Apokryf






Wyjście z opłotków
Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Krzysztof Burnetko



KRZYSZTOF BURNETKO: – Bardzo nas straszą pod koniec tego XX wieku. Jedni mówią o groźbie rozmaitych fundamentalizmów – religijnych, narodowościowych, ideologicznych. Inni przeciwnie – twierdzą, że największym niebezpieczeństwem jest bezideowość czy nawet nihilizm. Które z tych obaw są realne, a które – wynikiem nieporozumień?
RYSZARD KAPUŚCIŃSKI: – Współczesny świat jest złożony, a zachodzące w nim procesy niesłychanie różnorodne. Mówimy „świat”, ale zapominamy o jego wymiarach: że na naszej planecie żyje już prawie 6 miliardów ludzi, że mamy 192 państwa itd. Oznacza to multum kultur i interesów. Co więcej, rewolucja elektroniczna końca XX wieku świadomość tej wielokulturowości spotęgowała. Jeszcze niedawno człowiek żył zamknięty w swoim środowisku, niemal nie ruszał się poza swe opłotki. Teraz – w epoce mediów – żadnych opłotków już nie ma. Dlatego przeciwstawienie „albo-albo” jest uproszczeniem. Trafniejsze wydaje mi się: „to i to”. 
Druga cecha współczesnego świata to generalna stabilizacja. Jeśli pominąć konflikty lokalne, to wszędzie panuje pokój. Owszem, jest to kompromis pełen napięcia, bo istnieją obszary zapalne. Lecz w skali globalnej na dłuższą metę przeważa idea porozumienia i wspólnego rozwiązywania konfliktów, nie walki.
Jeszcze niedawno podstawą tego kompromisu był straszak zagrożenia nuklearnego...
– A dziś jest to wynik zdroworozsądkowego zachowania się społeczeństw. Ludzie po strasznych doświadczeniach XX wieku uświadomili sobie wagę kompromisu, który, choć nigdy nie zadowala wszystkich, jest jednak najskuteczniejszą gwarancją bezpieczeństwa. W sytuacji kompromisu nie ma miejsca na ekstremizmy, na „albo-albo”. Konieczny jest układ „to i to”. Na tym polega bogactwo współczesnego świata: na możliwości współistnienia różnych opcji, kultur, interesów. 
Lecz taka różnorodność może w równym stopniu tonować, co zaogniać konflikty.
– Nie oceniam tego – mówię o tendencji. Ona przebija się, pomimo tych wszystkich wojen: na Bałkanach, w Afganistanie, Zairze itd. Choć mamy w tej chwili na naszej planecie około 30 zbrojnych konfliktów, to nigdzie nie ma wojny międzypaństwowej. Wszędzie są to walki wewnętrzne, o charakterze lokalnym i, co istotne, nie rozprzestrzeniające się. Odwrotnie: gdy wybucha konflikt, społeczność światowa natychmiast stara się ograniczyć jego zasięg i zlokalizować spór.
– Ale to właśnie wojny domowe są najtrudniejsze do załagodzenia...
– Tak, napięcia wewnętrzne rozwiązuje się najtrudniej. Lecz dotąd światowe zagrożenie pojawiało się wskutek konfliktów międzypaństwowych lub rozbieżnych interesów grup państw. Wówczas zwykły się włączać naciski zewnętrzne itd. Taki był mechanizm wybuchu wojen światowych czy regionalnych. Dziś tego nie ma. Nie więcej niż jeden procent ludzkości bezpośrednio zaangażowany jest w konfliktach zbrojnych. Jeden procent! Przy całej tragedii i nieszczęściu tych ludzi oznacza to, że reszta planety nie jest objęta wojną. Oczywiście, grożą jej inne niebezpieczeństwa. 
Tu jednak wielkiej manipulacji dokonują media: wyolbrzymiają drobne starcia, walki plemienne czy religijne, pokazując efektowne obrazki: płonący czołg, dziecko z kałasznikowem itp. Tym samym odwracają naszą uwagę od rzeczywistych zagrożeń – bo te nie są już tak telewizyjne. 

ZAGROŻENIA CZASU POKOJU

– Co to są za niebezpieczeństwa?
– Nie istnieje już w zasadzie zagrożenie nuklearne, które wisiało nad ludzkością przez cały okres zimnej wojny. Konflikt wielkich mocarstw mógł przecież doprowadzić do zagłady świata. Ale po końcu komunizmu – a więc i ery konfrontacji dwóch światowych potęg – pojawiła się masa nowych niebezpieczeństw. Są one jednak jakby rozproszone, a przez to trudne do spektakularnego pokazania.
Przede wszystkim chodzi o biedę. Zwykłą biedę oraz związane z nią złe warunki życia, choroby, brak pracy. A dotyka to już dwóch trzecich ludzkości. I na dodatek właściwie nie widać wyjścia. Groźne jest też poczucie braku osobistego bezpieczeństwa. Człowiek coraz częściej czuje się niepewny – boi się agresji, zbrodni. To jest już powszechne i obejmuje także kraje rozwinięte. Co więcej: te nowe typy zagrożeń mają niestety charakter zjawisk trwałych i trudnych do przezwyciężenia.
Cokolwiek by jednak mówić o XX wieku, ogólny poziom życia społeczeństw podczas ostatnich stu lat bardzo wzrósł. Europę zostawmy na boku – tu już od lat nie można narzekać ani na głód, ani na zarazy, ani na inne, jeszcze niedawno groźne, plagi społeczne. Choćby jednak w Azji – i to nie tylko tej rozwiniętej, związanej z fenomenem państw-„tygrysów” gospodarczych, ale nawet w tej posowieckiej – jest już lepiej. Na korzyść zmieniły się także warunki życia w Afryce – naturalnie w jej skali, ale zawsze. 
– Można to mierzyć dwojako: materialnym, obiektywnym, poziomem życia oraz subiektywnym stanem oczekiwań. I tu pojawia się różnica. Bo choć w wielu społeczeństwach poziom codziennej egzystencji faktycznie polepszył się w porównaniu do XIX wieku, to – wobec rozbudzonych oczekiwań i nadziei – ludzie ciągle są rozczarowani. Bombarduje się ich reklamą, w telewizji widzą obrazki z bogatych państw Zachodu i siłą rzeczy porównują to ze swoim statusem. Rezultatem jest powszechne poczucie zawodu, a nawet – i to jest owa subiektywna i niekoniecznie prawdziwa warstwa – pogorszenia warunków życiowych. Co gorsza, ludzie nie mają nadziei na zlikwidowanie tej przepaści. Faktycznie: wszystkie analizy zasobności materialnej społeczeństw dowodzą, że różnica między bogatymi i ubogimi rośnie. Liczby są wstrząsające: ktoś ostatnio policzył, że majątek 358 najbogatszych osób na świecie jest równy majątkowi 45 proc. najuboższej ludzkości. 358 osób ma tyle, co 2,5 miliarda ludzi. 
Ale przecież i w Europie są źródła niepokoju: ludzie tracą pracę, więc mają poczucie niepewności jutra.
Tracą pracę w Europie dlatego, że przedsiębiorcy wolą zatrudniać tańszych pracowników w Azji, Afryce czy nawet w Ameryce Północnej.
– Tak. Stoimy – jako poszczególne społeczeństwa czy grupy społeczne – wobec rywalizacji i wolnego przepływu kapitału. Wszędzie szuka się szybszych zysków, a więc m.in. tańszych miejsc pracy. W związku z tym zmieniła się na przykład koncepcja granic. Dawniej granice państw były barierami trudnymi lub niemożliwymi do przekroczenia – symbolem berliński mur czy zaorane i zaminowane granice ZSRR. Dziś wielki kapitał i towary krążą ponad granicami i praktycznie niezależnie od nich.
Ale znaczy to też, że jeżeli przesunie się pewną pulę pieniędzy z Europy zachodniej do miejsca X, to tam poziom życia musi wzrosnąć.
– Owszem, skoczy w górę. Lecz tu zmaleje. To dobry przykład na kolejne ważne zjawisko końca XX wieku: świat stał się niesłychanie ruchliwy. Trudno wytłumaczyć ludziom przyzwyczajonym do stabilnego dobrobytu, że sytuacja, w jakiej są dzisiaj, wcale nie musi trwać zawsze. To, że dziś mają dobry zawód i opłacalną pracę, nie znaczy, że będą ją mieć jutro. W Polsce tradycyjnie przedmiotem do dumy było, jeśli ktoś pracował w jednym zakładzie 20 czy 30 lat. Teraz może okazać się to problemem. Bo dzisiaj często zmienia się pracę, miejsce zamieszkania, trzeba się uczyć nowych fachów itp. Świat tak się przeobraża, że człowiekowi trudno się w nim odnaleźć. 
Przez setki, ba, tysiące lat, człowiek żył w społecznościach w miarę ustabilizowanych – w swoim plemieniu, rodzinie, zamkniętym środowisku. Teraz bywa wrzucany w nadzwyczaj burzliwą i coraz to inną rzeczywistość. I to jest wielki problem. Bo człowiek zaczyna czuć lęk przed przyszłością, absolutnie nową i trudną do odczytania. Nie pomogą mu nawet przykłady z przeszłości.

STRASZENIE POSTMODERNIZMEM

To może prowadzić do obu wspomnianych postaw: zarówno do integryzmu, jak do postmodernizmu, rozumianego w sensie negatywnym – jako lekceważenie wartości i własnej kultury.
– Otóż właśnie: integryzm i postmodernizm. Po pierwsze, są to dwa różne zjawiska. Postmodernizm dotyczy wyłącznie cywilizacji zachodniej, integryzm natomiast występuje właściwie we wszystkich religiach, ruchach nacjonalistycznych czy ideologicznych – jest więc geograficznie biorąc zjawiskiem o wiele szerszym. Po drugie, choć na temat postmodernizmu napisano już tomy, to wciąż nie ma zgody co do jego definicji. Jest to zjawisko tak nowe – ma przecież nie więcej niż 20-30 lat – że nie jesteśmy w stanie jednoznacznie go opisać. Dlatego przypisuje mu się, co się chce, na zasadzie worka, do którego wszystko można wrzucić.
Postmodernizm jest fenomenem kulturowym, którego istota wymyka się tradycyjnym formułom i hierarchiom. Ale o tyle różni się od poprzednich trendów czy mód cywilizacyjnych, że pojawił się równocześnie z globalną rewolucją elektroniczną. W związku z tym natychmiast nabrał szerszego wymiaru. Jeżeli dawniej, w XIX czy na początku XX wieku, rodziła się jakaś tendencja kulturowa, obojętne – awangardowa czy konserwatywna, to funkcjonowała tylko w wąskich środowiskach artystycznych czy intelektualnych. Więcej, istniały prozaiczne ograniczenia geograficzne – uboga sieć komunikacyjna powodowała, że idee nie mogły szybko rozprzestrzeniać się nawet po kontynencie, nie mówiąc już o świecie. Możliwości ich ekspansji były więc ograniczone – tak geograficznie, jak środowiskowo. 
Teraz łączność elektroniczna pozwala natychmiast upowszechnić każde zjawisko. Siłą rzeczy nabiera więc ono szerokiego wymiaru. Myślimy: skoro zajmują się tym wielkie media, to nie może to być przecież tylko przelotna moda czy fanaberia... A jeśli w dodatku nie umiemy tego zjawiska do końca zdefiniować, to zaczynamy się go bać. Tymczasem postmodernizm można równie dobrze przedstawiać nie jako upadek wszelkich wartości, ale jako współczesną formę liberalizmu.
Jego źródłem ma być wielość kultur i cała złożoność współczesnego świata. To zaś może być wartością.
– Oczywiście. Jeżeli wczytamy się w literaturę teoretyczną o postmodernizmie, to zobaczymy, że w gruncie rzeczy jest to jest inny – bardziej nowoczesny i szerszy co do zasięgu – wariant liberalizmu. 
I tu dochodzimy do sedna. Dziś niezręcznie jest atakować liberalizm, pod koniec XX wieku trudno już występować przeciw liberalizmowi czy demokracji. A zatem atakuje się postmodernizm. Jest to wygodne także dlatego, że pozwala na ustawienie sobie przeciwnika: postmodernizmowi przypisać można wszystko, bo i tak nikt dokładnie nie wie, co to jest. 
Dlatego nie widziałbym takiego zagrożenia ze strony postmodernizmu. Jest to tylko nowa – i oczywiście dyskusyjna – faza myślenia i najszerzej pojmowanej kultury, odpowiadająca sytuacji, w jakiej znalazł się świat między innymi w wyniku rewolucji elektronicznej, która uruchomiła nieznane dotąd możliwości komunikacyjne, a przez to zmieniła wizję naszej planety.

UCIECZKI INTEGRYSTY

– A integryzm? 
– Problemem człowieka przełomu XX i XXI wieku jest stan wyobraźni. Nasza wyobraźnia nawykła do zupełnie innego świata niż ten, w jakim przychodzi nam żyć – dawniej był to świat ustabilizowany, zhierarchizowany, świat tradycyjnych wartości. Teraz musi się ona przystosować do zupełnie innej rzeczywistości, ale to wymaga i czasu, i wielkiej pracy kulturowej. Ten świat stawia po prostu przed człowiekiem niemal heroiczne wymagania. I wielu boi się tego wysiłku. Woli wycofać się w stary układ. Stąd tendencja do integryzmu. Bo czym jest integryzm? Jest wycofaniem. Jest wynikiem strachu przed wyzwaniami współczesności. Człowiek nie chce ich podjąć, szuka oparcia w nacjonalizmie, prowincjonalizmie, zamknięciu. Bo myśli, że tak będzie dla niego bezpieczniej. 
Tyle że integryzm może mieć dwa oblicza. Integrysta może odcinać się od świata, może też chcieć narzucić swe poglądy innym. Ale w każdym wariancie jest moment ucieczki wskutek niemożności odnalezienia siebie w świecie.

GŁÓD KONSUMPCJI CZY TRANSCENDENCJI

Czy podobną formą ucieczki nie są dwie kolejne sugerowane nam tendencje końca wieku: z jednej strony konsumpcjonizm, z drugiej wzrost duchowości? Ten ostatni przybiera formę zarówno akcesu do tradycyjnych Kościołów, jak i korzystania z oferty New Age, rozmaitych sekt, ruchów parareligijnych itd. Co zwycięży: hedonizm i skrajny materializm czy potrzeba wartości transcendentnych? 
– Człowiek współczesny jest zagubiony, wobec tego szuka dla siebie jakiegoś zaspokojenia. W różnych cywilizacjach znajduje je w różny sposób. Jedni wybierają niepohamowaną konsumpcję, inni – najrozmaiciej pojmowaną duchowość. Nie powstanie żaden jednolity model. Już choćby dlatego, że jest nas na świecie tak dużo.
Świat to wielki i niesłychanie bogaty kolaż. M. in. dlatego tak trudno o nim dyskutować. Na każdą tezę można znaleźć kontrprzykłady. Możemy powiedzieć, że świat żyje w pokoju, ale ktoś momentalnie przytoczy listę ognisk zapalnych. Możemy stwierdzić, że Europa zachodnia jest zasobna i ustabilizowana, a ktoś przypomni, że 14 proc. jej mieszkańców nie ma pracy.

SZALEŃSTWO IRRACJONALIZMU

Kiedyś, przy okazji reportażu z ogarniętego wojną Stepanakertu, jako wielkie niebezpieczeństwa końca XX wieku wymieniał Pan rasizm, fundamentalizm religijny i nacjonalizm. Co najważniejsze, za ich cechę wspólną uznał Pan irracjonalizm...
– Jeśli porównać dynamikę wzrostu populacji z rozwojem poziomu edukacji, to widać coraz głębszą przepaść. Tym samym powiększa się grono potencjalnych nosicieli postaw irracjonalnych, skrajnie emocjonalnych, a maleje – stosunkowo – liczba ludzi wykształconych. 
Niedawno ukazała się książka słynnego futurologa Francisa Fukuyamy „Czas zaufania”. Udowadnia on, że najwyższy postęp ekonomiczny nastąpił w krajach, w których istniało tak niewymierne zjawisko jak zaufanie społeczne. Tam zaś, gdzie panowała nieufność i zatomizowanie, wskaźniki gospodarcze były o wiele niższe. Tymczasem, i to nie przez przypadek, największe zaufanie występuje w państwach o najwyższej cywilizacji. Podejrzliwość, antagonizmy to cechy krajów zacofanych, niewykształconych. Dlatego tak ważny jest ów czynnik racjonalizmu. A racjonalne myślenie nie jest przecież dane: to umiejętność, którą trzeba zdobywać i rozwijać.
W Stanach Zjednoczonych zwrócono też uwagę na szersze zjawisko: że we współczesnym świecie o wszystkim rozstrzyga właśnie kultura. Amerykanie zaczęli się bowiem zastanawiać, dlaczego w ich kraju ludzie żyją na tak różnych poziomach cywilizacyjnych. Owszem, jest wiele kultur, religii, narodowości. Ale przecież jest to jedno państwo, w którym wszystkie grupy mają jednakowe prawa. Mimo to jedne społeczności, choćby azjatyckie, lepiej się organizują, a inne, na przykład pochodzenia afrykańskiego, nie mogą sobie poradzić. Stwierdzono, że klucz tkwi w kulturze: różnych tradycjach i nawykach poszczególnych społeczności. Że są kultury sprzyjające lepszej organizacji społecznej, dyscyplinie pracy itd. oraz kultury, które temu nie sprzyjają. Dziś nie ma już złudzeń: społeczeństwa troszczące się o naukę, tradycję i wychowanie mają większą szansę we współczesnym świecie niż te, dla których kultura jest czymś drugorzędnym. Problem tkwi więc nie tylko w ekonomii czy polityce, ale przede wszystkim w poziomie kultury społeczeństwa. Inwestycje gospodarcze wszystkiego nie załatwią.
Dlatego coraz więcej rządów państw rozwiniętych zwiększa nacisk na kształcenie swoich społeczeństw. Labourzyści w Wielkiej Brytanii doszli do władzy głosząc hasło „education”. Prezydent Clinton co tydzień odwiedza którąś z amerykańskich szkół i odbywa pokazowe lekcje z dziećmi. Pewnie, to gest, ale znamienny. 
Ale na taką politykę stać tylko bogatych. Skoro w świecie co rok przybywa blisko 100 milionów ludzi, a rozwój instytucji oświaty jest o wiele słabszy, to w efekcie coraz większe grupy są pozbawione dostępu do źródeł informacji, wiedzy itd. Przecież nawet rewolucja medialna nie obejmuje wszystkich połaci globu... Miliony ludzi żyją poza zasięgiem telewizora, a nawet gazety. Często bywam w takich rejonach świata, gdzie nikt nie ogląda telewizji, bo nie ma światła elektrycznego.
Niektórzy twierdzą jednak, że taką samą plagą może być, jak to nazywają, totalitaryzm racjonalizmu. Oświecony umysł – argumentują – ma to do siebie, iż przyjmuje różne motywacje różnych postaw, nie wartościuje: to jest dobre, a to złe. A taka postawa może prowadzić do indyferentyzmu. Krytycy racjonalizmu utrzymują też, że zakłada on siłą rzeczy podział na oświeconych i zacofanych, tolerancyjnych i fanatyków, co może być groźne i nieprawdziwe.
– Wszystko sprowadza się do proporcji. Jakim zagrożeniem dla świata jest totalitaryzm racjonalistów? Iluż ich mamy? Tysiąc, sto tysięcy... A na Ziemi jest nas sześć miliardów.
Zwolennicy tezy o totalitaryzmie racjonalizmu odpowiedzieliby pewnie: ale te elity mają ogromne wpływy – na największych uniwersytetach, w mediach. Potem powstają zjawiska w rodzaju political correctness itd. 
– Ale jaki to procent społeczeństwa naszej planety? Oczywiście: na jakimś campusie mogą istnieć takie tendencje... Ale to ciągle wąskie, amerykańskie lub co najwyżej jeszcze europejskie, tendencje. Większości cywilizacji zjawisko racjonalizmu jest obce – a przecież one stanowią 9/10 ludności świata. 
Oczywiście, racjonalizm ekstremalny jest groźny i absurdalny – bo szkodliwy jest każdy ekstremizm. Tylko jaka to jest proporcja w stosunku do rzeczywistych niebezpieczeństw dla naszej planety? Dlatego w takich dyskusjach ważne jest ustalenie rozmiaru problemu.

MIT FUKUYAMY, MIT HUNTINGTONA

W ostatnich latach pojawiło się, co naturalne pod koniec wieku, wiele globalnych prognoz. Autorami najsłynniejszych są amerykańscy politolodzy: Francis Fukuyama i Samuel P. Huntington. Pierwszy ogłosił, że wraz z upadkiem komunizmu i zwycięstwem liberalizmu nastąpił koniec historii. Drugi twierdzi, że konflikty na świecie nie będą mieć teraz charakteru ideologicznego czy gospodarczego, ale cywilizacyjny. Rozwój wypadków pokazał, że proroctwo Fukuyamy jest nietrafione. Co z wizją Huntingtona?
– Cała debata nad przyszłością świata przełomu XX i XXI wieku oparła się na tych dwóch teoriach. Stało się tak dlatego, że tylko Amerykanie dysponują potężnymi środkami transmisji idei. Chodzi o media, prestiż uniwersytetów, system stypendiów itd. Żaden myśliciel spoza Stanów, nawet gdyby opracował taką prognozę, nie ma szans przebić się z nią na równi z Amerykanami.
Twórcą pierwszej prognozy jest Fukuyama, który latem 1989 roku napisał swój głośny artykuł „Koniec historii?”. Stwierdził, że właśnie skończyła się zimna wojna, czyli największy konflikt świata. A skoro istotą historii jest konflikt, tym samym skończyła się historia. Za tym szedł wniosek, że ponieważ zniknął komunizm – główny wróg liberalizmu, demokracji, wolnego rynku – to teraz cały świat stanie się światem demokracji, liberalizmu, wolnego rynku. Czyli cywilizacja całego świata upodobni się do cywilizacji amerykańskiej.
Ten mit szybko został obalony: tak w warstwie intelektualnej, jak w praktyce – przez rozwój wydarzeń. Rychło jednak został mu przeciwstawiony nowy mit. Inny amerykański uczony, Samuel Huntington, obwieścił, że w miejsce wojen międzypaństwowych czy regionalnych czekają nas wielkie konflikty cywilizacyjne. Wizję tę z czasem modyfikował, ale idea pozostała niezmienna. 
Dlaczego przewidywania te nazywam mitami? Bo, po pierwsze, nieprawdą jest, że cały świat będzie taki jak Ameryka. Świat jest przywiązany do swoich kultur, pozostaje mieszanką różnych patriotyzmów i tożsamości. Pomyłka Fukuyamy polegała na utożsamieniu modernizacji świata z jego westernizacją. Tymczasem państwa mogą się modernizować, ale nie musi to oznaczać westernizacji. 
To jak wytłumaczyć tę inwazję McDonalds’a czy Coca Coli choćby w państwach Azji Środkowej czy w północnej Afryce?
– To, że integrysta islamski popija Colę, nie oznacza, iż czuje się Amerykaninem. On ciągle nienawidzi Ameryki. Niedawno w Emiratach Arabskich zobaczyłem miejscową dziewczynę ubraną w obcisłe dżinsy i równie przylegający T-shirt. Była nadzwyczaj zgrabna, więc idealnie widać było jej kształty. Ale już głowę miała szczelnie zasłoniętą chustą. To symbol: istnieje granica kulturowa, na której westernizacja się zatrzymuje. Te kraje, owszem, są coraz nowocześniejsze – lecz nigdy do końca nie zaakceptują obyczajów Zachodu. 
Błąd Huntingtona polega z kolei na tym, że oparł swą koncepcję na specyficznych przesłankach. Jej źródłem są bowiem typowo amerykańskie lęki. Czego boją się dziś Stany Zjednoczone – jedyne supermocarstwo świata? Właściwie tylko Chin. Niebezpieczeństwo ze strony masowej cywilizacji chińskiej jest stałym tematem dyskusji i polemik. Za drugie – już mniejsze – zagrożenie uznaje się cywilizację islamu. Lęki te potęguje fakt, że obie wspomniane kultury okazały się odporne na wpływy cywilizacji amerykańskiej. Dochodzą też czynniki typowo już polityczne: Chiny są tak potężne i dynamiczne, że mogą stać się dla Stanów Zjednoczonych konkurentem w przywództwie nad światem. Już teraz wszyscy się zgadzają, że w XXI wieku najważniejszym regionem globu stanie się Azja. W samej Azji zaś nauka chińskiego, mandaryńskiego staje się popularniejsza od studiowania angielskiego. Islam natomiast to oprócz ekspansji ludnościowej także kwestia ropy naftowej, bez której stałych dostaw Zachód nie może funkcjonować. 
Nic dziwnego, że Hungtington, patrząc na świat z perspektywy Waszyngtonu, traktuje cywilizacje chińską i islamską jako główne zagrożenia nadchodzącego stulecia. Ale już my, Europejczycy, nie odczuwamy tego aż tak drastycznie. Inna słabość mitu Huntingtona polega na tym, że historia dowiodła, iż między cywilizacjami niekoniecznie muszą istnieć konflikty. Świat rozwija się według dwóch reguł: konfliktu, ale i wymiany. Ba, większość kontaktów międzycywilizacyjnych była wymianą. Dlaczego więc zakładać, że świat ma być areną konfliktów? A może będzie światem wymiany? Nawet teraz stosunki z Chinami to głównie ogromna wymiana technologiczna i handlowa. Poczucie zagrożenia, będące źródłem mitu Huntingtona, pozbawiło go wiarygodności. 
Tyle że obie te koncepcje silnie ciążą na współczesnej myśli politycznej.

CZWARTA FALA DEMOKRATYZACJI

Huntington wystąpił z jeszcze jedną koncepcją: że po rewolucji w Europie Środkowej wkrótce czeka świat kolejna – czwarta już wedle jego obliczeń – fala demokratyzacji. Tym razem obejmie ona najsilniejsze gospodarczo państwa Azji i Afryki.
– Tu może mieć rację. Tendencja demokratyzacyjna rzeczywiście jest silna, a upadek komunizmu ją przyspieszył. Jeszcze 30 lat temu w zdecydowanej większości krajów Trzeciego Świata rządziły dyktatury wojskowe. I to nadzwyczaj okrutne. Teraz są już one rzadkością. W Ameryce Łacińskiej w ogóle zniknęły, a w Afryce symbolem końca stał się niedawny upadek Mobutu.
A jak powinien zachowywać się w tej sytuacji Zachód? Jego pierwsze żądanie wobec państw byłego Trzeciego Świata brzmi zwykle: zróbcie wolne wybory, bo będziemy rozmawiać tylko z demokratycznie wybranym rządem... A potem okazuje się, że w rezultacie wyborów do władzy dochodzi miejscowy watażka. I to on staje się partnerem Zachodu. Czy koniecznie trzeba narzucać innym kulturom swoje zasady: domagać się wolnych wyborów czy poszanowania praw człowieka?
– To jest przedmiot nieustannych dyskusji. Choć co do praw człowieka nie ma chyba sporu: humanitarny charakter tych postulatów jest oczywisty. W każdej cywilizacji tortury czy więzienie traktowane są jako represja niegodna wolnego człowieka.
Kwestią bardziej skomplikowaną są wolne wybory – choć zasada, że decyduje głos większości też ma starą tradycję, sięgającą choćby rad plemiennych. Równie stare jest prawo poddanych do sprzeciwu wobec szczególnie okrutnego, autorytarnego władcy. Ale faktycznie – często w wyniku wyborów władzę obejmują lokalni watażkowie. Lecz fenomen regionalnych kacyków jest produktem innego wielkiego zjawiska współczesnego świata: kryzysu państwa narodowego. Dotychczasowa formuła państwa wszędzie się wyczerpała. Dlatego niektóre państwa rozpadają się: ZSRR, Jugosławia, Czechosłowacja. Głosy o podziale słychać we Włoszech, Belgii, Hiszpanii. To w Europie. W Afryce rozpadły się Somalia, Liberia, Czad. Wiele państw istnieje fikcyjnie, na przykład Angola. Wszędzie zaczyna dominować tendencja „less government more society” – mniej rządu, więcej społeczeństwa. Dowodem choćby rosnąca rola regionów – ich tradycji, ambicji i znaczenia gospodarczego. Coraz popularniejsze stają się struktury federacyjne. Przecież patrzenie na Rosję wyłącznie przez pryzmat Kremla jest już archaiczne. Dziś jest to kraj, który się zdecentralizował – odradzają się władze lokalne, gubernie itd. Rosyjski daleki wschód, Władywostok czy Chabarowsk, jest bliżej Japonii niż Moskwy. 
Chorym, ubocznym produktem tych lokalnych ambicji bywa obejmowanie władzy przez regionalnych kacyków, mających zwykle zaplecze w strukturach mafijnych różnego typu – od nomenklaturowych po nar-kotyczne. To nieuniknione. Lecz główny trend to kryzys państwa (także zachodniego modelu państwa opiekuńczego) oraz uniezależnianie się społeczeństw od własnych rządów. Ten ostatni proces jest pozytywny, bo oznacza większą inicjatywę społeczną, branie przez ludzi swego losu we własne ręce.

CYWILIZACJA GŁADKICH

Równocześnie nasila się zjawisko manipulowania obywatelami przez elitę współczesnego świata: polityczno-biurokratyczno-medialną.
– Rzeczywiście, w ostatnich latach elity polityczne i elity mediów stały się arystokracją społeczeństwa. Są już samonapędzającą się strukturą. I obie kształtują taki obraz świata, jaki jest im potrzebny. My zaś nie mamy wyboru. Przeciętny obywatel jest skazany na taką wiedzę o otaczającej go rzeczywistości, jaką daje mu telewizja. Na to wszystko nakłada się centralizacja mediów. Kiedyś działał wydział propagandy KC, który decydował, co się się pokaże w telewizji. Teraz z wolna tworzy się światowe KC: z globalnym wydziałem kultury, który będzie ustalał, co ma świat oglądać, co ma wiedzieć o rzeczywistości.
Media coraz częściej nie pokazują rzeczywistości, ale ją tworzą. Ma to istotne konsekwencje. Dawniej człowiek miał do czynienia z jedną rzeczywistością – tą, która go otaczała; mógł więc ją zobaczyć, czasem nawet dotknąć. Od 20 czy 30 lat ma do czynienia z drugą rzeczywistością, wirtualną, której nie może doświadczyć, ale której jest świadkiem. Nasz obraz świata jest w coraz mniejszym stopniu naszym własnym obrazem świata, przeżywanym i doświadczanym. Staje się coraz częściej obrazem podawanym nam do oglądania.
Czy nie jest groźne to, że w erze telewizji do władzy mogą dojść tylko ci politycy, którzy potrafią dobrze sprzedać się na ekranie? Media grają tu na ludzkich emocjach – bo odbiorcy lubią oglądać ładnych, wymuskanych i gładkich. A potem oddają głos na Clintonów i Blairów. Czy wiek XXI będzie stał pod znakiem – jak Pan to nazywa – „cywilizacji gładkich”? I czy musi to oznaczać płytkość i pustkę?
– Właściciele mediów dopasowują je do gustów masowego odbiorcy. Informacja, nawet ta nieprawdziwa, to przecież wielki biznes – towar, który może się świetnie sprzedać. Zawodowy polityk musi zrobić to samo, bo przecież trafia do potencjalnych wyborców nie bezpośrednio, ale właśnie przez media. Nawet na wiecach ludzie widzą go na ekranie telebimu. To narzuca mu styl – ludzie chcą widzieć swojego przywódcę w eleganckim garniturze, a jeszcze w świetle kamer najkorzystniej wypada się w jasnoniebieskiej koszuli itd. Dlatego wszyscy obecni politycy wyglądają niemal tak samo – są prawie identycznie ubrani, podobnie się uśmiechają, tak samo siadają. 
Ale konieczność dostosowania się do wymogów nowoczesnych mediów nie jest równoznaczna z tym, że władzę obejmować będą politycy przystojni, lecz mierni. Bo współczesny świat stosuje też rozmaite mechanizmy eliminowania skrajności. Choćby taki, że przeciętny odbiorca nie lubi skrajności – najłatwiej akceptuje średnich. Ma to i ten skutek, że świat nie jest już polem dla ekstremistów. 

WIELKIE IDEE CZŁOWIEKA PRZYSZŁOŚCI

A czy XXI wiek będzie miał swoje wielkie idee i debaty? Oświecenie miało słynną triadę: „wolność, równość, braterstwo”, XX wiek „sprawiedliwość społeczną”, „demokrację”, „niepodległość”, a ostatnio „prawa człowieka”.
– Nie sądzę, żeby było to stulecie wielkich idei, które mogłyby porwać całą ludzkość. Ich zasób został chyba wyczerpany. Człowiek współczesny stawia na pragmatyzm, chce się kierować zdrowym rozsądkiem. I w pewnej mierze jest pogodzony ze swym losem. Pewnie, każdy chciałby, by było lepiej. Ale w gruncie rzeczy akceptujemy status quo. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 11 w „TP” nr 25/1997

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl