Apokryf






Czesław Miłosz

„Treny” w przekładzie Barańczaka i Heaneya


Dwóch wybitnych poetów przełożyło na angielski szesnastowiecznego poetę polskiego, którego czyta się, jakby był naszym współczesnym. Sama możliwość, by dzieła literackie napisane dawno temu wywołały w nas rezonans, jest zawsze bardzo nikła. Najczęściej bowiem nie potrafimy pokonać dystansu czasowego dzielącego nas od jakiegoś utworu, chyba że czytamy go jako studenci historii, których rekonstrukcja minionych obyczajów i sposobów przeżywania fascynuje bardziej niż samo dzieło. Wyjątkowość dokonania Stanisława Barańczaka i Seamusa Heaneya jako tłumaczy Jana Kochanowskiego polega na tym, że dzięki ich sztuce translatorskiej zapominamy o różnicach mentalności, a „Treny” jawią się nam jako dzieło o wielkiej sile poetyckiej.


Sztuka przekładu stała się w tym stuleciu istotną częścią twórczej działalności poetów amerykańskich. Dzięki swoistemu antyelitaryzmowi tłumacze uwolnili się od dawniejszej zależności przykuwającej ich do wydziałów filologii obcych. Tu mocny wpływ wywarła śmiałość Ezry Pounda, który choć nie posiadł znajomości chińskiego, wspaniale przyswoił angielszczyźnie niektóre wiersze dawnych mistrzów chińskich. Nie rozstrzygnięto zagadnienia, czy i w jakim stopniu poeta powinien znać język, z jakiego tłumaczy, wszelako doskonałe przekłady zrobione przez autorów słabo znających język oryginału zmusiły krytyków do refleksji nad kwalifikacjami wymaganymi w rzemiośle przekładowym. Jednym z wielkich fachmanów przekładu był kalifornijski poeta Kenneth Rexroth, którego tłumaczenia i adaptacje z poezji francuskiej, chińskiej i japońskiej wyróżniają się szczególnym kunsztem. Rexroth współpracował zwykle z kimś, kto znał język oryginału; nie taił też faktu, iż jego umiejętność mówienia i czytania w obcych językach była bardzo ograniczona. W eseju „Poeta jako tłumacz” Rexroth zauważa, że „najwybitniejsi tłumacze z chińskiego – Judith Gautier (na francuski), Klabund, Pound – prawie wcale nie znali tego języka, gdy powstawały ich najlepsze przekłady. W istocie źródłem informacji dla Judith Gautier był jej kochanek rodem z Tajlandii, który sam miał bardzo mgliste pojęcie o sensie chińskich tekstów”. 
Rexroth wychwala pod niebiosy nadzwyczajny geniusz angielskiego filologa sir Arthura Wale: „Nie dość, że najlepsi »tłumacze« nie znali chińskiego; znał język tylko jeden wybitny tłumacz i tylko jeden z drugiej ligi: myślę oczywiście o Arthurze Wale i Bernhardzie Kalgrenie (na szwedzki). Waley to przypadek wyjątkowy. Znakomity poeta, który świadomie narzucił sobie surową dyscyplinę estetyczną, trochę tak jak Paul Valéry, ograniczając się do przekładów z chińskiego i japońskiego”.
Według Rexrotha, podstawową cechą doskonałego tłumacza nie jest umiejętność dopasowania słów jego języka do słów oryginału, lecz współodczuwanie: „utożsamienie własnego »ja« z osobowością tłumaczonego twórcy, przeniesienie treści jego wypowiedzi we własną wypowiedź”. Zdolność takiego współodczuwania – pisał Rexroth – „może nas unieść bardzo daleko, o ile posiadamy odpowiedni talent. Hart Crane nigdy nie opanował francuskiego; kiedy pisał tryptyk »Voyages«, nie umiał nawet czytać w tym języku. Swą wiedzę czerpał od Allena Tate'a – przewodnika o kompetencjach w najlepszym razie wątpliwych, którego wyobrażenie o Rimbaudzie było absurdalnym rozdęciem absurdalnego mitu Rimbauda. A jednak »Voyages« to bez wątpienia najlepszy z istniejących przekazów Rimbauda po angielsku: najczystszy eliksir chłopięcych zwidów »Statku pijanego«”.
Przekłady samego Rexrotha – przekłady w cudzysłowie – z chińskiego i japońskiego są już klasyką; stanowią adaptację tamtej poezji do potrzeb współczesnej wrażliwości, co jest, moim zdaniem, nie do uniknięcia. Cóż się bowiem dzieje, kiedy ignoruje się dzisiejszy smak literacki, choćby i skażony występkami naszej cywilizacji? Opasła antologia w językach angielskim i chińskim, „300 wierszy z epoki Tang. Nowe przekłady”, wydana w Chinach w roku 1987, to dzieło bodaj czterdziestu uczonych i profesorów, z pewnością kompetentnych i biegle władających angielskim. Niestety, nie są to poeci. Lektura czterystu stron tej księgi wywołuje wrażenie mozołu; wszystko pracowicie zrymowane – w efekcie antologia z czasów dynastii Tang brzmi jak zbiór wierszy z epoki wiktoriańskiej.
Tłumaczenie poezji w językach słowiańskich na angielski przedstawia sporą trudność, całkiem odmiennej natury niż wiersze Dalekiego Wschodu. Wśród absolwentów slawistyki jest bardzo niewielu poetów, a znajomość rosyjskiego, czeskiego czy polskiego u poetów anglojęzycznych to rzadkość. Poezja rosyjska, niemal nieprzetłumaczalna z powodu swej specyfiki – na przykład pełnokrwiste rymy, melodyjność frazy – jest w Ameryce mało znana, choć w ostatnich latach nastąpił pewien postęp w prezentacji twórczości Mandelsztama, Achmatowej i Brodskiego. Ze współczesną poezją polską rzecz ma się trochę lepiej, bo – w przeciwieństwie do języka rosyjskiego – polszczyzna odeszła zarówno od metrum, jak i rymu, toteż łatwiej znaleźć angielskie odpowiedniki. Wspólna praca z moimi przyjaciółmi, Robertem Hassem i Robertem Pinskym, nad przekładami moich własnych wierszy, przekonała mnie o zaletach współdziałania z ludźmi nie znającymi języka polskiego.
Stanisław Barańczak jest nieocenionym skarbem dwudziestowiecznej literatury polskiej, tak ze względu na jego własną twórczość poetycką, jak i niemalże akrobatyczną zręczność jego przekładów wierszy Emily Dickinson, Thomasa Hardy’ego, Philipa Larkina, Elizabeth Bishop, Jamesa Merrilla i Seamusa Heaneya, nie mówiąc o angielskich poetach metafizycznych, których tłumaczenia stanowią także jego wybitne osiągnięcie. W pracy przekładowej na angielski Barańczak woli zawierzyć intuicji codziennych użytkowników tego języka, stąd w omawianym przypadku jego współpraca z Heaneyem, który nie zna polskiego. Rezultat dowodzi słuszności dokonanego przezeń wyboru. 

*

Jan Kochanowski był wykształconym humanistą, wychowankiem uniwersytetów w Krakowie i Padwie, piszącym wiersze po polsku i po łacinie. Konwencja epoki zniechęcała poetów do pisania o przeżyciach osobistych i dlatego nie posiadamy szczegółowych zapisów przygód Kochanowskiego jako studenta we Włoszech, podróżnika po Europie i dworzanina. W „Trenach” można jednak odnaleźć człowieka Renesansu, który z pasją odsłania uczuciowe sprzeczności, targające nim w trudnym momencie jego życia.
Kochanowski żył w czasach, gdy Europa przeżywała przemianę wskutek nowego odkrycia dostojeństwa i potęgi rozumu, którym posiłkowano się – jak to miało miejsce w dziele Erazma – przy rozbiorze Pisma Świętego. Kiedy niezależne umysły odmówiły biernego podporządkowania się autorytetowi, doszło do konfliktów religijnych, w szczególności pomiędzy powstającym protestantyzmem a katolicyzmem. Kochanowski był świadkiem szybkiego rozprzestrzeniania się reformacji w Polsce – reformacji w jej odmianie kalwińskiej raczej niż luterańskiej. Kiedy umarł na atak serca w wieku lat 54, w roku 1584, wśród posłów na polski Sejm większość stanowili protestanci. Równocześnie trwała kontrofensywa Watykanu, podjęta na Soborze Trydenckim. W 1563 roku przybyli do Polski jezuici, którym w ciągu kilku dziesięcioleci udało się doprowadzić do zwycięstwa kontrreformacji. Żaden wykształcony człowiek żyjący w tamtej epoce nie mógł uciec od podstawowej kwestii wyboru religijnego, choćby nawet próbował usilnie zachować postawę „erazmiańską”, nie angażując się po żadnej stronie wielkiego sporu. 
Czy Kochanowski był katolikiem czy protestantem, jak jego poprzednik Mikołaj Rej – „ojciec polskiej poezji”? Trudno dokładnie określić zapatrywania Kochanowskiego; nie mamy danych pozwalających twierdzić, że zmienił wyznanie, ale wiemy, że przez rok przebywał w Królewcu jako gość elektora Prus Wschodnich, który był luteraninem. Być może racjonalizm i dzieła Erazma wywarły na Kochanowskiego wpływ zbyt wielki, by poeta chciał czynić z przejścia na nową wiarę efektowne widowisko. Jezuici żywili wobec niego podejrzenia i atakowali go, może dlatego, że w całej jego twórczości nie pojawia się imię Maryi. 
Miał szczęście żyć w czasach względnego spokoju i dobrobytu. W przeciwieństwie do szesnastowiecznej Francji, dotkniętej wojnami domowymi o religijnym podłożu, Rzeczpospolita Obojga Narodów pod rządami dynastii Jagiellonów była państwem tolerancyjnym i wielowyznaniowym. Panujący w niej monarcha wyraził owego ducha tolerancji stwierdzeniem, że jest władcą ciał, ale nie sumień swych poddanych. Następne stulecie okazało się jednak znacznie mniej humanitarne.
Sytuacja, w jakiej znalazł się Kochanowski, przypominała poniekąd położenie francuskich poetów „Plejady”. Wszyscy oni czerpali natchnienie z renesansu zainteresowań antykiem, literaturą i filozofią Starożytnych. Czytano powszechnie nie tylko autorów łacińskich, lecz także greckich. Doszło do osobliwej fuzji Biblii i mądrości świata pogańskiego, dzięki której postaci z Pisma Świętego i z mitologii starożytnej koegzystowały w dziełach sztuki. Historycy kultury nieco przesadzają, podkreślając nagłość, z jaką nastąpił powrót antyku. Przecież już w „Boskiej Komedii” po zaświatach oprowadzał Dantego Wergiliusz, a jednym z mieszkańców piekła był Odyseusz. 
Z poetami „Plejady” łączyło Kochanowskiego upodobanie do Horacjańskiej filozofii carpe diem – „chwytaj chwilę”, nie czekając na życie pośmiertne. Wpływ Horacego dowodzi trwałego oddziaływania twórców starożytnych. Horacego drukowano, tłumaczono i parafrazowano w licznych językach europejskich; można spytać, jak to się stało, że w krajach chrześcijańskich pieśni religijne i żywoty świętych ustąpiły miejsca poezji przesiąkniętej pogańską filozofią stoicyzmu i epikureizmu. Obecność Wergiliusza, Horacego i Owidiusza w tamtej epoce, promieniującą w poezji po dzień dzisiejszy, uważa się zwykle za rzecz oczywistą, tymczasem powinna budzić wciąż zdziwienie.

*

„Treny” przedstawiają emocjonalną reakcję poety na tragedię, jaką była utrata młodziutkiej córki Urszuli. Odwieczne pytanie „Dlaczego?” pada z ust chrześcijanina, którego wyobraźnię ukształtowały humanizm i spory religijne i którego już nawiedziły wątpliwości, jakie można by nazwać nowożytnymi. Tren to gatunek literacki, kierujący się określonymi regułami, które skodyfikowali cenieni w Renesansie twórcy z Juliuszem Cezarym Scaligerem na czele – francuskim uczonym włoskiego pochodzenia, piszącym po łacinie, czyli w języku całej ówczesnej wykształconej Europy. Według owych reguł, tren ma opłakiwać śmierć kogoś, kogo określano jako persona gravis, a więc osoby szeroko znanej i zajmującej wysoką pozycję w społeczeństwie – monarchy, księcia, biskupa. Poeta opłakujący wierszem utratę nikomu nieznanej małej Orszulki narażał się na zarzut czytelników, że wykroczył poza przyjętą konwencję. Jednak niezupełnie, bo w dużym stopniu zachował strukturę trenu. I to właśnie temu balansowaniu na granicy konwencji, a właściwie jej naruszeniu, „Treny” zawdzięczają swą poetycką energię. Zastosowana w nich technika artystyczna wydaje się nam znajoma, ale w roku 1580, kiedy cykl się ukazał, tak nie było. 
„Treny” napisane zostały po polsku; polszczyzna wypracowała – pod wpływem średniowiecznej łaciny – system wersyfikacyjny, oparty na metrum sylabicznym i rymie. System ten odpowiadał naturze polszczyzny z jej stałym akcentowaniem wyrazów na przedostatniej sylabie – podobnie jak w języku włoskim. Mimo to, polscy poeci (tak jak ich sąsiedzi Węgrzy) przez długi czas pisali przede wszystkim po łacinie. Raptem sięgnięto po mowę ojczystą, a to za sprawą pism Mikołaja Reja – poprzednika Kochanowskiego, żyjącego jeszcze w początkach literackiej kariery twórcy „Trenów”. Rej miał luki w wykształceniu i nigdy nie opanował porządnie łaciny, stąd jego zwrot ku polszczyźnie. Wystarczyło kilka dziesięcioleci, by polscy poeci zaczęli pisać w swoim języku wiersze kunsztowne i dojrzałe; jak jednak zdołali tego dokonać tak szybko – pozostaje wciąż zagadką. Słownictwo, składnia i metrum Reja brzmią dziś średniowiecznie, tymczasem Kochanowskiego czyta się, jakby pisał polszczyzną nowożytną.
Kochanowski jest wspaniałym poetą „złotego środka”, poetą trzeźwości i równowagi, ogromnie różniącym się od swych następców w wieku XVII, z ich barokowymi dziwactwami, kwiecistym stylem i gorliwym katolicyzmem. W literaturze polskiej reprezentuje epokę harmonii i mądrych politycznych kompromisów. W „Odprawie posłów greckich” jest orędownikiem pokoju między państwami. To głównie dzięki Kochanowskiemu Renesans jawi się dzisiejszemu pokoleniu studentów jako okres jedności Europy, jedności ufundowanej na wspólnym klasycznym dziedzictwie, przekazywanym poprzez łacinę, która była nie tylko językiem uniwersalnym, lecz także źródłem norm dla literatur w językach narodowych. 

*

Dziewiętnaście wierszy tworzących „Treny” wydaje się – mimo rymów – spontaniczną ekspresją smutku; tymczasem są one w istocie starannie przemyślanym cyklem, którego autor korzysta ze swego szerokiego oczytania. Przywołując w otwierającym cykl utworze „wszytki łzy Heraklitowe”, Kochanowski przyjmuje, że znamy legendę o Heraklicie opłakującym los swego miasta. W innym wierszu Śmierć zabiera córkę narratora w zaświaty pod władaniem Plutona (Hadesa) i jego żony Persefony. Współczesny czytelnik może sięgnąć po słownik kultury antycznej, by przypomnieć sobie rodzinne sprawy starożytnych bogów i przekonać się, iż Persefona była władczynią świata umarłych: 

O prawo krzywdy pełne! O znikomych cieni
Sroga, nieubłagana, nieużyta ksieni!


