizować przede wszystkim na tle tego, czym była wtedy PRL, a raczej po prostu tego, jakie było, czym było uwarunkowane nasze właściwe życie, to znaczy życie w kraju, którego otoczkę ciągnęliśmy wokół siebie wszędzie. Gdy udało się poza tę otoczkę wydrzeć, pokusa emigracji rosła w siłę. Bezpieczniej było ostrożnie spozierać poza swój kokon, a jeśli się z niego wydobywać, to tylko na chwilę i to tak, by możliwie nie było śladu.
Ach, powie ktoś z naszych młodych kolegów czy z wiecznie młodych zachodnich przyjaciół: tak jest przecież zawsze, wszyscy mamy swoje uwarunkowania, grupy odniesienia, z którymi się liczymy, dla których piszemy takie a nie inne relacje... Kochani, to jednak było co innego, inna odpowiedzialność, inny lęk; inna świadomość, niemal ta, że ci, co mają nas czytać, żyją na innej planecie, brutalnie konkretnej, jedynie prawdziwej, a jednocześnie pozbawionej logiki, dziwacznej pod władaniem owej besançonowskiej surrealité. A my, sprawozdawcy, jesteśmy tu za granicą na spacerze, połączeni pępowiną ze swoim macierzystym łunochodem. Jerzy też musiał być podobnie skrępowany, ale poruszał się ze swobodnym wdziękiem, jakby mu nic nie wadziło. Właściwie nie wiem, jak tę sytuację przeżywał. Wtedy byłam poniekąd innym pokoleniem. I sama nie miałam tej świadomości, która teraz zabarwia wspomnienia, z konieczności refleksyjne. Wtedy, tak samo jak teraz, chwytało się każdy kęs świata po prostu jako to, co jest dane. Rzym i Sobór to był jakiś festiwal myślenia, działania, zdobywania kontaktów, a także najbardziej osobistych poszukiwań duchowych. Wokół Soboru działała swego rodzaju szkoła wiary czy teologii, inaczej niż dotąd rysowały się kontury Kościoła, przed wiarą otwierały się nowe horyzonty pojmowania rzeczy Bożych i rozumienia świata. Niewątpliwie odbywał się też mniej lub bardziej wyraźny lobbying na rzecz konkretnych rozstrzygnięć i sformułowań, na których zależało różnym środowiskom. Uczestniczyli w tym procederze chyba wszyscy, niekiedy ze skrajnie odmiennych pozycji. Jednak zdaniem np. ks. prymasa Wyszyńskiego wcale nie wypadało o tym pisać, wierni mieli widzieć Sobór jako cały święty i nadprzyrodzony, bo takim jest on „naprawdę”.
I już wtedy jawiło mi się pytanie: co w tym kontekście znaczy owo „naprawdę”? Czy tyle co „w swej istocie”? Jeśli tak, to zgoda. Ale historyk i dziennikarz muszą się zajmować nie ową metafizyczną istotą, lecz faktami uchwytnymi przy pomocy ich zawodowych metod. I tak wszyscy, także niechętni Kościołowi, musieli się nagiąć do obcowania z teologicznymi poglądami i ich dialektyką. Dziennikarze chcący zachować więź ze swoim Kościołem w osobach hierarchów mieli zadanie najtrudniejsze.
Wtedy sądziłam, i dziś powtarzam, że Jerzy Turowicz był w tym mistrzem. Mistrzem wyważenia i dyplomatycznej szczerości. Coś takiego istnieje. Jest to roztropna delikatność w dialogu z ludźmi, którzy ze swojej pozycji inaczej widzą to, co przed nami. W swej ostrożności i szacunku Jerzy jest sobą, nie gra tego dla jakichś oportunistycznych racji. Choć jednocześnie jest też lisem, to znaczy wybiera ścieżki i gubi prześladowców. Zawsze było to dla nas współpracowników szczęście, choć niekiedy trudne.

*

Dla Kościołów Europy Zachodniej i Ameryki – nie tylko północnej – Sobór był wielką burzą krytyczną. Do Polski dotarły tylko wyciszone, nieraz zdeformowane echa, zwykle trudno zrozumiałe w naszym kontekście. Dziś sądzę, że nasze myślenie było i poniekąd nadal jest zdominowane poczuciem krzywdy, jakiej doznał naród, a zwłaszcza jego Kościół. Ujawniło się to najdobitniej na Synodzie rzymskim, poświęconym scalaniu Europy po upadku komunizmu. Podczas Soboru nikt nie mógł takiego Synodu przeczuwać. Sobór nie scalał świata, choć jego części wzajem dla siebie jakoś otwierał. Uczynił to zwłaszcza inspirator Soboru, jego sprawca – Jan XXIII. Co się okaże, jeśli dziś wrócimy do jego oryginalnej myśli? A może lepiej będzie podjąć taką refleksję już dobrze w XXI wieku, może na następnym Soborze? Bo co będzie z „Postępem ludów”? Co z Janową z ducha konstytucją „Radość i nadzieja”? Czy oda do radości jako hymn nowej Europy ma z tym coś wspólnego? Czemu słucham jej z zażenowaniem, choć przecież chcę do NATO i do Unii i to możliwie szybko? – Nie przypadkiem Jan Paweł II dość blisko początków pontyfikatu napisał list apostolski „O zbawczym cierpieniu”.
Czy chcemy o tym wszystkim teraz rozmawiać, czy nie pora na to, już, jeszcze? Wspominanie musi w tę stronę zaprowadzić. Nie da się przywołać tych wielkich dni i wielkich poszukiwań i nie spytać, co dalej ze światem i z Kościołem, co z odpowiedzialnością świeckich, jakie ma ona znaleźć dla siebie struktury, jakie skuteczne formy wyrazu.

*

Jednym z kluczy do soborowej myśli wciąż jest hasło Jana XXIII – accomodata renovatio – stosowne odnowienie; niby proste, ale jednocześnie otwarte na wiele interpretacji. Rzecz tkwi w owej stosowności, przystosowaniu, dostosowaniu – na ogół rozumiano to tak, iż w wyniku odnowicielskich procesów Kościół zaszczepi też niektóre swoje słowa w języku świeckim. Już przed Soborem wielu teologów widziało, jak daleko ten proces może prowadzić, jak głębokie będą konsekwencje. Tylko niektórzy widzieli też, że w tym procesie trzeba będzie liczyć się i dostosowywać także do tego, ile odnawiania Kościół może znieść, będąc tak wielkim i zróżnicowanym ciałem społecznym i nie chcąc, nie mogąc lekceważyć napięć, jakie odnawianie musi wywołać, zwłaszcza tam, gdzie zaczęłoby się nagle, gdzie nie byłoby odpowiedzią na oczekiwania. I gdzie język świecki ma się za język wroga.
Sądzę, że podobnie jak Jan XXIII, Jerzy jest człowiekiem owej stosownej odnowy, że wielokrotnie dowiódł, jak bardzo jest do tej stosowności przywiązany i jej wierny mimo swych tak licznych przyjaźni z zachodnimi i południowymi radykałami. Rozumie ich, nie odpycha, lecz także nie ulega naciskom. Myślę, że dlatego właśnie Sobór Jerzego jest taką skarbnicą rzeczy nowych i dawnych, które wciąż warto wykładać na światło dzienne przed oczy kolejnych pokoleń tygodnikowych i polskich. Czy dość odważnie i często to robimy? Czy dość jasno widzimy, co jest teraz stosowne, to znaczy potrzebne do życia, do wytrwania przy Kościele i w wierze? Ile dawnego, co z dawnego, co z nowego, z niewydobywanego jeszcze? Jerzy ma prawo zostawiać to młodszym. Ostatnio wspaniale podjął zadanie ks. Musiał. Przyznaję, mnie samej brak sił i Turowiczowskiej cierpliwości, by wytrwale podnosić wieko soborowej skrzyni, wbrew niemal wszystkim, wbrew tym, co chcą ją trzymać zamkniętą, jakby zawierała dżina, i tym, co boją się odrobiny kurzu i naftaliny.

*

Gdy piszę te notatki, Jerzy, z którym tak dawno nie rozmawiałam, jest moim, jak sobie wyobrażam, cierpliwie słuchającym czy też cierpliwie czytającym partnerem. Tak bywało. Oddawał mi maszynopis z „ptaszkami” innego recenzenta, które mnie zawsze bardzo irytowały, i swoimi zakreśleniami, które dawały do myślenia.

Warszawa, 1 grudnia ’97

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 12 w „TP” nr 51-52/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl