|
Apokryf
Polityki, i w ogóle życia publicznego, nie da się zaprogramować; można mieć plany, terminarze, hasła, ale rzeczywistość je przerośnie. Miniony rok znów o tym przypomniał. Wielkie wydarzenia nie doczekały się równie wielkich finałów. Dążenia do osiągnięcia trwałego pokoju w byłej Jugosławii,
w Irlandii Północnej, na Bliskim Wschodzie nie zdołały osiągnąć pozytywnej masy krytycznej, oddalającej w sposób rozstrzygający możliwość recydywy przemocy i
nienawiści. W Polsce najważniejsze wydarzenie polityczne – drugie
w historii powszechne wybory prezydenckie –zakończyło się skandalem, jakim było wyjście na jaw krętactw zwycięzcy. Entuzjaści
prezydenta-elekta lubią go porównywać z Billem Clintonem: kandydat i kampania w stylu amerykańskim, a na dodatek sukces tym większy, że z Wałęsą wygrać było dużo trudniej niż z Bushem.
Tylko że porównanie to ma też i to do siebie, że dla sporej części Amerykanów wybór Clintona był dowodem głębokiego kryzysu politycznego
i moralnego przywództwa najpotężniejszego państwa świata. Clinton na półmetku swej prezydentury ma bardzo słabe notowania; wlecze się za nim odium związane z plamami w jego wcześniejszym życiorysie: dekowanie się przed służbą wojskową
w czasach, gdy jego pokolenie walczyło w wojnie wietnamskiej, palenie
„trawki”, wreszcie wciąż niewyjaśniona afera Whitewater. Pełna analogia
z Aleksandrem Kwaśniewskim musi więc objąć i ten wątek, rujnując już na starcie moralne referencje prezydenta
„wspólnej Polski”.
Ale prezydent Clinton jest i tak w sytuacji znacznie lepszej niż jego polski odpowiednik. Było nie było, przywódca Stanów Zjednoczonych kojarzony jest z owymi wielkimi wydarzeniami polityki międzynarodowej, o których wspomniano wyżej. Clinton ucieka od problemów wewnętrznych
w działalność na arenie międzynarodowej i odnosi sukcesy. Polski
„Clinton” mógłby czerpać z niego wzór w tej dziedzinie, oczywiście w skali regionalnej – jako kontynuator
i kreator mądrej i konsekwentnej polskiej polityki w obu jej strategicznie najważniejszych kierunkach: wobec Wschodu (WNP, Ukraina, Litwa)
i Zachodu (Niemcy, integracja europejska, Sojusz Atlantycki). A do zrobienia sporo jest też w stosunkach z Republiką Czeską, w strukturze
„wyszehradzkiej” i w „trójkącie weimarskim”.
Polityki nie da się zaprogramować: nie udało się to w Polsce, która weszła po wyborach parlamentarnych w roku 1993 w okres dryfowania i rozmiękczania reform, ani w polityce światowej, która nie tylko nie marzy już
o „dywidendzie pokoju”, ale coraz bardziej nerwowo reaguje na dynamikę procesów uruchomionych wskutek demontażu komunizmu.
Nigdzie nie widać tego tak wyraźnie, jak w gospodarce. Konwulsje, jakie przeżywa idea wspólnej waluty europejskiej, fala społecznych protestów przeciwko twardemu liberalizmowi ekipy rządzącej Francją, zadyszka prywatyzacyjna w Wielkiej Brytanii, katastrofa budżetu federalnego
w Stanach Zjednoczonych, spory wokół światowego wolnego handlu, lęk Zachodu przed gospodarczą dominacją basenu Pacyfiku – wszystko to postawiło z powrotem na wokandzie sprawę
„kapitalizmu”. Ustrój ten, nastawiony z istoty na osiąganie indywidualnego zysku
i narodowego wzrostu, nie podlega ideologizacji: nie daje się zaprogramować, tak samo jak polityka. Oznacza to, całkiem po prostu, że jest wiele
„kapitalizmów” i nie ma jakiegoś jednego modelu, dającego się narzucić wszystkim społeczeństwom, w oderwaniu od ich historii mentalnej, społecznej i gospodarczej. Co innego
„wolna amerykanka”, co innego „społeczna gospodarka rynkowa”. Europa wybiera raczej kapitalizm tego drugiego typu jako wydajniejszy i lepiej korespondujący z powszechnymi oczekiwaniami społecznymi.
*
W „Tygodniku” mijający rok zapamiętamy jako rok pięćdziesięciolecia naszego pisma; szeroki rezonas, jaki wywołał jubileusz
„TP”, był dla redakcji pewnym – miłym! – zaskoczeniem, ale także zaciągnięciem zobowiązania wobec naszych Czytelników, Współpracowników, Przyjaciół
w Polsce i na świecie. W kształtującym się po roku 1989 pluralistycznym systemie prasy
„Tygodnik” szuka swego miejsca jako bezpartyjne czasopismo soborowego otwarcia na współczesność. Ale rok 1995 zapamiętamy także jako rok niepowetowanej straty, jaką była śmierć Mieczysława Pszona; utraciliśmy także wieloletniego
i bliskiego współpracownika Andrzeja Potockiego oraz dyrektorów
administracyjnych Leszka Rzeszowskiego i Andrzeja Surzyckiego.
AS
|