Zaświaty Starożytnych nie były miejscem stosownym dla duszy chrześcijanina. Mimo to narrator wyznaje w Trenie X, że nie wie, co stało się ze zmarłą córeczką i rozważa różne możliwości – odpowiadające zarówno wyobrażeniom chrześcijan, jak i pogan, włącznie z pobytem w filozoficznej krainie dusz-idei.

Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?
W którą stronę, w którąś się krainę udała?
Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu
mojem?
Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyliś się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?
Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną!


Podoba mi się ów obraz duszy wiezionej w łodzi po rzece w zaświatach, pojonej wodą zapomnienia o ziemskiej egzystencji. Są tu jednak także aluzje czysto literackie, jak choćby nawiązanie do opowieści z Owidiuszowych „Przemian” o Filomeli, która, ścigana przez króla Tereusa, została zmieniona w słowika. 
Cykl trzyma się schematu przepisanego dla trenów. Rozpoczyna się od opisu rozpaczy po stracie dziecka, przechodzi do wyliczenia zasług i zalet zmarłej osoby, a kończy poszukiwaniem duchowej pociechy. Orszula miała w chwili śmierci dwa i pół roku, więc przedstawienie jej wyjątkowych talentów poetyckich – Kochanowski nazywa ją „ucieszną śpiewaczką, Safo słowieńską” – wydaje się hiperbolą, trybutem spłaconym wymaganiom gatunku. Pocieszenia szuka poeta najpierw w Mądrości, potem w apostrofie do muzy – „złotowłosej Erato”. Chodzi tu o Mądrość, o jakiej pisali stoicy. Człowiek, który ją posiadł, staje się odporny na kaprysy Fortuny, uwalnia się od zmartwień i lęku. Mądrość stoicka różni się przeto znacznie od Mądrości Starego Testamentu, która podobna jest raczej Bożemu atrybutowi („Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, jako początek swej mocy, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku, nim ziemia powstała”, Księga Przysłów, 8, 22-23). Kochanowski głosi pochwałę filozofii stoickiej i w niej szuka pocieszenia, ale wkrótce przyznaje, że jej wymagania przerastają jego możliwości. Przez całe życie na próżno starał się dojść do stoickiej mądrości.

Nieszczęśliwy ja człowiek, którym lata swoje
Na tym strawił, żebych był ujźrzał progi twoje!
Terazem nagle z stopniów ostatnich zrzucony
I między insze, jeden z wiela, policzony.


Ani cnota, ani pobożność nas nie uratują, bo Los jest bezrozumny:

Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy
Nie mając ani dobrych, ani złych na pieczy.


Badacze literatury chcą czasem widzieć w „Trenach” humanistyczną fikcję, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistym zdarzeniem, śmiercią córki. Taki sceptycyzm interpretacyjny uważam za zbyt daleko idący, choć niektóre fragmenty zbyt mocno kojarzą się
z wzorami klasycznej poezji, rodząc tym samym uzasadnione wątpliwości, zwłaszcza wówczas, gdy ojciec, poeta, chcąc ulżyć swemu cierpieniu, sięga po lutnię i naśladuje Orfeusza, który w poszukiwaniu Eurydyki wybrał się w podróż do podziemnego świata umarłych. To samo dotyczy przypomnienia tragedii Niobe, które pomaga poecie uśmierzyć własny ból. Niobe, dumna z tego, że urodziła siedem córek i siedmiu synów, utraciła dzieci, kiedy znieważyła Apollina. Niezliczone wiersze w różnych językach opiewają scenę, gdy z powodu matczynego bólu Niobe zamienia się w kamień, a z jej łez wytryskuje rzeka. 

Jej bowiem łzy serdeczne skałę przenikają
I przeźroczystym z góry strumieniem spadają,
Skąd źwierz i ptastwo pije; a ta w wiecznym pęcie
Tkwi w rogu skały wiatrom szalonym na wstręcie.
Ten grób nie jest na martwym, ten martwy nie 
w grobie,
Ale samże jest martwym, samże grobem sobie.


[Tears that flow down in streams where birds and
deer
Gather to drink, but she, forever chained
On rocky heights, defies the howling wind.
This tomb keeps no corpse, this corpse keeps no tomb:
Here the room’s tenant is the tenant’s room.]

Dla dwóch końcowych wersów tłumacze znaleźli figurę stylistyczną brzmiącą jak barokowe „koncepty” i wierną oryginałowi. Kochanowski jest tu jednak zanadto uczonym naśladowcą, a ów dwuwiersz przywodzi na myśl retoryczne klisze, wygładzone niczym kamyk w strumyku.
Wpisując Kochanowskiego w kontekst jego epoki – epoki racjonalistycznych dociekań w teologii i literackich zapożyczeń formalnych z antyku – spostrzegamy, że był to człowiek o rozdwojonym poczuciu lojalności. Być może najciekawsze w „Trenach” jest owo wymieszanie zapożyczeń z klasyki i z Biblii, a także próby sięgania po argumenty filozofów, a zarazem trwania przy wierze religijnej. W zbiorze widać wyraźną dynamikę wewnętrzną, która prowadzi od przejściowej, złudnej ulgi do całkowitego zwątpienia i bezradności: 

A rozum, który w swobodzie
Umiał mówić o przygodzie, 
Dziś ledwe sam wie o sobie:
Tak mię podparł w mej chorobie.

Czasem by się chciał poprawić,
A mnie ciężkiej troski zbawić,
Ale gdy siędzie na wadze, 
Żalu ruszyć nie ma władze.


Zacytowany tren przygotowuje drogę modlitwie do Boga, z końcowej zaś części cyklu wynika, że jedynym rzetelnym przewodnikiem po zagadkowym labiryncie cierpienia jest Księga Hioba. Filozofia i literatura świata antycznego zostają odrzucone, a w ich miejsce pojawia się pieśń religijna skierowana ku „wiekuistemu Panu”, zawierająca prośbę o przebaczenie buntowniczych myśli. I jakby w odpowiedzi na tę suplikację, zbiór zamyka krzepiące widzenie zmarłej matki poety. Objawia mu się ona we śnie, trzymając na ręku uśmiechniętą Urszulkę, wyglądającą tak, „jaka więc po paciorek do mnie przychodziła, / Skoro z swego posłania rano się ruszyła”. W długiej przemowie matka opowiada, jak skargi syna przywiodły ją z „krain barzo dalekich” i sprawiły, że postanowiła pospieszyć mu z pomocą. Przeciwstawia szczęście, jakie Urszula znalazła w Niebie, „frasunkom i żałości” życia doczesnego. Jej mowa jest logiczna, dobrze skonstruowana i nie brak w niej akcentów stoickich (niepoprawny humanista!), mówi bowiem o brzemieniu śmiertelności dźwiganym przez wszystkich ludzi. Czemu więc jej syn sądzi, że jemu akurat najciężej, skoro wszyscy musimy nauczyć się godzić z kondycją ludzką? Matka zdaje się pochwalać umysłowe zatrudnienia syna, owe „lata, / któreś ty niemal wszytkie strawił nad księgami”; radzi mu: „Teraz, mistrzu, sam się lecz!”, co by wskazywało, że mądrość wyniesiona z książek cieszy się mimo wszystko przychylnością w górze.
Cykl pełen jest klasycznych aluzji i parafraz sentencji wziętych z Cycerona i innych autorów klasycznych, cieszących się w XVI wieku wielką estymą. Czytelnicy „Trenów” z epoki Renesansu potrafili natychmiast wychwycić aluzje i rozpoznać źródła parafraz. Nam, oczarowanym gładkością wiersza, nie zawsze się to udaje. Z życia i twórczości każdego wybitnego pisarza wyłania się zwykle mniej lub bardziej mityczny jego portret. W literaturze polskiej utrwalił się obraz Kochanowskiego jako szlachcica i posiadacza średniej wielkości majątku, człowieka wykształconego, miłośnika wiejskiej sielanki, zadowolonego z odejścia z dworu królewskiego, piszącego wiersze w cieniu rozłożystej lipy. Nietrudno doszukać się w tym wizerunku poety echa Horacjańskich bukolik, istotnie bowiem wiersze samego Kochanowskiego i jego adaptacje Horacego są tak do siebie podobne, że trudno je czasem odróżnić.
Był jednak posłuszny rytmom swojej mowy ojczystej, a oddziałały na jego poezję zarówno ludowe pieśni, jak i śpiewy towarzyszące obrzędom dożynek, chrztów, ślubów i pogrzebów. Nawet w „Trenach” mała Orszulka zwraca się do matki słowami pieśni weselnej o pożegnaniu panny młodej z rodzicami:

Już ja tobie, moja matko, służyć nie będę
Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca
zasiędę;
Przyjdzie mi klucze położyć, samej precz jechać,
Domu rodziców swych miłych wiecznie
zaniechać.


*

Seamus Heaney i Stanisław Barańczak zasługują na wielką pochwałę za swój przekład „Trenów” na współczesną angielszczyznę. Cykl tłumaczył wcześniej, w latach 20., profesor George Ropall Noyes, twórca slawistyki na Uniwersytecie Berkeley; pomagała mu jego studentka, Dorothea Prall Radin Noyes. Przekład tej dwójki zawiera świetne fragmenty, ale wskutek archaizacji języka czujemy się przeniesieni w czasy elżbietańskie. Dzieło Kochanowskiego jest na tyle bliskie naszemu odczuciu poezji, a temat – na tyle uniwersalny, że trud tandemu Barańczak-Heaney, starającego się nadać mu współczesne brzmienie, należy uznać za usprawiedliwiony. (Próbę przełożenia „Trenów” na angielski podjął też Adam Czerniawski. Jego przekład, posiadający wiele zalet, znajduje się w dwujęzycznej antologii poezji staropolskiej, „Monumenta polonica”, zredagowanej przez Bogdanę Carpenter. Ostatnio ukazało się kolejne, nieznane mi jeszcze tłumaczenie autorstwa Michała Jacka Mikosia.)
Podczas pobytu w Krakowie w roku 1995 Heaney przekonał się, że ma w Polsce wielu miłośników swej twórczości. Niedługo przedtem ukazał się zbiór jego „44 wierszy” w wyborze i przekładzie Barańczaka, a obaj poeci występowali wspólnie na wieczorach autorskich, ciepło przyjmowani przez publiczność. Możliwe, że pewne pokrewieństwo pomiędzy Polską a Irlandią pomaga wytłumaczyć zarówno żywą reakcję Polaków na poezję Heaneya, jak i jego udaną współpracę z Barańczakiem. To, że poeci są dziś w stanie stworzyć bractwo, przekraczające odległości geograficzne i różnice językowe, może być jednym z niewielu krzepiących znaków w obecnym międzynarodowym chaosie. Dwa lata temu spotkania autorskie Josifa Brodskiego, podczas których słuchano jego wierszy po rosyjsku i w polskich przekładach, gromadziły w Polsce rozentuzjazmowane tłumy. Łacina przestała być językiem międzynarodowym, ale zacieśniająca się współpraca poetów z różnych krajów pozwala żywić choćby cień nadziei na nowy Renesans.


Z angielskiego przełożył Adam Szostkiewicz
Przekład autoryzowany


Szkic ten jest nieco zmienioną wersją tekstu, który ukazał się w „New York Review of Books” (nr 3/96) jako omówienie angielskiego przekładu „Trenów” („Laments”) autorstwa Stanisława Barańczaka i Seamusa Heaneya (Londyn – wyd. Faber & Faber, Nowy Jork – wyd. Farrar, Straus and Giroux).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 9 w „TP” nr 26/1996

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl