Apokryf






Kraj/Gospodarka


Michał Zieliński

Czy Polska pozostanie prymusem reform?

W 1990 roku we wszystkich krajach postkomunistycznych zapoczątkowany został proces transformacji gospodarczej. Równocześnie ten rok po raz pierwszy dostarczył wiarygodnych danych statystycznych o sytuacji w tych krajach. Od tego roku bowiem ceny weryfikowane były przez rynek w warunkach względnie swobodnego przepływu dóbr i względnie swobodnej wymienialności pieniądza. Jakie zmiany zaszły po pięciu latach? W jakim kraju reformy przyniosły najlepsze rezultaty?



Pkb – wskaźnik zasadniczy

Odpowiedź na to pytanie rozpocznijmy od pokazania zmian podstawowego wskaźnika syntetycznego, jakim jest Produkt Krajowy Brutto. Wielu czytelników zapewne będzie tym zaskoczonych, ale jedynym krajem postkomunistycznym, który w ostatniej pięciolatce zanotował wyraźny przyrost PKB (patrz tabela 1) jest Polska. Produkt Krajowy Brutto powiększył się u nas o ok. 10%. Nie jest to wiele (ledwo 2% średniorocznie) w porównaniu z południowo-azjatyckimi tygrysami, ale znacznie lepiej niż u „pozostałych uczniów z naszej klasy”. Węgry w tym samym okresie odnotowały ledwo stabilizację PKB. Czechy, Słowacja i Bułgaria kilkunastopunktowe spadki. Gospodarka Rosji – jeżeli wierzyć rosyjskiej statystyce – skurczyła się w ciągu pięciu lat niemal o połowę.

Polska jest pierwszym z krajów RWPG, który – już w 1992 roku – wkroczył na ścieżkę wzrostu. Jest także jednym z dwóch (obok Czech) krajów, w których tempo wzrostu gospodarczego powiększa się z roku na rok. Przewaga nad południowym sąsiadem wyraża się jednak w tym, że nasz wskaźnik wzrostu jest o ok. dwa punkty procentowe wyższy.
Dane te wydają się potwierdzać dość powszechną wśród ekonomistów hipotezę, że Polska ciągle „odcina kupony” od śmiałych posunięć reformatorskich Leszka Balcerowicza. Natomiast pozostałe kraje ponoszą koszty realizacji koncepcji reform gradualnych. Wyraźnie widać, że „kara” ta jest tym większa, im bardziej zachowawcza jest polityka gospodarcza. Spadek tempa wzrostu w Słowacji pokazuje także, że nawet po wkroczeniu na ścieżkę wzrostu zahamowanie reform powoduje osłabienie dynamiki rozwojowej.

Źródła frustracji społecznej

Wzrost gospodarczy, wyrażający się powiększaniem Produktu Krajowego Brutto nie musi jednoznacznie przekładać się na zadowolenie społeczne. Nie musi i nie przekłada. Zwłaszcza w Polsce, w której bardzo trudno jest spotkać osoby zadowolone ze swojej sytuacji materialnej. Pomijając znane w świecie polskie malkontenctwo (blisko cztery miliony rodzin w Polsce stało się w ciągu ostatnich lat po raz pierwszy posiadaczami samochodów) – coś w tym musi być.
Najogólniej rzecz biorąc widać dwa źródła frustracji. Pierwsze to rozdźwięk między aspiracjami a możliwościami. Czujemy się Europejczykami z dziada pradziada. Obroniliśmy Europę i przed Turkami, i przed bolszewikami. Mimo tej niewątpliwej zasługi, standard życiowy średniozamożnego mieszkańca RP odbiega istotnie od warunków życia w krajach Wspólnoty Europejskiej.

Wystarczy powiedzieć, że przeciętne stawki płacowe są u nas ośmioktrotnie niższe niż średnia dla piętnastu krajów UE.

Z czysto ekonomicznego punktu widzenia trzeba powiedzieć „trudno – tak być musi”. Wspomniany Produkt Krajowy Brutto przypadający na jednego mieszkańca jest w Polsce pięciokrotnie niższy niż w najbogatszych krajach świata i dwukrotnie niższy niż w Grecji czy Portugalii. A skoro decydujemy się na rozbudowany system świadczeń społecznych (na przykład całkowicie niemal nieodpłatne szkolnictwo), to różnica w wysokości wynagrodzeń musi być większa niż dystans w PKB. Odległość między Polską a zachodnią Europą przez ostatnie pięć lat wprawdzie nieco się zmniejszyła, wyrównanie warunków życia nastąpić jednak może – za trzydzieści parę lat. A i to – jak dobrze pójdzie.
Drugi powód frustracji wynika z utrzymywania się dwóch negatywnych zjawisk ekonomicznych: wysokiego bezrobocia i wysokiej inflacji. Suma stopy bezrobocia i stopy inflacji daje quasi-syntetyczny wskaźnik, zwany w ekonomii wskaźnikiem dyskomfortu społecznego. Pod względem dyskomfortu społecznego sytuacja w Polsce wygląda nie tylko gorzej niż w krajach UE. Lepiej od nas prezentują się także Czechy i Słowacja. I niewielkim pocieszeniem może być tutaj fakt, że stosunkowo dobra sytuacja w Czechach jest pochodną dwóch czynników niezależnych od (dobrej skądinąd) polityki Vaclava Klausa. Czynniki te to nieco mniejsza dewastacja gospodarki przez socjalistyczną industrializację (co decyduje o mniejszej inflacji) i lepsze położenie gospodarcze. Ten drugi czynnik (w Czechach trudno znaleźć miejsce oddalone od granicy niemieckiej czy austriackiej o więcej niż półtorej godziny jazdy) spowodował ukształtowanie się bardzo specyficznej grupy społecznej – „pendlerów”, czyli osób dojeżdżających do pracy za granicą. Ta międzynarodowa „migracja wahadłowa” jest jednym z głównych czynników decydujących o tym, że Czechy praktycznie wolne są od plagi bezrobocia.

Lepiej będzie, czy już było?

Chciałbym, aby przytaczane tutaj (być może w nadmiarze) liczby dowodziły kilku bardzo ważnych tez. Na wszelki wypadek pozwolę sobie wyliczyć je – nieco szkolarską metodą – w punktach.

Primo. Jesteśmy – na tle zachodniej Europy – krajem biednym. Szkodliwym romantyzmem ekonomicznym jest domagać się, aby nasz standard życia zrównał się (najlepiej jutro) z warunkami, w jakich żyje Niemiec, Francuz czy Szwed. Gonić, i to pilnie, musimy raczej Greka, Portugalczyka czy (sic!) Turka.
Secundo. Przed pięciu laty weszliśmy na drogę takiego pościgu. I – jak na razie – posuwamy się po niej z wcale niezłą szybkością. To nie jest mało, biorąc pod uwagę, że Bułgaria, Rumunia, Ukraina i Rosja (o Białorusi już nie wspominając) drepczą ciągle w miejscu.
Tertio. Wzrost gospodarczy nigdy i nigdzie (a już na pewno nie w Polsce po czterdziestu pięciu latach gospodarki „księżycowej”) nie jest dany za darmo. Wszędzie i zawsze wymaga jeśli nie krwi i łez, to – przynajmniej – bardzo dużo potu i wyrzeczeń.
I nad tą ostatnią kwestią warto zamyślić się chwilę odpoczywając po trudach 1995 roku w świątecznym cieple domowego ogniska.
Perspektywy na przyszłość wcale nie są różowe. Rozwój w przyszłym roku wcale nie musi być taki szybki jak dzisiaj. Wynika to zarówno ze zmieniającej się sytuacji na rynkach światowych, jak też braku zdecydowanych działań w polityce wewnętrznej.
Ostatnie dwa lata to okres wyraźnego ożywienia koniunktury na Zachodzie. Pierwsza faza takich procesów charakteryzuje się zawsze wzmożonym popytem na dobra nisko przetworzone: surowce i materiały. Była to duża szansa na zwiększenie naszego eksportu i – przyznać trzeba – szansę tę udało nam się wykorzystać. Dalej już jest jednak trudniej. Zapotrzebowanie na materiały przestaje bowiem rosnąć, zastępowane większym popytem na maszyny i produkty wysokiej technologii. A pod tym względem prezentujemy solidny dziewiętnastowieczny poziom. Eksport zatem już wkrótce może przestać być lokomotywą ciągnącą wzrost produkcji.
Wewnętrzne czynniki wzrostu zależą przede wszystkim od inwestycji. Te zaś w gospodarce rynkowej opartej o prywatną własność środków produkcji są pochodną przewidywanego zysku. W pewnym uproszczeniu zatem powiedzieć można, że im bardziej prywatna będzie polska gospodarka i im mniej zysku zgarniać będzie fiskus, tym rozwój będzie szybszy.

Tutaj o optymizm trudno. Budżet państwa przejmujący – kosztem rosnących podatków i zamieniającego się na inflację deficytu – prawie połowę PKB, ciągle ukierunkowany jest głównie na finansowanie świadczeń społecznych.
Mimo trudniejszych warunków startu Czechy, Węgry oraz (tak, tak) Albania przegoniły nas pod względem wielkości sektora prywatnego. W Polsce utrzymujemy ciągle 30% majątku produkcyjnego w rękach państwa. Słowo „utrzymujemy” może być tutaj rozumiane dosłownie, bowiem są to w znacznej firmy deficytowe. Utrzymujemy – pomimo 6 mln ton węgla leżących na zwałach – nierentowne kopalnie. Utrzymujemy deficytowego Ursusa, w którym 13 tysięcy zatrudnionych produkuje 13 tysięcy traktorów rocznie. Będziemy – jak to określił premier Oleksy, „ze względów społecznych” – utrzymywać produkcję samolotów wojskowych.
Jedynie socjaliści, bardziej dogmatyczni niż europejska norma przewiduje, kwestionują fakt, że istnieje odwrotna zależność między wydatkami socjalnymi i wzrostem gospodarczym. Niby wszyscy to wiedzą, ale ciągle słyszymy żale nad biedą emerytów, rolników, robotników, pracowników sfery budżetowej. Zmowa milczenia panuje jednak nad biedą (patrz wniosek primo – powyżej) Polski. Od czasu do czasu ten pakt co do nie mówienia rzeczy nieprzyjemnych warto przerwać i powiedzieć wyraźnie – jeżeli politykę gospodarczą kierować będzie na to, aby wszyscy pomagali wszystkim, nikt nie pomoże nikomu. 
A tak na razie postępujemy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 8 w „TP” nr 52-53/1995

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl