Apokryf






Czesław Miłosz

Nie mając do nikogo szczególnej pretensji...


Wydawnictwo Znak opublikuje wkrótce obszerny tom korespondencji Czesława Miłosza z lat 1945–1950. Wśród listów wymienianych między Miłoszem a Jerzym Andrzejewskim, Tadeuszem Brezą, Józefem Czapskim, Ireną i Tadeuszem Krońskimi, Ryszardem Matuszewskim oraz Kazimierzem Wyką znajduje się blok korespondencji z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Jako swego rodzaju zapowiedź tej książki postanowiliśmy przedstawić Państwu poświęcony Iwaszkiewiczowi tekst Miłosza, który, wykraczając poza ramy konwencjonalnego wstępu, stał się osobistym przypomnieniem sylwetki autora „Brzeziny”.



Jarosław Iwaszkiewicz był, wraz z Marią Dąbrowską, jednym z niewielu literatów, których Polska Ludowa „odziedziczyła” po panteonie Polski dwudziestolecia. Zarówno to, jak godności, które sprawował w ciągu powojennych dziesięcioleci, łącznie z prezesurą Związku Literatów Polskich, przyczyniło się po roku 1989 do prób przedstawiania go jako wzorcowego niemal oportunisty. Wydaje mi się, że zdrowa jest zasada oceniania pisarza na podstawie jego dzieła, a nie tego, co mówił czy publicznie wygłaszał. Można w tym pierwszym względzie znaleźć u niego rzeczy nieładne, ale nie tak znów wiele. Przyznam się, że nie umiałbym sobie wyobrazić Jarosława na emigracji, na której znaleźli się wszyscy jego koledzy ze „Skamandra”. Jako gospodarz na Stawisku, złożył dowód swoich gospodarskich cnót, tworząc u siebie podczas wojny ośrodek, w którym wielu ludzi znajdowało pomoc, moralną czy materialną, albo ratunek. Stawisko za okupacji niemieckiej stało się niemal instytucją podziemnej literatury i sztuki. Jeżeli w 1939 nie wyjechał za granicę, to częściowo dlatego, że nie mógł: miał rodzinę, a ich wędrówka końmi na wschód nie prowadziła ku krajom przyjaznym. Ale zapewne też dlatego, że był przywiązany do Polski. Jak również zdawał pewnie sobie sprawę z natury swojej twórczości, która żywiła się widokami, zapachami, dźwiękami kraju, w którym był zanurzony. Stracił już jeden taki kraj: Ukrainę, i pewnie nie stać go było na utratę drugiego. Tak, ale kiedy ktoś taki jak on wybierał, musiał być na wiele przygotowany, bo przecie on, stamtąd, ze wschodu, nie miał złudzeń co do Rosji sowieckiej. Jak zresztą nie miał złudzeń co do komunizmu inny przybysz z Ukrainy, Stanisław Stempowski. Czyż nie powiedział mi w 1945 roku w Warszawie: „Mnie się zdaje, że to paskudztwo musi przewalić się przez cały świat”, co zakładało pesymistyczną i fatalistyczną wizję dwudziestego wieku. Załóżmy, co chyba niewątpliwe, że Jarosław nie oczekiwał końca komunizmu w Polsce za swego życia. Jak też przyjmijmy, że opowiadanie „Bitwa na równinie Sedgemoor”, które nam czytał na Stawisku w 1942 roku, wyrażało dokładnie pogląd autora na momenty wielkich zaburzeń dziejowych. Główna postać tego utworu, młoda dziewczyna, uczestniczy w wydarzeniach 1685 roku, kiedy to w Anglii toczyła się walka o tron i wojska królewskie starły się z wojskami księcia Monmoutha. Dziewczyna zdobywa się na bohaterstwo w imię obrony swojej religii katolickiej. Jednak później, kiedy w starości (jest już prezbiterianką) rozważa tamte wypadki, nie pamięta już, dlaczego tak postąpiła i o co tam chodziło.
Można powiedzieć, że Jarosław wtedy, w 1942 roku, był sceptyczny, skoro napisał utwór tak bardzo relatywizujący mocne przekonania i heroiczne czyny w ich służbie. Tak czy owak filozofia zawarta w tej noweli zdawała się z góry pozbawiać trwałego sensu opcje ideologiczne, skoro sam upływ czasu ściera z nich barwy i odsyła je do muzeum.

*

Trwałe i nietrwałe: Jarosław stawiał na swoje pisarstwo i na literaturę polską jako wartości trwałe. Oczywiście mój podziw dla niego jako poety i moja wdzięczność jako tego, który się wiele z jego poezji nauczył, stanowiły o naszej przyjaźni i wpływają na to, co teraz o nim mówię. Dla niego byłem cenny jako ten, którego podziw był dla niego utwierdzeniem: sam miałem się później, w wieku dojrzałym, przekonać, jak potrzebne są nam dowody czyjegoś uznania, choćby to było paru ludzi. A Jarosław wiedział, że obnosząc się z uwielbieniem jego wczesnej poezji, tej do 1939 roku, byłem szczery. Jak się zdaje, niezbyt nawet ukrywałem, że mam zastrzeżenia co do jego beletrystyki, i może dlatego nie bardzo pamiętam, jak z nią u mnie było. Podobały mi się jego wczesne prozy, następnie „Księżyc wschodzi” i „Panny z Wilka”. Gdzieś przy końcu „Czerwonych tarcz” występuje małe książątko Jadźwingów, Kunat. To nazwisko mojej matki, a o legendzie pochodzenia Kunatów od Jadźwingów Jarosław usłyszał ode mnie. Później w „Pasjach błędomierskich”, powieści, która bardzo mi się nie podobała, jedną z głównych postaci jest literat Kanicki, w którym, słusznie czy nie, dopatrywałem się śladów mojego własnego ówczesnego zaplątania. Powieść była dedykowana mnie w pierwszym wydaniu, później dedykacja znikła, z powodów zapewne politycznych, tak jak dedykacja na wierszu „Peter Breughel”, choć może i dlatego, że wyraziłem się o tej książce źle.
Nasza przyjaźń, jak widać z listów, trwała przez lata wojny – dużo w nich wzmianek o naszych wspólnych przyjaciołach odwiedzających wtedy Stawisko – i pękła, kiedy zerwałem z rządem w 1951 roku. Obrzydliwości, które wtedy o mnie mówił i wypisywał, wybaczyłem. Wybrał i musiał płacić. W latach pięćdziesiątych spotkaliśmy się w Paryżu podczas antraktu jakiejś polskiej sztuki. Wiedział, że otaczają go czujne oczy szpiclów, więc rzucił szybko, przechodząc: „Z tobą, złotko, nie mogę się przywitać.” Następnie spotkaliśmy się, też w Paryżu, rok był bodaj 1967, na dziwnej imprezie, zjeździe, pod pretekstem tłumaczenia polskiej poezji na francuski, poetów z Polski i z emigracji: Iwaszkiewicz, Przyboś, Ważyk, Brzękowski, Wierzyński, Miłosz – chyba ktoś jeszcze? Wielkie picie u Mary McCarthy w jej mieszkaniu przy rue des Rennes (które miałem wynajmować od niej przez parę miesięcy w 1988 roku).
Zasadniczo listy w tej książce wszystkie pochodzą z tego samego bezpośrednio powojennego okresu, robię jednak wyjątek dla Iwaszkiewicza, bo włączam kilka listów również z lat późniejszych. Dowodzą one, że nasza przyjaźń pękała, to znów łatała się, i tak do końca jego życia.

*

Porównując losy jego i innych poetów „Skamandra”, zawsze myślałem, że ułożyły się one nie najgorzej. Tuwim w Nowym Jorku ulegał wpływom tamtejszego kochającego Rosję Sowiecką środowiska i w „Kwiatach polskich” prosił Pana Boga:

Na wschód granicę daj sąsiedzką,
A wieczną przepaść od Zachodu,

co było nieco przesadne. Wrócił do Polski, entuzjasta, i bez porównania mniej z niej rozumiał niż Iwaszkiewicz. Słonimski w Londynie przyjaźnił się z Ksawerym Pruszyńskim i dzielił z nim negatywny pogląd na politykę emigracji. Zaczął wydawać tam miesięcznik czy raczej kwartalnik „Nowa Polska”, neutralny politycznie, ale to wystarczyło, żeby znaleźć się na emigracyjnym indeksie, i dalej już nie miał innego wyjścia jak wrócić, choć niechętnie, do Polski, akurat w pełni stalinizmu, gdzie zaczął od serwilistycznego ataku na mnie – musiał się odciąć. Lechoń i Wierzyński, niezłomni, płacili jałowością oderwania i zupełnie trafnie Iwaszkiewicz powiada o ich Ameryce w liście do mnie z maja 1947, że oni, jak ten pająk wodny, „pojechali tam we własnym pęcherzyku”.
Inaczej niż Maria Dąbrowska, która, choć usposobiona fatalistycznie, podobnie jak towarzysz jej życia Stanisław Stempowski, starała się utrzymywać jaki taki dystans, Iwaszkiewicz angażował się od początku we wszystko i brał na siebie mnóstwo obowiązków. Wzruszać się w wierszu na widok biało-czerwonych flag w mieście Łodzi, to trochę śmieszne, ale nie wykluczam, że jego autor taki właśnie był, sentymentalny, kiedy tylko przychodziło do Polski. Zwracać się uroczyście w wierszu do prezydenta Bieruta, jakby ten nie był po prostu niedużym kacykiem osadzonym przez Moskwę, tak jak Tatarzy osadzali kiedyś w Moskwie swoich protegowanych – trudno to uznać za rzecz stosowną, zwłaszcza, że działo się to wtedy, kiedy młodzi akowcy, bywalcy Stawiska, albo zginęli w powstaniu, albo siedzieli w więzieniach. Co prawda było to już na dnie terroru, w 1952 roku czyli poza okresem, którego dotyczą listy. Wolałbym, żeby tego rodzaju wystąpień było u niego jak najmniej. Bardziej mnie interesują pozytywy tej postaci.
Dostał pozwolenie na wydawanie pisma „Nowiny Literackie”, które w jego zamierzeniu miały wznowić tradycje „Wiadomości Literackich” Grydzewskiego. Władzom zależało na stworzeniu pozorów „łagodnej rewolucji”, która w istocie nie była łagodna. Spory nakład – około 20000 – dowodził, że publiczność nie uważała pisma za komunistyczne. „Odrodzenie” Borejszy (redaktorem był przez parę lat Karol Kuryluk) miało natomiast markę oficjalnego organu. Listy Jarosława do mnie można w pewnym stopniu uważać za część korespondencji redaktora dbałego o pozyskiwanie współpracowników. Drukowałem u niego moje przekłady „negro spirituals” i jeden czy dwa przekłady wierszy Federico Garcii Lorki. Niezbyt jednak długo pismo wychodziło, bo tylko do 1949 roku. „Nowiny” są przykładem „gospodarskiego” stosunku Jarosława do kultury polskiej, bo przecie jedną z jego wielkich wobec niej zasług było później objęcie redaktorstwa „Twórczości” i prowadzenie jej przez wiele lat. Pośród moich korespondentów on i Kazimierz Wyka są najlepszymi przykładami ówczesnej praktycznej filozofii życia, nieco podobnej do filozofii „pracy organicznej” po powstaniu 1863 roku: zrobić co można w danych warunkach. 
Przygnębienie w listach Jarosława z 1949 i 1950 nietrudno wyjaśnić: „Czuję się człowiekiem przeszłości, ale konserwatyzm teraz nie w modzie, jak wiadomo”. No pewnie. Stara się dostosować do ówczesnych antyzachodnich, jak również antyemigracyjnych kampanii, nie można jednak wątpić, że przeżywał głęboko wszystko, co działo się w Polsce od początku wojny, a co zakreślało nieprzekraczalną linię pomiędzy „tu” i „tam”. Stąd wypowiedź o paryskiej „Kulturze” (list z 9. I. 1950): „Cóż za bezbrzeżna naiwność, a raczej głupota. Im się zdaje, że można błam futra schować do szafy, wyciągnąć go po 20 latach i uszyć z niego takie samo jak przedtem futro.” Ja też tak myślałem, co więcej, mówiłem to głośno, kiedy zjawiłem się w Maisons-Laffitte po mojej ucieczce, stąd okropne awantury pomiędzy mną a Giedroyciem.
Wobec przybierającego stalinowskiego mrozu, starał się siebie pocieszać: „Nie, nie ma innej drogi jak nasza, widzę to z każdym dniem wyraźniej” (ten sam list). Wtedy Francja trochę się zezłościła na nadmierne hasania wschodnich komunistów i nawet zaczęła polskich komunistów deportować – toteż Iwaszkiewicz pisze wiersz Francję atakujący. „Mój wiersz o Francji narobił trochę hałasu (raczej niedobrego!) ale ja go pisałem bardzo szczerze i z wielką pasją” (ten sam list).

*

Jarosław później, w 1954 roku napisał wiersz „Do NN”, zwrócony do mnie. Ta strofa na przykład nie pozostawia wątpliwości o kogo chodzi:

Zazdroszczę ci, żeś strząsnął ze stóp proch ojczysty,
Z ostępów się wyzwolił, żagarów wileńskich,
I stoisz ponad wszystkim, święty Kasjan czysty,
O którego spór wiedzie siedem miast nadreńskich.


Porównanie z Gałczyńskiego „Poematem dla zdrajcy” pokazuje klasę Iwaszkiewicza, który napaści ograniczył do prozy, a tutaj przyjaciela nie kopie, jedynie „palmie” przeciwstawia „sosnę mazowiecką”, śniegi, swojskość, robotników i baby, „lecz my gospodarze”. Tragiczny wiersz, lament:

I nasłuchuję, kiedy kogut krzyczy
I trzykroć płaczę, bo kur trzykroć pieje
A kończy się:
Płaczę za siebie i płaczę za Ciebie.


Słabe na ogół wiersze z „Warkocza jesieni” i z „Jutro żniwa” zasługiwałyby na staranną analizę, która wykazałaby, który z nurtów wielonurtowej przedwojennej jego poezji zapowiadał chwilową porażkę – osobiście sądzę, że „szczerościowy”, skłaniający do powierzenia się niekontrolowanym podszeptom liryzmu.
Iwaszkiewicz w swoim patriotyzmie był, jak rzekłem, sentymentalny i swojskość przeciwstawiona Zachodowi jest stałym ingredientem jego twórczości, również przed wojną, jak w „Księdze nocy”:

Nie dla nas winnic modry stok
I winnic wdzięk, i winnic sok,
A dla nas pylny owsa łan
i karczmarz Żyd, i wódki dzban.


Poczucie skazania kraju na nieszczęście i podrzędność, miłość do niego właśnie dlatego, że jest tak nieszczęsny i podrzędny, przekształca się po wojnie w przywiązanie do Polski Ludowej: jaka jest, taka jest, choć w niewoli. A gdzież inna? Dawno, za Młodej Polski, wyśmiewano taki patriotyzm:

Lepsze polskie g... w polu
Niż fijołki w Neapolu.

Niemniej, zadatki tego istnieją już w „Panu Tadeuszu” w przeciwstawieniu drzew polskich drzewom włoskim, a po 1945 roku niepostrzeżenie zrasta się to z patriotyzmem państwowym. Niekiedy tragizm losów Polski dostarcza argumentu, jak w opowiadaniu „Wzlot” polemizującym z przypadkiem Camusa.
Ludzie Zachodu – a przecie spotykał ich w tych latach mnóstwo – nie mieli oczywiście pojęcia, ile wiedzy o własnym, dobrowolnie wybranym łańcuchu w nim się kryje. Jest takie opowiadanie Hermana Melville'a, „Benito Cereno”, o buncie czarnych niewolników na przewożącym ich okręcie. Opanowują okręt i używają kapitana dla utrzymywania pozorów przy spotkaniach z innymi okrętami i podczas wizyt w portach. Ten spotyka gości przerażony, śmiertelnie blady, ale nie śmie zdradzić się ani jednym słowem, bo trzymają mu nóż pod żebrem.
Iwaszkiewicz jest wielką postacią i nikt zajmujący się literaturą polską nie potrafi go wyminąć. Nawet jeżeli wyłączyć niektóre części jego olbrzymiego rozmiarami dzieła, pozostaje dosyć, również jako świadectwo trzech epok, żeby zapewnić mu miejsce wyższe niż kogokolwiek z jego rówieśników. Jego obecność – choćby poprzez zapiski, noty, dzienniki, wspomnienia o miejscach i ludziach – była i będzie zauważalna, bo przecie wieloryba trudno przeoczyć. Nie mógłbym się więc zgodzić z tymi, którzy tak pełnego sprzeczności pisarza chcieliby zamknąć w jednej formule.

*

Źle byłoby, gdyby ten zbiór listów posłużył do rozpętania zawiści i jeszcze jednej kampanii przeciwko tym, którym w PRL-u za dobrze się wiodło, którzy swobodnie sobie podróżowali, jak Iwaszkiewicz, do Paryża, Rzymu, Wenecji, na Sycylię. W jego zresztą wypadku to już był styl życia przyjęty przed wojną i nie zmieniony po wojnie. Chciałoby się niemal wierzyć, że pewnych ludzi imają się okoliczności im przeznaczone i że dobra passa u niego, po młodości spędzonej w ubóstwie, zaczęła się w dwudziestoleciu, żeby trwać i później.
Iwaszkiewicz podróżował. Ale my, jego koledzy ze Związku Literatów, też podróżowaliśmy, nieco inaczej, bo wyjeżdżając na placówki dyplomatyczne. Ambasadorami zostali Julian Przyboś i Jerzy Putrament, posady attaché kulturalnych czy prasowych albo konsulów, dostali Tadeusz Breza, Stanisław Jerzy Lec, Czesław Miłosz, Jerzy Zagórski, Andrzej Kuśniewicz, nie pamiętam wszystkich nazwisk. Podaję te dane świadomy możliwych ataków na uległych intelektualistów. Wydają mi się one bezsensowne. Prawdopodobnie dlatego, że dożyłem późnej starości i przyjmuję biografie, łącznie ze swoją, tak jak są, nie mając do nikogo szczególnej pretensji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 9 w „TP” nr 26/1996

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl