Apokryf






Andrzej Romanowski

Czy Czesław Miłosz musiał pisać po polsku?


Oczywiście – nie musiał. Jego krewny, starszy o pokolenie Oskar Miłosz, był przykładem kariery literackiej spoza obszaru języka „domowego”. A także – kariery politycznej w nowej, regionalnej ojczyźnie – cząstce nie istniejącej już ojczyzny historycznej, będącej niegdyś wspólnotą Obojga Narodów. Oskar Miłosz – wielki poeta francuski... Oskaras Milaszius – dyplomata Republiki Litewskiej... „Podejmując w Paryżu – pisał w 1924 r. – obronę interesów młodej litewskiej demokracji, zerwałem wszystkie więzy z imperialistyczną Polską”. Czy – choćby trochę podobnie – nie mogły potoczyć się losy „polskiego” Miłosza?



Powyższy cudzysłów jest konieczny – nie dlatego, bym chciał negować oczywisty fakt polszczyzny tej twórczości, ani też nie dlatego, bym nie pamiętał o wyznaniach samego Miłosza, uważającego siebie „za polskiego, nie litewskiego poetę” i za „cząstkę polskiej literatury”. Kwestia tzw. „przynależności narodowej” bywa zwodnicza nie tylko na pograniczu etnicznym, lecz i w kontekście dziejowym, kiedy słowa „Polak” i „Litwin” znaczyły w różnych okresach historii co innego. „Krajobrazy i być może duchy Litwy nigdy mnie nie opuściły” – dopowiada Miłosz, wciąż w tym samym noblowskim przemówieniu w Sztokholmie. Więc – poeta pogranicza? Piewca „polskich kresów” – tego przedziwnego „obwarzanka”, na którym przez stulecia rodziło się to, co w polskiej kulturze najcenniejsze? Rozumując w ten sposób, weszlibyśmy przecież na trop najzupełniej fałszywy. 
Jak wiadomo, jest w Miłoszowych esejach, rozmowach i wspomnieniach wiele sygnałów świadczących o odrębnej tożsamości. Jakże charakterystyczna wydaje się jego niechęć do Norwida – poety „zanadto lechickiego”. Jakże znamienne pozostaje wyznanie uczynione Tomasowi Venclowie: „Moje stosunki z Polską były obolałe”. Miłosz nie jest – i nigdy nie był – „polski”, w tym znaczeniu, jakie słowu temu przypisywała myśl nacjonalistyczna. Skłócony całe życie z „prawdziwymi Polakami”, schronił się we własną, „domową” mitologię: Wielkiego Księstwa Litewskiego. Litwin polskojęzyczny – tak jak anglojęzyczni byli i są pisarze Irlandii, na którą to analogię sam często się powoływał. Litwin z Wielkiego Księstwa, tak jak jego przodkowie: Miłoszowie, Kunatowie, Syruciowie – niechętni „Koroniarzom”, nieufni wobec ich „słomianego ognia”, choć przecież posługujący się zawsze polszczyzną. Wspominany w „Rodzinnej Europie”, Hrehory Miłoszewicz Miłosz używa w dokumencie z czasów Stefana Batorego na przemian z białoruszczyzną języka polskiego. (O litewszczyźnie nie ma tu mowy: językiem urzędowym Wielkiego Księstwa był do roku 1697 właśnie starobiałoruski.) Toteż autor książki puentuje z wyraźną satysfakcją: „językiem codziennym mego praszczura (...) – był już polski”. 
Więc – „obywatel Wielkiego Księstwa”? Kiedy w XIX wieku nie istniało żadne państwo – ani polskie, ani litewskie – ludzie żyjący między Wartą, Dźwiną i Dnieprem mogli w głębi duszy uważać się za „obywateli Rzeczypospolitej”. Toteż i ci znad Niewiaży (a tam od XVI wieku mieszkała rodzina Miłoszów) mogli kultywować swą własną regionalną odmienność. Co jednak można było robić później, kiedy traktat ryski pokrajał dawne dziedzictwo? I kiedy Armia Czerwona wyparła Polaków z pozostałych resztek dawnej Rzeczypospolitej? 
Pamięć o wygnaniu ocaliła jedna literatura. Opisując fenomen powojennej „szkoły litewskiej”, Nina Taylor zwracała uwagę, że reprezentujący ją pisarze są wyposażeni w „swoisty rodzaj duchowości, kresową odmianę polskości, która czasem już prawie nie jest polskością, lecz samowystarczalną »tutejszością«, połączoną nieraz z separatyzmem regionalnym...” W konsekwencji – pisze badaczka – przybysze z Wielkiego Księstwa „są najmniej dostosowani do powojennych paktów i układów”, zaś literatura związana z tym regionem „jest z zasady antytotalitarna i antynacjonalistyczna”. Cechy te pasują doskonale do postawy Miłosza: w takim przypadku mit Wielkiego Księstwa stawałby się wyzwaniem dla odrywającej się od swych korzeni współczesności. 
Tym samym zachowała więc „szkoła litewska”, obraz Rzeczypospolitej jako  
c a ł o ś c i. Czesław Miłosz, Melchior Wańkowicz, Florian Czarnyszewicz, Jerzy Giedroyc (nie mówiąc już o „ukraińskim” Iwaszkiewiczu) – wszyscy oni spędzili dzieciństwo w tych regionach dawnego, polsko-litewskiego „Commonwealthu”, które w międzywojniu już w skład II Rzeczypospolitej nie weszły. Iwaszkiewicz lubił mawiać, że wywodzi się nie tyle z XIX, co z XVIII wieku. Miłosz idzie w przeszłość jeszcze głębiej, przekonując o swym XVII-wiecznym rodowodzie („To nieprawda, że wywodzę się z dziewiętnastego wieku, wywodzę się z siedemnastego wieku” – mówi Aleksandrowi Fiutowi). Z którejkolwiek by więc strony patrzyć, efektem jego „szukania ojczyzny” stanie się zawsze dawna rzeczywistość: Wielkie Księstwo Litewskie lub może szerzej – Pierwsza Rzeczpospolita, państwo Obojga Narodów.

Przegrali dom swój. Śnieg zawiał granice.
Od Petersburga szły z piszczałką roty. 
I azjatycki koń wszedł w ich stolicę... 


Tej strofy nie mógłby napisać „koroniarz”; tylko dla „obywatela Wielkiego Księstwa” były realnością granice z Rosją oraz stale wyczuwalny mroźny oddech wschodu. 

centrum polszczyzny

O domowej ojczyźnie poety pisano wiele. Jest to, jak wiadomo, pogranicze Litwy właściwej, górnej (czyli Auksztoty) oraz Litwy niższej – czyli Żmudzi (Żemajtii, Samogitii). Obie te krainy rozdziela rzeka Niewiaża, nazwana nie wiedzieć czemu Issą w najpiękniejszej Miłoszowej powieści (Issa lub Ussa – to przecież rzeka w dawnej guberni witebskiej, w rodzinnych stronach Oskara Miłosza – czyżby i w ten sposób wyraził się kult dla wielkiego krewnego?). Na lewym, „litewskim” brzegu Niewiaży zaczynał się w czasach Rzeczypospolitej teren województwa trockiego – i tutaj właśnie znajduje się miejsce urodzenia poety – „Szatejki albo Szatejnie” (tak według „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, Miłoszowie mówili zawsze: „Szetejnie”). Na tym też brzegu leży, oddalona od Szetejń o trzy kilometry, rodzinna nekropolia Świętobrość oraz miejsce chrztu poety – małe miasteczko Opitołoki. Ignacy Buszyński – autor wydanej w Wilnie w roku 1873 książki krajoznawczej „Brzegi Niewiaży” – informuje rzeczowo, że „na lewym brzegu daje się widzieć z dala murowany kościół Opitołocki”, sama zaś rzeka „od Szatejniów dąży wprost do Kiejdan”. W istocie, znane z „Potopu” Radziwiłłowskie Kiejdany były najbliższym większym miastem: w tym czasie jednak, odebrane po Powstaniu Styczniowym rodzinie Czapskich, należały już do rosyjskich władców – Totlebenów.
Teren równie dobrze znany z „Potopu” rozciągał się też na prawym, żmudzkim brzegu Niewiaży. Były to ziemie, po których płynęła maleńka rzeczka Lauda: „mająca kilka mil biegu swego – informował Buszyński – urozmaicona jest siedzibami szlachty zagonowej, ma i kilka dworów obywatelskich, a cały pas ten Żmujdzi poza rzeczce Laudzie [!] nazywa się powszechnie Laudą”. Pamiętamy z „Potopu” tutejsze nazwy miejscowe – choćby Pacunele czy Wodokty Oleńki Billewiczówny – pamiętamy szlachtę laudańską, zaścianki Butrymów, Gasztowtów, Sołłohubów czy „słynnych myśliwych” Domaszewiczów... Matecznik polskości? Polski raj? W każdym razie (tak przynajmniej przed osiemdziesięciu laty obliczał Stanisław Thugutt) – o ile w całej guberni kowieńskiej było 11,4 proc. osób przyznających się do polskości, to w „domowym” powiecie Miłosza – kowieńskim – procent ten w czasie jego dzieciństwa wynosił 24,3. 
Dwór i zaścianek – nawet jeżeli szlachectwa tego ostatniego nie uznawały władze rosyjskie – były rzeczywiście „centrum polszczyzny”. Do wyjątków należały – i to jedynie na północnej Żmudzi – majątki szlacheckie, gdzie w domach mówiono po litewsku. W Szetejniach u Miłoszów rozmawiano wyłącznie po polsku, i to – jak wspomina sam poeta – „dobrą polszczyzną, prawdopodobnie lepszą niż w tak zwanej Polsce centralnej”. Przez cały wiek XIX (a nawet dłużej, bo do I wojny światowej) traktowano nie tylko Auksztotę z Wilnem i Kownem, lecz także Żmudź z Szawlami i Telszami – jako część polskiej ojczyzny. „Pieśń o ziemi naszej” Wincentego Pola okazywała się stale aktualna: Polskę widziano jako Rzeczpospolitą – oczywiście w granicach przedrozbiorowych, skoro innych polskich granic nie było. Natomiast depozytariuszami tej tradycji były oczywiście miejscowe rody ziemiańskie: ich ilość, nawet po konfiskatach popowstaniowych, zmniejszyła się tylko nieznacznie (w guberni kowieńskiej, między rokiem 1864 a 1870 liczba ziemian nie-Polaków wzrosła z 306 do 508, zaś liczba ziemian Polaków zmalała z 6370 do 6234). Pojoście Meysztowiczów, Retowo Ogińskich, Johanniszkiele Karpiów, Kretynga Tyszkiewiczów, Traszkuny Montwiłłów... Wszystkie te mniej czy bardziej zamożne rody przechowywały zresztą w swych siedzibach tradycje nie tylko narodowe, lecz i europejskie: od portretów antenatów na ścianach (Miłosz zapamiętał z dzieciństwa konterfekt któregoś z przodków w stroju XVIII-wiecznym), przez księgozbiory z licznymi starodrukami (nawet z XVI wieku), zbiory archiwaliów (czasem z pieczęciami i autografami polskich królów) – aż po najświetniejsze dzieła sztuki (w litewskiej głuszy zdarzały się dwory, w których eksponowano – bagatela – prace Leonarda da Vinci). Pod tym ostatnim względem najsłynniejszy był w guberni kowieńskiej pałac w Czerwonym Dworze nad Niewiażą (już w pobliżu jej ujścia do Niemna): w tej majętności Tyszkiewiczów – podaje w swych „Materiałach do dziejów rezydencji” Roman Aftanazy – eksponowano płótna m.in. Guido Reniego, Andrea del Sarto, Correggia, Caravaggia, Carracciego, Guercina, Domenichina, Dosso Dossiego, Rubensa, Poussina... a także, nabyty od twórcy w roku 1876, obraz Jana Matejki „Batory pod Pskowem”. 
Dziedzictwo europejskiej kultury wyrażało się na Litwie w polszczyźnie, zaś akurat okolice Kiejdan wyróżniały się w okresie popowstaniowym wyższym stopniem zamożności i cywilizacji. W roku 1882 w warszawskich „Kłosach” opisywała te strony znana wówczas pisarka z nadniemeńskiego Grodna – Wilhelmina Zyndram Kościałkowska: „Krajobraz ożywia się. Coraz gęstsze osady, dwory wielkie, murowane po większej części, ozdobne, we wsiach pełno chat nowych, obszerniejszych od starych, z dużymi oknami, często przyozdobionych ładnie, z drzewa wyrzynanym gankiem. Zza borów wyglądają wieże kościelne; przy drogach pełno krzyży i kapliczek...” Również sam Miłosz zapamiętał z okresu o trzydzieści kilka lat późniejszego „dwory i parki dworów schodzące tarasami do rzeki. Dwory były co parę kilometrów”.
Promieniowały one na okolice. Tutejsze ziemiaństwo – w myśl pozytywistycznych wskazań „pracy u podstaw” (a pozytywizm na Ziemiach Zabranych trwał przynajmniej do rewolucji 1905 roku) – angażowało się silnie w działalność oświatową wśród miejscowych – litewskich i żmudzkich – chłopów. W okresie popowstaniowym rekordzistką w tajnym nauczaniu na Kowieńszczyźnie była niejaka Anna Drużynówna, ucząca języka polskiego przez całe 40 lat, m.in. z nieznaną z imienia Miłoszową. Sam poeta wspomina „szkółkę elementarną, gdzie moja matka uczyła czytać i pisać dzieci litewskie”. I od razu, dla wszelkiej jasności, dodaje: „Ale w jakim języku uczyła czytać i pisać? Oczywiście po polsku! Bo w ogóle do głowy nie przychodziło, że istnieje jakaś różnica. Mówi się po litewsku, ale pisze się po polsku”. 
Rzecz zaskakująca: Oskar Miłosz też wzrósł w takiej kulturze. Artur Międzyrzecki przypominał kiedyś na tych łamach, że dla Oskara „język polski był naturalnym językiem rodzinnym”, wcześniej zaś tłumaczka poety – Bronisława Ostrowska – uważała, że jest on „Polakiem nie tylko z urodzenia, ale i z ducha”. Jak wiadomo, w roku 1904 Oskar Miłosz złożył u warszawskiego wydawcy zaginiony dziś tomik wierszy polskich. Jednak, tak czy inaczej, przy całym uwikłaniu w polskość obaj Miłoszowie stykali się za młodu ze zjawiskiem  w i e l o j ę z y c z n o ś c i. Oprócz polszczyzny – języka warstw „wyższych” Rzeczypospolitej – mieli kontakt także z językami miejscowymi. A przy tym – obaj byli obywatelami Rosji... 
Naprzeciw Szetejniów, na prawym, żmudzkim brzegu Niewiaży, wznosił się dwór w Kałnoberżach, własność rosyjskiego premiera Stołypina (zamordowanego w Kijowie w dwa miesiące po urodzeniu poety): utrzymywano z nim – odległe wprawdzie – stosunki sąsiedzkie. „Dopływy rosyjskie były dość silne – wspomina Miłosz swe dzieciństwo – dlatego że mój ojciec i ci, którzy u nas bywali w Wilnie, lubili przechodzić na język rosyjski – co jest znane u Polaków, kiedy chodzi o humor. Zresztą mój ojciec chodził do gimnazjum realnego w Wilnie, gdzie uczono wielkiej literatury rosyjskiej. Znał Sałtykowa-Szczedrina, znał Gogola. Te rzeczy działają”. 
„Rodzinna Europa” przynosiła opis tego językowego pogranicza: „Na wsi mówiono po litewsku i częściowo po polsku. Miasteczko, dokąd wożono płody rolne na sprzedaż, używało na co dzień polskiego i jidysz. Ale już żandarm wlokący za soba długą szaszkę, poborca podatków, konduktor na kolei, importowani dla celów administracji, zwracali się do tubylców po rosyjsku”. Rzeczywistość narodowościowa okolic Czerei Oskara Miłosza była o tyle podobna, że miejsce litewskiego zajmował język białoruski. Ponieważ zaś kończyły się akurat czasy utrwalonej przez wieki tradycji szlacheckiej, w tej właśnie wielojęzyczności trzeba było dokonać  w y b o r u. 

dramat wyboru

Zostawmy w tym miejscu problem „opcji litewskiej” Oskara Miłosza: został już on opisany we wnikliwym studium Juliusza Bardacha. Lecz przecież „opcja polska” autora „Doliny Issy” mogła być w gruncie rzeczy wcale nie mniej skomplikowana. Człowiek znad Niewiaży, przeżywający pierwsze świadome lata na etnograficznej Litwie, odradzającej właśnie swój narodowy język i tradycje – jak miał się wobec tego określić? 
Wprawdzie – trzeba powiedzieć – litewskość niejedno miała wtedy imię. W początkach XX wieku nawet niektórzy ziemianie łączyli przywiązanie do litewskiej ojczyzny z nieznajomością litewskiego języka i... zdecydowaną niechęcią wobec Polaków. Otton Zawisza (1844–1910), powstaniec z 1863 roku, wydał w Wilnie w roku 1907 broszurę „Litwini w Litwie”, w której zamieścił słynny – prowokacyjny i bluźnierczy – „Hymn litewski”. Pisał – jakżeby inaczej – po polsku:

Het! za Niemen, het! za Niemen
Uciekaj, paniczu! 
Nie ma tobie co tu robić
Nad Wilją i Ptyczą.

Kto się swojej mowy wstydzi,
Tylko polską włada,
Kto w swym kraju z swoich szydzi,
Ten w swym kraju – zwada. 
(...)
Górą nasza tu kultura!
Nasz Adam! Kościuszko!
Nasza gleba ich wydała, 
Pieszcząc nasze uszko. 

Pomińmy kompromitujący poziom literacki tego rodzaju próbek. Pomińmy niejasne ich przesłanie, niewiadomego adresata. Fenomen tworzonej po polsku literatury „antypolskiej” był jednak na tyle charakterystyczny, że w roku 1908, w Wilnie, powstało nawet „czasopismo litewskie w języku polskim” – „Litwa” – grupujące polskojęzycznych zwolenników zbudowania Litwy narodowej. Założycielem tego miesięcznika 
był Mieczysław Dowojna-Sylwestrowicz (Mečislovas Davainis Silvestraitis, 1849–1919), usiłujący pozyskać dla sprawy litewskiej wszystkich mieszkańców historycznego Wielkiego Księstwa. „Ludność katolicka – pisano na łamach „Litwy” – mówiąca po litewsku, po polsku i po prostemu [tzn. po białorusku] uważa się za jeden naród mówiący trzema językami. (...) Pomimo tego, że mówią po polsku, różnią się zupełnie od Polaków charakterem, sposobem myślenia itd.” Sztandarową poetką „Litwy” stała się Helena Cepryńska (w wersji litewskiej: Ceprinskaite), pochodząca – rzecz ciekawa – nie z Litwy etnograficznej, lecz z Białorusi, całkiem więc podobnie jak niewiele od niej starszy Oskar Miłosz. Osławiona jako „narodowa renegatka”, z polszczyzny swych wierszy jednak nie zrezygnowała. Także znany litewski dramaturg Gabriel Landsbergis-Żemkalnis (1852–1923, nb. dziad prezydenta Vytautasa Landsbergisa) pisał po polsku w piśmie Dowojny-Sylwestrowicza: „Po cóż wspominać o braterstwie polaka z litwinem, którego nigdy nie było. Był pan, był i sługa”. Po polsku też wzywano na tych łamach: „Litwini! nie bądźcie uległymi polakom, niby barany prowadzone na rzeź!”. 
„Litewska opcja” ludzi, którzy z racji używanego na co dzień języka powinni czuć się Polakami – wywoływała wówczas naturalny odruch oburzenia. Ale tak właśnie dramat wyboru zapukał do szlacheckich dworów na Litwie na progu ery nacjonalizmów. I nie od rzeczy będzie uświadomić sobie, że akurat Dowojna – z pochodzenia polski szlachcic z powiatu rosieńskiego na Żmudzi i wychowanek rosyjskiego gimnazjum w Kiejdanach – był krajanem Miłoszów. Poeta wspomina jego rodzinę w „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”: „Jechać krewnych odwiedzić, Sylwestrowiczów / A też Dowgirdów albo i Dowgiełłów”... Ale też Sylwestrowiczowie wkrótce po ukazaniu się „Litwy” wyklęli „zaprzańca”.
Ostatecznie nikt jednak nie poszedł za Dowojną. Otton Zawisza wkrótce umarł, zaś z arystokracji na Litwie jeden Alfred hr. Tyszkiewicz, ordynat w Birżach, zdecydował się – i to jakiś czas później – na służbę nowej litewskiej republice (po r. 1918 został litewskim chargé d’affaires w Londynie). Podobnego wyboru dokonał też z czasem Michał Römer; będąc w okresie międzywojennym rektorem Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, swój gigantycznych rozmiarów „Dziennik” prowadził cały czas w języku polskim. Podobnych przypadków dałoby się wymienić jeszcze kilka. Najczęściej jednak szlachta na Litwie nie wiązała się z nową, chłopską Litwą: domowe tradycje i domowa polszczyzna okazywały się skuteczną zaporą. Toteż gdy terytoria Polski i Litwy zostały rozdzielone szczelną granicą, gdy w dodatku została na Litwie przeprowadzona radykalna reforma rolna – nastąpiła fala emigracji: ze „zbuntowanego województwa kowieńskiego” uciekano do nowej Polski, zamkniętej w nowych granicach. W Polsce znalazła się także rodzina Miłosza; poeta – do niedawna jeszcze obywatel rosyjski – został obywatelem Rzeczypospolitej, bo czyż możliwy był inny wybór w rodzinie peowiaka? „Rosnąc w Wilnie – wspominał po latach – nie mogłem, jeżeli chciałem zostać poetą, zostać innym poetą niż polskim”. 
Dziś można tylko dywagować: czy zostałby pisarzem litewskim, gdyby dojrzewał nie w Wilnie, lecz w międzywojennym Kownie? Czy pisząc w takim przypadku w języku o znacznie krótszych tradycjach literackich, byłby w stanie – że strawestujemy Norwida – „podnieść swój region do ludzkości”? A może – co pewnie najbardziej prawdopodobne – pisałby, jak jego wielki krewny, po prostu po francusku?

w czasie najwłaściwszym

Tymczasem w dzieciństwie Miłosza zaszedł jeszcze jeden proces, który – oprócz narodowego odrodzenia litewskiego – okazał się decydujący dla oblicza jego „domowej ojczyzny”. Po roku 1905 nastąpiło bowiem także odrodzenie kultury i języka polskiego – i to na całym terytorium Rzeczypospolitej przedrozbiorowej. Przedtem, przez minione czterdzieści popowstaniowych lat, polszczyzna była w Wielkim Księstwie (ówczesnym Siewiero-Zapadnym Kraju) zabroniona. Naturalnie, rozmaite były fazy tych zakazów i restrykcji, a że możliwe okazywały się okresy „pieredyszki” – o tym może świadczyć dwu i pół-letni eksperyment wileńskiego wydawnictwa Elizy Orzeszkowej. W każdym jednak razie, w okresie 1864–1905 nie ukazało się na historycznej Litwie ani jedno polskie czasopismo, nie istniał polski teatr, ani w ogóle polski legalny ruch artystyczny czy umysłowy. Natomiast po rewolucji i zdemokratyzowaniu carskiego „samodierżawia” wszystko naraz zaczęło się zmieniać. W dawnym Wielkim Księstwie – od Białegostoku i Grodna po Witebsk, Homel i Mohylów – powstawały polskie stowarzyszenia, kluby i biblioteki, odgrywano amatorskie przedstawienia, organizowano fachowe odczyty, święcono rocznice narodowe. Proces wyznaczenia przez kulturę polską granic przedrozbiorowych zaszedł wtedy ostatni raz w dziejach – i stąd jest rzeczą trochę zdumiewającą, że fakt ten nie utrwalił się w narodowej świadomości. To dopiero lata 1905–1918 stały się prawdziwym końcem Pierwszej Rzeczypospolitej... Zagładę ostateczną – fizyczną – przyniosła zaraz potem rewolucja bolszewicka. 
Co się działo w tych latach w dolinie Niewiaży? Niewiele o tym wiadomo. Faktem jest jednak, że w Kownie istniały, założone już wcześniej, dwie polskie księgarnie: Kazimierza Rutskiego i Stanisławy Ossowskiej (ta ostatnia połączona z czytelnią). Działała też w tym mieście (od stycznia 1907) instytucja dotąd w całej Rosji najsurowiej zakazana – oparte na patriotycznych wzorach galicyjskich Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”. Kowieński „Sokół” zajmował się wystawianiem sztuk polskich, zorganizował chór oraz orkiestrę mandolinistów, urządzał odczyty, wieczorki i zabawy z polskimi tańcami. Od r. 1909 konkurowało z nim „Towarzystwo szerzenia oświaty śród Polaków”, które otworzyło drugą popularną bibliotekę i czytelnię pism polskich. Istniał też w Kownie polski kabaret pod malowniczą nazwą „Płaczący krokodyl”, od czasu do czasu zaś, w różnych amatorskich obsadach, odgrywano w teatrze miejskim polskie komedie. Również w Poniewieżu powstało w r. 1910 „Towarzystwo dramatyczno-muzyczno-śpiewackie”, wystawiające polskie sztuki, dające koncerty i urządzające polskie tańce. Ponadto w roku 1913 otwarto tu polski teatr dramatyczny Stanisława Montwiłła, przeznaczony zresztą także dla przedstawień litewskich. Do Kowna i Poniewieża zjeżdżały też w tym czasie polskie zespoły teatralne – przede wszystkim z niedalekiego Wilna, ale także z Warszawy i z innych dzielnic Polski. Występowali w tych miastach m.in. Maria Przybyłko-Potocka i Kazimierz Kamiński, grała też niezwykle wówczas popularna kapela Namysłowskiego w polskich strojach ludowych. 
Byłoby interpretacyjnym nadużyciem wiązanie ówczesnego odrodzenia polskości na Litwie z późniejszą wiernością Miłosza wobec polszczyzny: w końcu przyszły poeta był wówczas w wieku zaledwie przedszkolnym. A jednak podobne procesy zapadają w pamięć zbiorowości – rodziny, krewnych, bliskich... Odżycie kultury polskiej, dokonujące się na całym obszarze przedrozbiorowym i wykraczające poza białe kolumny dworów, świadczyło przecież o wciąż w XX wieku trwającej sile tradycji. W dodatku jeszcze polskość, która ostała się niedawnym prześladowaniom, mogła się tamtejszym ludziom jawić jako mowa odświętna i „dostojna”... Jeżeli tak było rzeczywiście – czy nie znajdujemy się tym samym u źródeł twórczości Czesława Miłosza? Czy nie zaczynamy rozumieć jego głębokiego zanurzenia w polszczyźnie – aż po małopolskie średniowiecze, aż po XV-wieczny „Psałterz puławski”? „Moja wierna mowo, może to jednak ja muszę ciebie ratować...” Czyżby więc raz jeszcze okazywała się Litwa „centrum polszczyzny”? 
„Użyteczność takich osobników – mówi Miłosz o sobie – na tym właśnie może polegać, że tworzą »tkankę łączną« tam, gdzie sprzeczności narodowej lojalności zdają się nie do pogodzenia”. To wyznanie z „Szukania ojczyzny” warte jest namysłu. Bo przecież piszący po polsku Miłosz właśnie Wilno i dolinę Niewiaży podniósł do rangi dobra uniwersalnego, tym samym zaś uczynił swe pisarstwo także wspólnym, polsko-litewskim dobrem. Miłosz – pogrobowiec Pierwszej Rzeczypospolitej – zdaje się być ostatnim z wielowiekowego łańcucha tamtej wspólnoty, zarazem jednak – kto wie? – otwierać może nowe perspektywy dla całego naszego, zdeptanego przez historię dziedzictwa. Kiedy i w jaki sposób to czyni – to już materiał do innego szkicu. Tu wystarczy dodać, że jeżeli rzeczywiście federacyjna idea Piłsudskiego przychodziła „i za późno, i za wcześnie” – to Miłosz, jak się wydaje, pojawił się w „rodzinnej Europie” w czasie akurat najwłaściwszym. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 9 w „TP” nr 26/1996

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl