Apokryf






Seamus Heaney

Mistrz

Mieszkał w samym sobie
jak gawron w wieży bez dachu.

Aby się zbliżyć, musiałem
piąć się coraz to wyżej po opuszczonych obwarowaniach,
nie cofając się ani nie podnosząc oczu
w poszukiwaniu oka czuwającego na straży
na blankach odosobnienia.

Wyzwalał z zacisku palców umyślnie po jednej karcie
swojej księgi nieuczestnictwa
i nie było w tym nic tajemnego: zaledwie
parę odwiecznych reguł, któreśmy wszyscy dawno
zapisali na swych szkolnych tabliczkach.
Każdy inicjał na pergaminie bezpieczny
w swojej pewności własnej masy i miary.
Na każdą maksymę dość miejsca.

Tak jak młoty i kliny, które już dowiodły
swej przydatności nieugiętą służbą w kamieniołomach.
Tak jak głazy wieńczące mur, na których można
spocząć w balsamie źródła.

Jakże tandetnie kruchy czułem się, schodząc w dół
po wystających z muru stopniach bez poręczy,
słysząc świadomy zamysł i śmiałość ryzyka
w łopocie skrzydeł nad głową.


Przeł. Stanisław Barańczak 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 9 w „TP” nr 26/1996

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl