|
Apokryf
Z życzliwego dystansu
Jaki był dla Polski rok 1996? Które z wydarzeń w polskim życiu publicznym można uznać za szczególnie poruszające, znamienne, bulwersujące? Z tym pytaniem zwróciliśmy się do grupy osób, które choć nie są Polakami, wykazują życzliwe zainteresowanie naszym krajem. W ten sposób powstała mini-ankieta, którą poniżej publikujemy. Okazuje się, że z życzliwego dystansu polskie sprawy widać nieco inaczej, niż czasem myślimy.
Szymborska i Kielce
Neal Ascherson
Polskim wydarzeniem, jakie sprawiło mi największą radość w roku 1996, była Nagroda Nobla dla Wisławy Szymborskiej. Kryje się w nim ważne przesłanie: że polskie osiągnięcia w siedem lat po roku 1989, nie polegają tylko na robieniu pieniędzy oraz że przenikliwa, krytyczna wyobraźnia, będąca w tak znacznym stopniu natchnieniem dla Europy, jeszcze nie zginęła. Ludzie nie krzyczeli z radości, tak jak w roku 1978 – na wieść o godności dla innego Polaka. A może należało. Całej Europie potrzeba owej mocy twórczej, wyrastającej z gorzkich doświadczeń, mądrości i odwagi eksperymentowania, która była tytułem do chwały polskiej inteligencji.
Innym wydarzeniem, które mnie poruszyło – słowo „uradowało” nie byłoby właściwe – były obchody 50. rocznicy pogromu kieleckiego. Przez pół wieku polską świadomość zatruwała niezdolność do uczciwego przyjrzenia się ciemnym stronicom w historii stosunków polsko-żydowskich. Winę za ten defekt ponosi przede wszystkim cyniczne dławienie prawdy o faktach i manipulowanie emocjami ze strony władz komunistycznych. Bez względu jednak na okoliczności, wypowiedzenie słów takich jak te, które padły w Kielcach z ust premiera Cimoszewicza, nigdy nie było łatwe; ktokolwiek by je wypowiedział, musiał się liczyć z gwałtownymi protestami. Premier miał też słuszność stwierdzając, że w długich dziejach symbiozy polsko-żydowskiej są rzeczy, z których Polacy mogą być dumni. Obchody kieleckie były wielkim krokiem naprzód w odzyskiwaniu przez Polskę jej własnej historii.
(przeł. AS)
Autor jest publicystą londyńskiego „The Independent on Sunday”. Wydał książki:
„Polski sierpień”, „The Struggles for Poland”.
Kłopoty z aferą Oleksego
Klaus Bachmann
Wydarzeniem, któremu poświęcałem w tym roku najwięcej czasu w Polsce, była
niewątpliwie tak zwana afera Oleksego. Ponieważ do wszystkich takich rewelacji podchodzę z dużą ostrożnością, nie zaskoczyło mnie, że nie udało się całej sprawy ostatecznie wyjaśnić. To przecież nie pierwsza wielka afera w Polsce, która nie została wyjaśniona.
Doszedłem do wniosku, że – przynajmniej dla mnie – Józef Oleksy nie jest ani świadomym zdrajcą lub rosyjskim szpiegiem, ani niewinną ofiarą brudnej prowokacji. Jest raczej ofiarą swoich własnych, wyuczonych w poprzedniej epoce przyzwyczajeń politycznych, braku zaufania między głównymi siłami politycznymi w Polsce (wszyscy uważają, że ich przeciwnik jest zdolny do wszystkiego) i faktu, że w Polsce jak dotąd nie udało się wypracować klarownych, sprawnych mechanizmów wyjaśnienia takich afer.
Nie da się zupełnie zapobiec sytuacji, w której premier albo inny wysoki funkcjonariusz publiczny jakiegoś kraju okaże się szpiegiem lub jest niesłusznie obwiniony o szpiegostwo. Ale da się zapobiec sytuacji, w której nikt z czystym sumieniem nie może powiedzieć, czy delikwent był naprawdę szpiegiem.
W innych krajach nie tylko wyjaśnia się czy oskarżenie było słuszne lub nie, lecz również ujawnione zostają wszystkie okoliczności całej afery. W Polsce komisja parlamentarna badała tylko, czy organa państwa działały zgodnie z prawem, ujawniając poszlaki świadczące o naruszeniu przez kogoś prawa. To trochę tak, jakby prokuratura za każdym razem, kiedy policja zatrzymuje np. osobę podejrzaną o kradzież, zaczęła badać, czy policjanci nie zatrzymali tej osoby, żeby wydusić od niej łapówki.
Co można zmienić? Większego zaufania na scenie politycznej na razie nie będzie. Afer szpiegowskich nie da się uniknąć w stu procentach, w przyszłości będzie ich raczej więcej. Można zrobić jedno: wprowadzić więcej przejrzystości do polityki. Dylemat, czy rozwiązać taką sprawę publicznie, narażając np. interes UOP-u, ale kosztem zaufania publicznego do procedur demokratycznych, dotychczas był rozstrzygany zawsze na korzyść interesu odpowiedniej instytucji państwowej. Proponuję to odwrócić: interes państwa niemieckiego nie ucierpiał na tym, że wszystkie ważne afery, w tym szpiegowskie i wywiadowcze, były wyjaśnione przy otwartej kurtynie, posiedzenia komisji parlamentarnych były jawne, nawet konfidenci wywiadu musieli tam zeznawać (w maskach, anonimowo albo otwarcie; potem zapewniano im zmianę tożsamości). Nie rozumiem dlaczego, w Sejmie wciąż trzeba większości głosów do powołania komisji śledczej. To jest typowa broń opozycji.
Jeżeli rządowa większość chce kontrolować własny rząd, to ma do tego NIK, URM, UOP, policję, prokuraturę albo po prostu możliwość odwołania tego rządu. A opozycja, tak jak to jest dziś, może rząd kontrolować tylko wtedy, kiedy zgadza się na to rządowa większość. Zaufanie jest dobre, kontrola jest lepsza – mawiał Lenin. Widać, że nie był Polakiem. W Polsce nie ma ani zaufania, ani kontroli. A to wydaje mi się znacznie ważniejsze, niż roztrząsanie kwestii, czy Józef Oleksy był szpiegiem.
Autor jest warszawskim korespondentem „Stuttgarter Zeitung” i „Berliner Zeitung”.
Pytania o przyszłość
Christopher Bobinski
Najbardziej uderzającym zjawiskiem mijającego roku było to, co bardziej przenikliwi obserwatorzy przewidzieli już rok temu – debaty polityczne obracały się wokół kwestii wyrastających z przeszłości, a nie przyszłości Polski. Jest to oczywiście wynik ostatniej kampanii prezydenckiej i zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego. Przejęcie władzy przez układ postkomunistyczny wywołało reakcję prawicy, która ruszyła do boju pod hasłami odwołującymi się do wydarzeń minionych. Mniej interesuje ją ocena dzisiejszych działań władzy w kontekście wyzwań i zagrożeń, przed którymi stoi kraj i społeczeństwo.
Mieszkam niedaleko kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Często widać tu autobusy pełne członków
„Solidarności”, przybywających lub udających się na kolejną pielgrzymkę. Rocznicowe obchody zwracają ten ruch ku przeszłości. Gremialny wyjazd do Rzymu sprawiał wrażenie symbolicznego początku jakiejś średniowiecznej krucjaty – tym razem przeciw komunie – rozpoczynającej kampanię wyborczą 1997. Obóz rządzący niewiele robi, aby przesunąć pole dyskusji na problemy, przed którymi stoi kraj. Hasło wyborcze „wybierzmy przyszłość” pozostało tylko frazesem, za zasłoną którego przystąpiono do obsadzania stanowisk kolegami wypróbowanymi w przeszłości, chociażby w organizacjach młodzieżowych i partyjnych.
W tych latach dopełni się umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską i z OECD. Otworzy to kraj na całkowitą konkurencję z Zachodu z wyjątkiem rolnictwa, które pozostanie pod ochroną tu i tam. To wszystko stanie się zanim Polska uzyska status członka Unii, który zagwarantuje krajowi równoprawny głos w decyzjach Brukseli i dostęp do funduszy regionalnych, przeznaczonych na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego poszczególnych państw członkowskich. Trzeba zastanowić się, w jakim stopniu Polska da sobie radę w tych warunkach. Co zrobić, aby przynajmniej w części stawić czoło konkurencji zewnętrznej? Są też inne pytania. Na przykład: jak należy zredefiniować pojęcie interesu narodowego w sytuacji, kiedy trzeba będzie się podzielić suwerennością z innymi krajami Unii? Albo: czy gospodarka będzie się rozwijać dostatecznie szybko, aby wchłonąć wyż demograficzny obecnie wchodzący w dorosłe życie?
Doświadczenia mijającego roku nie stwarzają nadziei, że przedmiotem sporu w nadchodzącej kampanii wyborczej będą kwestie przyszłości – a szkoda. Polaryzacja polityczna wynikła z kampanii prezydenckiej nie pozwala podjąć próby odpowiedzi na najistotniejsze pytanie – czy Polska ma szansę stać się krajem nowoczesnym?
Autor jest warszawskim korespondentem „The Financial Times”.
Pikieta pod ambasadą Białorusi
Roland Freudenstein
Dla mnie szczególne ważne było wydarzenie nie z pierwszych stron gazet. 24
listopada Stowarzyszenie „Młodzi Demokraci” zorganizowało pikietę pod ambasadą Białorusi na rzecz przestrzegania praw człowieka u sąsiada Polski. Nie zastanawiałem się ani chwili – było dla mnie oczywiste, że wezmę w niej udział. I to z dwu powodów.
Pierwszy jest natury osobistej. To, że dzisiaj jestem przedstawicielem Fundacji Konrada Adenauera w Polsce, zawdzięczam przede wszystkim temu, że pewnego zimowego dnia – 13 grudnia 1981 – przed ambasadą polską w Kolonii odbyła się pikieta. Protestowaliśmy przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Do tego dnia bardzo niewiele wiedziałem o Polsce i, prawdę mówiąc, wcale się tym nie interesowałem. Byłem wówczas studentem pierwszego roku i członkiem młodzieżówki chrześcijańsko-demokratycznej. Tak naprawdę dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak mało my wszyscy wiemy o naszym sąsiedzie zza miedzy i dla jak wielu z nas jest to obojętne. Tego dnia postanowiłem, że nauczę się polskiego i pojadę tam przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tak zrodziła się przyjaźń na całe życie. Nic więc dziwnego, że udział w pikiecie 24 listopada 1996 w Warszawie był dla mnie czymś oczywistym.
Drugi powód jest bardziej zasadniczy: oczywiście, że w historii ludzkości żadna pikieta nie spowodowała natychmiastowego wprowadzenia w życie praw człowieka. Już nie wspomnę, że nie zmusiła żadnego dyktatora do zrezygnowania ze swoich zamiarów. Ale też nie o to chodzi. Pikieta, zwłaszcza gdy jest nagłośniona przez media, ma raczej pokazać opozycji w danym kraju: „Nie jesteście sami. Ci, którzy was dzisiaj gnębią, nie pozostają niezauważeni w oczach opinii światowej. Patrzymy im na ręce”. To może mieć duże znaczenie. Jeszcze dobrze pamiętają o tym – jak sądzę – wszyscy demokraci w Polsce. Demonstracjom muszą towarzyszyć oczywiście czyny – ale właśnie od pikiet wszystko się zaczyna. I jeżeli Polska jest teraz w sytuacji, w której może dodać pewności siebie demokratycznej opozycji u sąsiada, to tym lepiej! Nazywam to świadomością międzynarodowej odpowiedzialności – i chciałbym mieć w niej udział, wtedy 13 grudnia 1981 i teraz 24 listopada 1996.
Autor jest przedstawicielem Fundacji Konrada Adenauera w Polsce.
Partnerzy, a nie ubodzy krewni
François Régis Hutin
W roku 1996 uradowało mnie bardzo wzmożenie kontaktów politycznych
francusko-polskich. Trzy spotkania na najwyższym szczeblu: mieliśmy we Francji dwie wizyty Aleksandra Kwaśniewskiego, a Jacques Chirac odwiedził Polskę we wrześniu. Takiego rytmu do tej pory chyba jeszcze nie było. I nie były to również tzw. przypadki kalendarza: należy przecież do tego dodać spotkania w ramach
„trójkąta weimarskiego” – jakże to udana inicjatywa! – oraz inne liczne kontakty ministrów. Można więc mieć nadzieję, że ta intensywność zaczyna przechodzić w jakość, że pomaga ona zrozumieć wzajemne intencje, ich motywacje i ograniczenia. Jest to może mało efektowna, ale z pewnością skuteczna droga do integracji Polski z NATO i z Unią Europejską.
Tym bardziej, że tempo przemian w Polsce jest tak szybkie: gdy jedzie się do was, widzi się, jak z roku na rok zacierają się różnice poziomu rozwoju w porównaniu z Europą Zachodnią. I to nie tylko w zakresie wystaw sklepowych i kolorowych reklam.
Jeden z mieszkających w Polsce przyjaciół powiedział mi przed kilkoma tygodniami:
„do niedawna jeździliśmy na Zachód podziwiać i uczyć się. Teraz jeździmy ciągle się uczyć, ale już mniej z pozycji ubogiego krewnego. Bo w tej chwili możemy już naprawdę, po partnersku współpracować”.
Cieszy mnie to ogromnie.
(przeł. JB)
Autor jest Prezesem – Dyrektorem Generalnym dziennika
„Ouest-France”.
Radość, smutek, nadzieja
Irina Iłowajska-Alberti
Z r a d o ś c i ą zauważam, iż w Polsce, w końcu, po nazbyt długiej przerwie pojawiły się oznaki odrodzenia działalności wielkiego historycznego ruchu, który nazywał się
„Solidarność”. Wydaje mi się, że Polska usiłuje wyjść z szoku spowodowanego rolą pierwszego
„postkomunisty”. Czyni to z pewnym opóźnieniem i z trudem, jak wszyscy; ponieważ jej emancypacja rozpoczęła się wcześniej, i była właśnie emancypacją przedtem niż stała się wyzwoleniem, więc wszystkie procesy przebiegają u was wcześniej. Sytuację utrudnia jednak nieobecność poważnej, uczciwej i ogólnonarodowej rewizji przeszłości, szczególnie zaś 50 lat komunizmu.
Ze s m u t k i e m przyjmuję poparcie dla komunistycznego kandydata na prezydenta. Zmartwiły mnie, choć nie zdziwiły spory między antykomunistycznymi i demokratycznymi siłami. Niepokoi fakt, iż – jak mi się wydaje – w wyobrażeniach większości Polaków okres komunizmu łączy się w jedność z tragicznym zniewoleniem przez Rosję. Zanika w ten sposób konieczność namysłu nad tym, czym był (i pozostaje) komunizm, z jakiej głębokiej choroby ducha wynika i do jakiego głębokiego duchowego kalectwa może doprowadzić. To nie jest kwestia osobista, lecz problem światopoglądowy największego wymiaru.
Zaszokowała mnie decyzja parlamentu w kwestii aborcji. Lecz sądzę, że jeśli nie dojdzie do szerokiej dyskusji na tematy światopoglądowe w ogóle, Polska, podobnie jak wszystkie inne kraje, ryzykuje, iż zachowa z chrześcijaństwa obrzędy i tradycje (od małej litery) i przestanie rozumieć oraz żywo odczuwać, w czym jest istota chrześcijaństwa.
Na koniec, moje specjalne życzenie, właściwie modlitwa rosyjskiej dziennikarki: aby nasze narody zbliżyły się dzięki uczciwemu i pokojowemu dialogowi. Narody,inteligencja – nie zaś władze.
„Wybacz, a otrzymasz pokój” – jak uczy nas Ojciec Święty Jan Paweł II.
(przeł. JS)
Autorka jest redaktorem naczelnym paryskiego tygodnika
„Russkaja Mysl”.
„Jeszcze Polska...”
Charles Merrill
W listopadzie odwiedziłem Polskę chyba już po raz piętnasty; po raz pierwszy
przyjechałem w lipcu 1939 i zapamiętałem wspaniałą kawalerię oraz żydowskie dzielnice Warszawy i Krakowa. W roku 1996: korki uliczne. O piątej po południu Kraków jest Nowym Jorkiem. Widok lśniących od świeżej farby frontonów nasuwa myśl, że malarze, tynkarze, murarze i elektrycy będą jeszcze mieli dużo do roboty w innych miejscach. W
„Wall Street Journal” piszą, że Polska jest ekonomicznym „tygrysem” Europy, niczym Malezja na Dalekim Wschodzie. W Cieszynie patrzyłem na azjatyckie hordy Czechów, sunące na zakupy po polskiej stronie; kupowali wszystko: od łapek na myszy po lodówki. Ale jadąc pociągiem z Warszawy do Krakowa, widziałem ciągnące się kilometrami niszczejące domy mieszkalne na przedmieściach waszego miasta. W moim kraju bardzo ważnym faktem ekonomicznym jest wciąż rosnąca przepaść między dochodami i przywilejami najwyższej warstwy społeczeństwa, obejmującej 10% ogółu, a ludźmi u spodu drabiny społecznej. Jak jest z tym w Polsce?
Przez całe życie byłem nauczycielem w Bostonie. Założyłem tam szkołę, którą kierowałem przez 23 lata. Dlatego postanowiłem odwiedzić nową prywatną szkołę z internatem w Nowym Sączu. Mieści się ona w budynku wynajętym od Ministerstwa Komunikacji; na razie na jej wyposażeniu są krzesła i tablice, i niewiele więcej, ale widok energicznej, pełnej poświęcenia pani dyrektor, młodego grona nauczycielskiego i spragnionych wiedzy, grzecznych uczniów był dla mnie przykładem niezależnych, liczących przede wszystkim na siebie, inicjatyw rodzących się w ustroju demokratycznym.
Szkoła chce zaszczepiać świadomość ekologiczną – w godle ma zieloną żabkę – i uczyć wychowanków, jak służyć społeczeństwu w dziedzinie ochrony środowiska naturalnego. Uczniowie wyprawiają się niekiedy nad Dunajec, na granicę ze Słowacją, i spotykają się w okolicach Piwnicznej z równie oddanymi sprawie ekologii kolegami i koleżankami z Republiki Słowackiej. Okazuje się, że choć Słowacy nie cieszą się pełną wolnością polityczną, angażują się w sprawę ochrony przyrody w stopniu pozwalającym im nauczyć czegoś Polaków, natomiast Polacy, obywatele państwa demokratycznego, opowiadają o przykładach wyjaśniających sens demokracji.
Jestem głęboko przekonany, że Polacy i ich sąsiedzi powinni ułożyć swe stosunki na zasadzie wzajemnego szacunku i zaufania, bo inaczej grozi im wchłonięcie przez gospodarkę zjednoczonych Niemiec i kulturę amerykańską; dlatego zastanawiam się, jak zachęcić szkołę w Nowym Sączu do jak najczęstszych kontaktów z młodzieżą słowacką poprzez wymianę uczniów i nauczycieli – bariera językowa nie jest wielkim problemem – wspólne lekcje plastyki i biologii, zajęcia z muzyki i zawody sportowe. Nie sądzę, żeby wiązały się z tym znaczne obciążenia finansowe. Przede wszystkim potrzeba dobrej woli. Młodzież z radością ucieka od cynicznej, egoistycznej bierności naszych czasów i będzie dumna, mogąc współtworzyć praktyczne partnerstwo ponad granicami.
Do Krakowa przyjechałem w dniu święta Niepodległości, gdzie w Szkole Podstawowej nr 116 w Podgórzu (dla której udało mi się zdobyć spore fundusze na remont instalacji wodno-kanalizacyjnej) uczestniczyłem w uroczystym apelu ku czci Marszałka Piłsudskiego i... pana Merrilla. Ozdobioną biało-czerwonymi flagami aulę wypełnili uczniowie w odświętnych ubraniach, na oczach których wmaszerowała – krokiem nie całkiem równym, co zauważyłem z przyjemnością – kompania pod dowództwem chłopca w mundurze legionisty. Następnie trzy czy cztery dziewczynki w białych bluzkach i granatowych spódnicach deklamowały, na tle odtwarzanych z taśmy polonezów Chopina, wiersze patriotyczne. Raptem wessał mnie wir polskich dziejów. Przez dwieście lat takie same dziewczęta w podobnych strojach deklamowały – bywało, że szeptem – te same wiersze. Pamięć przeniosła mnie w rok 1968, kiedy to w domu pewnego przyjaciela jego najstarszy syn opowiadał ojcu i mnie o demonstracji studentów; chłopak chciał ją poprowadzić w proteście przeciwko brutalności milicji, zwłaszcza wobec dziewcząt. W dziecięcej sypialni matka młodzieńca modliła się za rodzinę, przyjaciół, a także za pana Gomułkę, żeby okazał większe zrozumienie dla cierpień narodu.
W szkole nr 116 dzieci powstały, by odśpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”.
„Marsylianka” obwieszcza „le jour de gloire”, dzień chwały, ale jestem zbyt stary, by wierzyć w czyjkolwiek
„jour de gloire”. W życiu każdego człowieka nadchodzi chwila klęski, ale odmowa kapitulacji w obliczu klęski nadaje polskiemu hymnowi uniwersalność. Jak wiersze dziewcząt, tak i tę pieśń śpiewano czasem szeptem, a każdemu, kto słucha jej w wykonaniu dzieci, łzy cisną się do oczu.
Mój umysł bez przerwy pracuje, nawet kiedy siedzę w ciszy i półmroku wypełniającym kościół Mariacki. Wracam pamięcią do roku 1943, do koszar, gdzie za współtowarzyszy broni miałem młodych Żydów pochodzących z okolic Przemyśla. Usłyszawszy z moich ust jakąś uwagę, generalnie życzliwą wobec Polski, jeden z nich wybuchnął:
„Polacy! Ja ich znam! Gdy byłem małym chłopcem, nauczyciel smagnął mnie rózgą w gołe nogi i nazwał świńskim Żydkiem. Przestań gadać o Polakach!” Próbuję narzucić sobie dyscyplinę. Między tym, co Niemcy wyprawiali w Polsce, a tym, co Amerykanie robili w Wietnamie, nie ma aż tak wielkiej różnicy. Niemcy jakoś przeprosili za Majdanek, niewielu Amerykanów przeprosiło za bomby zrzucone na wietnamskie wioski. Jak uczyć młodzież miłości do kraju, a zarazem uczyć jego prawdziwej historii?
Jestem zmęczony historią. A jednak kolejne odwiedziny Krakowa znaczyły dla mnie bardzo wiele.
(przeł. AS)
Autor jest amerykańskim pedagogiem, działaczem społecznym i filantropem. Nakładem Znaku ukazała się jego autobiograficzna książka pt.
„Podróż”.
|