|
Apokryf
Znaki dobre i złe
Mędrcy przestrzegają przed przywiązywaniem zbytniej wagi do okrągłych dat; zbliżający się rok dwutysięczny kusi jednak do stawiania prognoz i hipotez na temat przyszłości. Jakie dobre, a jakie złe znaki widać na horyzoncie przełomu stuleci i tysiącleci – w polityce, kulturze, życiu społecznym? Zadaliśmy to pytanie kilku naszym Autorom i Przyjaciołom.
Ewa Bieńkowska
1. Złe znaki: to, co się ostatnio dzieje z ideą europejską. Idea zjednoczonej Europy znalazła się dzisiaj w stanie zawieszenia i coraz częściej usiłuje się ją skompromitować. Jest nie tylko podważana politycznie z wielu stron, opóźniana przez trudności gospodarcze i instytucjonalne. Jest również podważana jako symbol, znak lepszej przyszłości.
Przypomnijmy sobie nastroje towarzyszące upadkowi muru berlińskiego: mogłoby się zdawać, że droga do przyszłości stoi otworem przed nami, Europejczykami ze wschodu i z zachodu. Potem przeżywaliśmy stopniowy uwiąd nadziei na nieuchronny rozwój ku tej ponadnarodowej całości, gdzie spotkamy się wszyscy wokół pewnej koncepcji życia: życia w wolności, sprawiedliwości i dobrobycie. Teraz widzimy, że ta droga będzie bardzo trudna, że opór, który jest w nas, w materii społecznej i psychicznej, jest ogromny. Rozczarowanie procesem europejskim – i w Polsce, i na Zachodzie – otwiera pole dla ruchów, które będą proponować ludziom rozwiązania całkiem złudne, cofnięcie wskazówek zegara, ucieczkę w utopię państwa zamkniętego. To jest jedna z moich podstawowych obaw.
2. Co do dobrych znaków: zaliczam do nich rozpowszechnienie się wrażliwości moralnej – wrażliwości na prawa człowieka. Polityka jest dziś odczuwana jako coś, co nie może być wyłącznie pragmatyczne, ale musi również legitymować się zgodnością z podstawowymi wymaganiami wrażliwości moralnej. Oczywiście, w sferze społecznej istnieje stale napięcie między skutecznością a zasadami, jesteśmy zagrożeni z jednej strony cynizmem, z drugiej moralizatorstwem. Ale widzimy, że nawet przez nasze błędy i niekonsekwencje, przez hipokryzję i niskie kalkulacje dochodzi do głosu w masach ludzkich coś, co będzie coraz trudniej stłumić: pewien obraz człowieka, godności ludzkiej, jako usprawiedliwienie całego procesu cywilizacyjnego, jako cel i sens tego procesu.
Jest to sprawa ogromnej wagi – i niebywale trudna do wcielania w życie. Wrażliwość moralna (mówię właśnie o wrażliwości, a nie o systemach moralnych, bo ludzie często do żadnych systemów się nie przyznają) rozbija się często o stare reguły polityczne. Trudność polega na tym, że ta wrażliwość nie wytworzyła – na ogólną skalę – swego organu działania, często pozostaje na poziomie intencji i bezsilnych deklaracji. Ale jest czymś żywym jako spojrzenie na politykę, jako nowe wymaganie pod jej adresem. I znów nie idzie o to, żeby politykę zastępować moralizowaniem. Idzie o to, aby ludzie mogli nabrać przekonania, że świat, w którym żyją, nie jest samoczynnym mechanizmem pędzącym przed siebie w nieznanym kierunku.
Ewa BIEŃKOWSKA – historyk kultury, eseistka i prozaik.
Ks. Adam Boniecki MIC
Czy znaki zwiastujące koniec świata mam zaliczyć do dobrych, czy do złych? Na ogół znaki nie są jednoznaczne – woda w Starym Testamencie to raz znak kary Bożej (potop), innym razem znak Bożego zmiłowania (na pustyni, wydobyta przez Mojżesza ze skały). Chciałem więc o znakach zwiastujących koniec świata nie pisać, choć w gruncie rzeczy wszystkie go zwiastują.
Znak 1. Obok nowych i starych nacjonalizmów, postępujące umiędzynarodowienie Kościoła. Nie kościelnych elit (to było) i nie anonimowej rzeszy pielgrzymów w Composteli (też było), ale ludzi tak zwykłych, jak uczestnicy spotkań Taizé lub papieskich Światowych Dni Młodzieży. Dobry to, czy zły znak? Wychodzenie z getta, z zamknięcia, z narodowych, rasowych itp. uprzedzeń – bardzo dobrze. Tylko: czy globalna wioska zastąpi wioskę rodzinną? A ta ostatnia: czy w ogóle się ostoi wobec przyspieszenia technik informacji? A jeśli się nie ostoi, to gdzie będzie można się schronić przed kosmicznym wichrem?
Znak 2. Przyspieszenie postępu technicznego. Wielkie przyspieszenie, może nawet kolejna rewolucja jakościowa. Całkiem niedawno ambitni krakowscy studenci ustalali godziny korzystania z jedynego dostępnego im komputera, przywiezionego przez J. O. ze Stanów Zjednoczonych. A dziś...
Albo w zakresie komunikacji... Pytamy, jak dziennikarze mogli pracować bez telefonów komórkowych? Za kilka lat komórka będzie czymś tak samo zabytkowym jak telex. Internet: nowy rodzaj międzyludzkich więzi. Znaki czasu, ani dobre, ani złe. Tylko: czy będzie możliwa pustelnia bez internetu? Czy można jeszcze znaleźć klasztor bez telewizora? Wszystko wskazuje na to, że się niebawem rozpocznie exodus na pustynię. Niewątpliwie prędzej czy później odpowiedzią na fascynacje techniką będzie rewolucja serca, większe zwrócenie uwagi na człowieka i pragnienie samotności z Bogiem. Czy obecne ruchy religijne, na ogół mało intelektualne a bardzo emocjonalne, nie są początkiem owej rewolucji?
Znak 3. Szybko rosnące dysproporcje między nędzą i bogactwem; emigracja motywowana szukaniem lepszych warunków. Żaden z systemów zmierzających do zahamowania tego ruchu nie okazał się skuteczny. Sytuację można porównać do pękającej pod naporem morza tamy. O czym mówią te znaki? Że niebawem będziemy mieli arabskie miasto Paryż, arabski Rzym, hinduski (a może chiński) Londyn. O kulturę nie ma się co martwić. Barbarzyńcy przejmą kulturę Rzymian. Oczywiście sporo rzeczy przepadnie.
Znak 4. Formalizm i przerost struktur, prymat instytucji przed człowiekiem. Uświadomienie sobie tego zaowocowało masą religijnych ruchów, grup, środowisk. Duże zakony dzieliły się na małe wspólnoty, rozlokowywane po mieszkaniach. Powstały także nowe zakony lub quasi-zakony. Niektóre dawne (zwłaszcza zakony czynne z XIX wieku) – wymierają. Mówi się, że wypełniły swoją misję. Nowe nie chcą być podobne do starych, ale przeżywają podobne kryzysy. One też szybko się starzeją. Może także wypełniły swoją misję? Czy powstaną nowe? Znawcy twierdzą, że już powstają. Zmianę epok zdecydowanie najlepiej znoszą zakony kontemplacyjne. Trwają takie bastiony, jak jezuici, benedyktyni, salezjanie i kilka innych. Być może ma rację Messori, gdy twierdzi, że znakiem naszych czasów jest gwałtowny rozwój Opus Dei.
Znak 5. Brak moralnych autorytetów. Jeśli są, to są w cenie, ale rzecz w tym, że ich nie ma. Zabrakło? A może dzisiaj stawia się im większe wymagania? Papież ma tu bardzo wysokie notowania, tak wysokie, że wręcz się mówi, iż jest jedynym autorytetem moralnym w tzw. dzisiejszym świecie. Papieskiego autorytetu moralnego broniły niegdyś kary kościelne. Dzisiejszy świat nic sobie z kar kościelnych nie robi. Autorytet albo jest, albo go nie ma. Laicyzacja przybliżyła Kościół do pierwotnego wzorca. Twierdził Rahner, że chrześcijanie XXI wieku będą mistykami, albo ich wcale nie będzie. Nie przypuszczam, żeby aż tak. Wszystko jednak wskazuje na to, że w XXI wieku będzie wśród chrześcijan nieco mniej hipokrytów, a więcej świadków.
Ks. Adam BONIECKI (1934) – długoletni redaktor
„Tygodnika Powszechnego”, obecnie przełożony generalny Zgromadzenia Księży Marianów.
Mieczysław Porębski
Wypatrywanie znaków na niebie i ziemi, zwłaszcza w takich momentach, kiedy liczenie na palcach zaokrągla nam liczbę lat do stu, a stuleci do tysiąca, nie jest bezpieczne. Coś jednak w tym jest, może dlatego, że przemianą wieków zawiaduje nie tylko pożarczy Chronos, ale i odmieniający oblicze świata, gdy przebiera się miara zła i nieprawości – Kairos. Więc zaryzykuję.
Wiek XX jaki był, taki był, podobne fale barbaryzacji, rozpadu i bezwładu nie pierwszy raz nawiedzają świat, choć może nie w takiej skali, natężeniu i jawności, jaką zawdzięczamy wszechpenetracji mediów. Groźba duchowej pustki, atomowej, ekologicznej, demograficznej i wszelkiej innej zagłady to jednak nie przelewki. Zatrważających znaków na rok 2000 aż nadto, nie ma potrzeby ich wyliczać. Przyznam się, że nie zazdroszczę tym, którym w XXI wieku przyjdzie naprawiać to, cośmy w XX zepsuli. Wierzę jednak, że to jest jeszcze możliwe i że do ostateczności, wbrew – zasadnym przecież – katastroficznym prognozom Lema nie dojdzie.
A znaki, które by świadczyły, że idzie, czy ostrożniej – jest szansa, by szło ku dobremu? Znak pierwszy to mnożące się z dnia na dzień niemal odkrycia naukowe, z których każde mogłoby mieć rangę przełomu, a w sumie składają się na lepsze, nieporównywalne z niczym, co było dotychczas rozumienie Kosmosu, naszego w nim miejsca i naszej za to miejsce odpowiedzialności. W tym również lepsze rozumienie zagrożeń, jakie nieść może, nie tyle dla świata, ile dla nas samych, nieoględne nadużywanie środków, jakie nam, uczniom czarnoksiężnika, ta nowa wiedza oddaje w ręce.
Znak drugi to przemiany, które zachodzą w sferze duchowości. Staje się mianowicie coraz bardziej oczywiste, że wszyscy mają serdecznie dosyć tego, co zwykło się nazywać postmodernizmem: jego relatywizmu, rozchwiania, eklektycznej zabawy klockami Lego, pragmatycznej instrumentalizacji wszystkiego – władzy, religii, obyczajowości. Tym bardziej znamienna i znacząca jest niedawna pielgrzymka Ojca Świętego do Polski, jego nawoływanie, żeby prawda była prawdą, godność ludzka godnością, a religia religią – tym, co łączy (religo – łączę), kultem, modlitwą, również kultem świętych, którzy – jak Wojciech Sławnikowicz czy Królowa Jadwiga – łączą narody, kultury, powołania. W tym kontekście obecność w Gnieźnie siedmiu prezydentów to dobry omen – oby owocował.
I tu znak trzeci – obecność młodzieży, która na coś czeka, czegoś chce, przeciwko czemuś bywa że i protestuje. Młodzieży, wychodzącej po wszystkich, czasem przerażających zawirowaniach z zapaści, w której pogrążyła świat zimnowojenna mediocritas, jeśli nie stultitia, dziś jeszcze dominująca w polityce, mediach, wzorach konsumpcyjnych. Papież odwoływał się do tradycji oaz. Takich oaz, na różnych drogach i różnymi środkami poszukujących prawdy zakodowanej w Kosmosie, historii, księgach, obrzędach, międzyludzkiej wrażliwości na drugiego, trzeba nam jak najwięcej.
Mieczysław PORĘBSKI (1921) – historyk sztuki, krytyk, eseista i prozaik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Barbara Skarga
Z jaką filozofią będziemy wkraczać w trzecie tysiąclecie? Chociaż przewidzieć oczywiście niczego nie można, mam nadzieję, że będzie ona równie barwna czy różnorodna jak obecnie. Że będzie wielka – mimo tych biadań o końcu filozofii. Kiedy się spogląda na całość XX wieku, to widać, jak wiele wspaniałych zrodziło się koncepcji, z których długo jeszcze będziemy czerpać. Husserl, Wittgenstein, Jaspers, Scheler, Heidegger, Levinas – że wymienię tych kilka nazwisk. Mam też nadzieję, że myśl zachowa wolność tworzenia w różnych kierunkach, nie spętaną dogmatyzmem, zawsze otwartą i żywo reagującą na problemy, których jeszcze nie znamy – ale które zaistnieją.
Wolności myśli nie boję się, mimo współczesnych prób przedstawiania liberalizmu, a także postmodernizmu jako siewu diabła. Sporo tu przesady. Od diabła daleko. I niech mi wolno nawiązać do słów Jana Pawła II, który upomina, aby zdobywać się na discernimento, a więc na rozróżnienie tego, co w krytyce bywa słuszne. Myślę, że powinniśmy pamiętać, iż tylko w wolności rodzi się odpowiedzialność, zarówno za czyn, jak i za słowo. Jeżeli popatrzymy na postmodernizm jako na reakcję przeciwko systemom, tym właśnie systemom, które zrodziły totalitarne ideologie, jako na opór wobec humanizmu w marksowskim wydaniu, opór przeciwko zniewalającym fundamentalizmom, to dostrzeżemy jego stronę pozytywną. Rzecz tylko w tym, że postmodernizm stał się zbyt radykalny w swych tezach, nie zna umiaru zwłaszcza w takich hasłach, jak różnica, rozsianie, relatywizm, antytożsamość, dwuznaczność, wolna gra poglądów i nie tylko poglądów. Gdy się słucha takich haseł, wydaje się, że obserwujemy nie dekonstrukcję, lecz destrukcję – a o nią wcale nie jest tak trudno. Jestem jednak pewna, że postmodernizm to moda przejściowa, która już zaczyna destruować siebie samą.
Filozof bowiem dostrzega, a w każdym razie powinien dostrzegać, że absolutna wielość i absolutna różnica to pustka i chaos, o czym pouczał nas jeszcze Platon w
„Parmenidesie”. Że zarówno myśl, jak i nasze życie społeczne muszą godzić wielość i jedność, różnicę i tożsamość. Jest charakterystyczne, że młodzi adepci filozofii, ci, którzy zaczynają myśleć, dobrze to rozumieją i bynajmniej nie starają się przekreślać takich pojęć jak prawda, tradycja lub człowiek. Nawet wówczas, gdy debatują o kresie człowieka, a termin to niezmiernie modny, to raczej w poczuciu, że właśnie w człowieku przede wszystkim ujawnia się zło. Że zatem musi się on odmienić. Na ten pogląd wielki wpływ ma Levinas, bo to on mówił, że ważniejsze jest
„ty” niż „my”, że temu „ty” należy się szacunek i że za jego los jesteśmy odpowiedzialni. Młodzi ludzie z żarliwością studiują metafizykę jako etykę.
Może dodam coś jeszcze. Nasz wiek to wiek komunikacji, a więc dialogów, sporów i trudnych uzgodnień. Jest prawdą, że zalew informacji ma wyraźne strony negatywne. Ale ludzie prymitywni zawsze bywali oczarowani błyskotkami. Naszą polską biedą jest niski poziom kultury mas. Zbyt duży procent ludzi niewykształconych, prymitywnych, bez własnego sądu i podatnych na najgorsze wpływy, i to idące z różnych kierunków, niekoniecznie z zachodniej Europy. Ale młodzież jest coraz lepiej wykształcona, coraz silniej garnąca się do studiów, otwarta, krytyczna, poszukująca prawdy. Dowodem tego jest jej obecność na spotkaniach z Janem Pawłem II. I cała w niej nadzieja.
Barbara SKARGA – historyk filozofii, autorka wspomnień z pobytu w więzieniach i łagrach sowieckich, profesor Polskiej Akademii Nauk.
Piotr Wandycz
Złe i dobre znaki? Temat to szalenie obszerny, jako historykowi stosunków międzynarodowych i dyplomacji zgrabniej mi skupić się na własnej dziedzinie. Nie jest rewelacją stwierdzenie, że załamał się dwubiegunowy system okresu zimnej wojny i w tej chwili zaczyna się wytwarzać układ nowy, którego kształtu nie znamy. Zależnie od punktu widzenia, możemy patrzeć na przyszłość albo optymistycznie, widząc butelkę do połowy pełną, albo pesymistycznie, uważając, że jest do połowy pusta.
Wariant najbardziej optymistyczny: jakkolwiek nie wiadomo właściwie dokładnie, co wynikło z umów NATO z Rosją, załóżmy, że prowadzą one ku większej stabilizacji i bezpieczeństwu światowemu. Powstaje nowy system – z jednej strony Narody Zjednoczone, które nie zyskają chyba w najbliższych latach na znaczeniu i autorytecie, z drugiej nowe NATO: Ameryka, Europa i Rosja jako człon trzeci, Europa bez Rosji połączona ze Stanami Zjednoczonymi bardziej ścisłymi więzami, natomiast z Rosją zaczepiona umowami innego typu, które rozładowują niebezpieczeństwo bezpośrednich konfliktów.
Drugi wariant jest pesymistyczny: Rosja nie pogodzi się z upadkiem swojej pozycji, pozostanie stałym ośrodkiem niepokojów i narastających konfliktów – choć na razie nie militarnych. Kiedy się patrzy na mapę i myśli o okręgu kaliningradzkim, to człowiek zaczyna mieć nieprzyjemne skojarzenia, zwłaszcza gdy sobie przypomni dyskusję sprzed paru lat o ewentualnym korytarzu przez Suwalszczyznę... Kolejne zagrożenie to splot problemów związanych ze światem muzułmańskim, który także może w przyszłości stworzyć zagrożenie dla istniejącego systemu euroamerykańskiego. I jeszcze narastający problem demograficzny.
A co z Chinami, co z Japonią, które tworzyć mogą nowe ośrodki siły? W tej chwili Amerykanów trapi pytanie, czy Chiny mogą się porozumieć z Rosją, i obawa przed tym porozumieniem jest jednym z powodów wstrzemięźliwości niektórych kół w Ameryce wobec planów rozszerzenia NATO: uważają one, że nie należy drażnić Rosji, lepiej pójść wobec niej na maksymalne ustępstwa. Inni uważają takie porozumienie za zupełnie nieprawdopodobne. Chiny będą się oczywiście rozwijać, ale ich rozwój musi się – przynajmniej do czasu – opierać na technologii zachodniej. Rosja im tej technologii nie dostarczy, ani nie pomoże przekształcić się w mocarstwo, zakładając nawet, że miałaby na to w ogóle ochotę.
Ograniczam się tu do wymiaru polityki międzynarodowej, zostawiając na boku gospodarkę, na której się nie znam – wiadomo, że w tej dziedzinie pewien kryzys przeżywają nawet państwa wysoko rozwinięte. Eksperci twierdzą, że gdyby Ameryka chciała dziś zrealizować nowy plan Marshalla, okazałoby się to niewykonalne, bo podatnik amerykański nie zniósłby podobnych obciążeń. Państwo opiekuńcze załamuje się w Szwecji, kłopoty widać we Francji i w Niemczech. Nie należy zapominać o możliwości konfliktu na tle gospodarczym. Do listy zagrożeń dorzuciłbym jeszcze pustkę ideologiczną, bardzo dziś wyraźną wszędzie, czy ją nazwiemy postmodernizmem, czy – jak chce o. Zięba, mówiąc o Polsce – socpostmodernizmem.
W tym równaniu jest tyle niewiadomych, że nie sposób pokusić się o jego rozwiązanie. Mój kolega i przyjaciel z uniwersytetu w Yale, Paul Kennedy wydał niedawno książkę
„Oczekując na XXI wiek”, wychodząc m.in. od Malthusa i opisanego przezeń dylematu zwiększającej się liczby ludności i niewystarczających środków: także on nie dochodzi do jednoznacznych wniosków. Cały ten wywód wypada więc zakończyć stwierdzeniem: tak naprawdę nie wiemy, co nas u progu 2000 roku czeka.
Piotr WANDYCZ (1923) – historyk, profesor Yale University.
Ks. Tomasz Węcławski
Przeczytałem niedawno o pomysłowych ludziach, którzy jako „światowe wydarzenie medialne” na przełom tysiącleci zaplanowali zdmuchiwanie dwu tysięcy świeczek na gigantycznym torcie przez tłum zgromadzony na wielkim stadionie. Rzecz miałaby być transmitowana na cały świat przez wszystkie możliwe media. To właśnie ten
„radośnie-twórczy” pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy usłyszałem pytanie Redakcji. I nie chodzi o spiętrzenie banału i kiczu, jakim pewnie stanie się to
„medialne wydarzenie”. Chodzi o zły znak, którym pomysły tego rodzaju są dla naszej cywilizacji. Chodzi o niewspółmierność możliwości, środków i narzędzi, które gotowi są zastosować pomysłodawcy oraz treści i sensu przekazu zawartego w ich pomyśle. Chodzi o erozję wiary, myśli i ducha, która musiała się dokonać, żeby zrobić miejsce tego rodzaju
„światowym wydarzeniom”. Chodzi wreszcie o ukryty w tym pomyśle ładunek pogardy dla ludzi, którzy mają w tej akcji tak czy inaczej uczestniczyć.
Może ktoś powiedzieć, że mój sąd jest zbyt ostry, przyczyna zbyt mała, a reakcja przesadna. Nie sądzę. Jeśli pogodzimy się z – wspieranym najwyższej jakości (i ceny) środkami technicznymi – zalewem tandety i banału, grozi nam globalne zidiocenie.
Dopiero na takim tle czytam inne znaki. Są bowiem inne znaki. Co pewien czas, wciąż na nowo, czasem zupełnie niespodziewanie, w świecie, w którym zrobiło się tandetnie, duszno i ciasno, padają słowa i dzieją się rzeczy, które są jak powiew świeżego powietrza. Przychodzą z najróżniejszych stron. Nie będę ich wymieniał i nazywał. Zdaje mi się, że każdy, kto czuje i słucha, sam potrafi je rozpoznać i nazwać. Kiedy to się zdarza, wiem, że rodzina ludzka, do której należę, żyje. Wiem też, że powiew, który to sprawia, skądkolwiek przychodzi, ma naprawdę jedno źródło.
Ks. Tomasz WĘCŁAWSKI (1952) – teolog, rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu.
Elżbieta Wolicka
Przeciętny obywatel kończącego się właśnie tysiąclecia ma wszelkie powody, by czuć się nieswojo w krajobrazie i klimacie kultury uczenie zwanej postmodernistyczną. W swej postaci zgrzebnej i ulicznej, komercyjno-reklamowej i medialnej, oferuje mu ona nadmiar chaotycznych, agresywnych bodźców, atakujących wszystkie jego zmysły, świadomość i podświadomość. Naraża na szwank suwerenność
„istnienia poszczególnego”, a jego tożsamość roztapia w bezjakościowej anonimowości. Ponowoczesność znajduje wszakże, wśród swoich akolitów, wykładnie wyrafinowane, w postaci sceptyczno-ironicznej
„gry dyskursów”, tekstualnej „dekonstrukcji”, „sztuki krytycznej” itd., które z kolei atakują wszystko, co dotąd opatrywano jakimś znakiem wartości bezwzględnych.
Myślowa bezradność i praktyczna bezbronność wobec rynku ofert konsumpcyjnych oraz rynku idei, na którym zasadę porządku, rangi i miary zastąpiła dyrektywa dowolnie wymiennych
„propozycji alternatywnych”, przywileje dla wszelkiej tandety oraz łatwość kreowania idola fori z każdego pretensjonalnego, a dobrze się sprzedającego głupstwa, wydają mi się szczególnie złymi znakami czasu, w którym żyjemy. A także, z drugiej strony, reakcje ksenofobiczne i mentalność getta, które na naszych oczach przeżywają swój renesans.
A znaki dobre? Widzę je przede wszystkim w nowo obudzonej wrażliwości na wszelkiego rodzaju opresje i związane z nimi cierpienia, których tak silną dawkę zaaplikował
„istnieniom poszczególnym” i organizmom zbiorowym wiek XX. A także w poczuciu solidarności, rzec można globalnej, wyzwalającej przedsięwzięcia, których symbolicznym przykładem może być działalność Matki Teresy, Jeana Vanier, Amnesty International czy Stowarzyszenia Lekarzy bez Granic. Czy ta opcja humanitarna i aktywność interwencyjna założy fundament dla jakiejś ponowoczesnej mutacji dojrzałego, ekumenicznego humanizmu – trudno prorokować. Na razie podzielam nastrój powściągliwego pesymizmu, panujący w Republice Poetów, która (i to też dobry znak) wyjątkowo mocno się trzyma:
Kto chciał cieszyć się światem,
ten staje przed zadaniem
nie do wykonania.
Głupota nie jest śmieszna.
Mądrość nie jest wesoła.
(Wisława Szymborska)
Elżbieta WOLICKA – filozof, teoretyk sztuki, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, redaktor
„Znaku”.
Jacek Woźniakowski
O znakach plus i minus, zapowiadających XXI wiek, napisano już potężną bibliotekę. Szczególnie ciekawe wydają się te znaki, które są jednocześnie dobre i złe, lecz nawet tak zwężony temat okazuje się bezbrzeżny: gadać można bez końca choćby o dobrodziejstwach i grozie biogenetyki, komputeryzacji, rozbicia atomu itd. itp. Ale nasze wnuki, wczesne i późne, będą mieć praktycznie do czynienia z drobnymi tylko wycinkami przeróżnych problemów, a znaki zapowiednie owych problemów bywają w perspektywie milenijnej aż śmiesznie błahe. By jednak z wnukami należycie współodczuwać, warto tytułem sondażowych próbek wyłowić na chybił trafił kilka takich znaków czy znaczków.
Na przykład ekumenizm – chyba jedno z czołowych zadań, jakie staną przed Kościołem. Tu zbliżenie – najazd obiektywu na Polskę. Doktrynalnie znacznie bliżsi jesteśmy prawosławia, ale kulturalnie, więc także filozoficznie – protestantyzmu (mimo kadzideł i bardzo wschodniej koronacji obrazów). Proszę poważnie pomyśleć, jakie problemy to rozszczepienie postawi przed naszym, oby ekumenicznym chrześcijaństwem w XXI wieku?
Całkiem inna próbka dotyczy nierównowagi umysłowo-moralnej świata, zapchanego jakże potężnymi środkami niszczenia. Technotroniczny miecz w ręku pierwszego lepszego szalonego: cóż za problem dla demokracji, w której szaleńcy mogą się okazać większością! Młodzież neohitlerowska, skuczność za Stalinem i pyszałkowate zapędy neoinkwizytorskie, strzelający na oślep żołnierze i dziecinne szajki morderców, gwałciciele małoletnich zwłaszcza w czasie więziennych urlopów, immunitety parlamentarne chroniące chuligaństwo wybrańców tudzież ustawy, chroniące pijaków za kierownicą (bo przecież oni zabijają nieumyślnie, jak orzekł niedawno pewien dobrotliwy sędzia) – to bardzo rozmaite symptomy zbiorowych zaćmień mentalnych, które mogą stać się plagą XXI wieku, nie mniej groźną niż AIDS. Biedne byłyby nasze wnuki, gdyby nie to, że jak zwykle w dziejach bywało, znajdą chyba antidota, ponownie odszukają korzenie ludzkiej solidarności lub otrzymają od Opatrzności inne dary, o których nam się jeszcze nie śniło: bo też znaki tych ewentualnych plusów wydają się chwilowo mniej widoczne, może głębiej od tamtych, minusowych, ukryte w ludzkich sercach?
Jacek WOŹNIAKOWSKI (1920) – historyk sztuki, eseista, publicysta, em. profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, długoletni dyrektor Wydawnictwa Znak.
|