|
Apokryf
Unia Europejska 1995
Jürgen Wahl
Największy ruch pokojowy XX wieku
Można powiedzieć ironicznie, że na miano
„człowieka roku 1995” zasługuje w Europie... Bill Clinton. Gdyby NATO pod jego naciskiem nie rozpoczęło ataków lotniczych na pozycje serbskie, na pewno nie doszłoby w Dayton do porozumienia pokojowego. Bez zaangażowania USA gotowałoby się nadal między Izraelczykami a Palestyńczykami (nawet jeżeli obecny
„połowiczny pokój” zbiera krwawe żniwo). Oba konflikty – Bośnia i Bliski Wschód – symbolizowały przez lata i symbolizują dalej – niezdolność Europy Zachodniej, zintegrowanej w Unii Europejskiej, do wspólnego działania w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa. Ale to nie wszystko: Bill Clinton musiał pośredniczyć nawet w negocjacjach między krajami samej Unii – bez jego nacisków nie doszłoby w Irlandii Północnej do – kruchego i czasem łamanego – zawieszenia broni.
To partner Clintona, John Major, stoi dziś na czele rządu, który robi wszystko, aby zbliżająca się konferencja
„Maastricht II” zakończyła się efektami możliwie najbardziej nijakimi. Major trzyma się kurczowo pojęcia
„suwerenności” państwa narodowego, które zawiodło w b. Jugosławii (zarówno po stronie Serbów, Bośniaków i Chorwatów, jak i w Paryżu czy Londynie).
Poszerzenie Unii o Austrię, Szwecję i Finlandię było konieczne i dążyli do niego wszyscy poważni politycy. Nastroje społeczne w tych krajach zmieniły się jednak, gdy ludzie odkryli, że członkostwo w
„brukselskiej familii” także coś kosztuje, zanim dojdzie do wypłacania dywidendy. Problemy z integracją tych trzech krajów na pewno wykorzystają przeciwnicy przyjęcia do UE Polski, Węgier i Czech, aby drzwi przed Europą Środkową otwierać wolniej – a przed innymi krajami w ogóle.
Jednak wszystko to, co napisałem powyżej, można zaliczyć do normalnych, tradycyjnych unijnych sporów. Sytuacja we Francji i bunt części społeczeństwa przeciwko proeuropejskiemu rządowi Juppé sygnalizuje natomiast, że staremu kontynentowi grozi kryzys o wiele poważniejszy. To, co już eksplodowało nad Sekwaną, dojrzewa (jeszcze) podskórnie w wielu innych państwach: we Włoszech ciągle jeszcze nie udało się zreformować tamtejszego systemu demokratycznego; z nastrojów w Wielkiej Brytanii może narodzić się nowy rząd, ale dopiero w 1997 r.; Hiszpania i inne kraje południowej
„flanki” UE żyją ponad stan i nie będą mogły uczestniczyć w planowanej unii walutowej; w Niemczech coraz słabsza staje się niewielka, ale istotna dla trwałości koalicji rządowej FDP. Wszystko to grozi klinczem.
Naturalnie tendencja ta nie pojawiła się w 1995 r. Już kilka lat temu zawiązał się szczególny, choć oczywiście nieformalny,
sojusz antyintegracyjnych sił:
prawica i narodowi konserwatyści występowali przeciwko „potworowi z Brukseli”, domagając się renacjonalizacji wspólnotowej polityki. Blokują w ten sposób kontynuowaną od 1950 r. proeuropejską linię sił z centrum politycznego spektrum. Te siły centrum muszą dziś bronić się także (co jest nowością, zarówno w formie jak i treści) przed antyintegracyjnymi atakami lewicy, która przy pomocy strajków i nierealistycznych programów gospodarczych chce ratować system rozbudowanej opieki socjalnej państwa, sprzeciwiając się koniecznym od dawna oszczędnościom – i równocześnie żądając więcej miejsc pracy!
Powody tej negatywnej tendencji były widoczne już przed przełomem 1989 roku; poszczególne kraje próbowały jednak sprostać im na własną rękę, przy pomocy tradycyjnych metod. Wśród tych powodów trzeba wymienić: szybki wzrost liczby ludzi starych w społeczeństwach zachodnich przy równoczesnym spadku liczby urodzeń (co destabilizuje system ubezpieczeń emerytalnych i opieki zdrowotnej); lawinę ustaw, które miały
„uporządkować” sferę budownictwa, ochronę środowiska, komunikację, oświatę; zamiast tego masa przepisów często zdusza dziś ludzką kreatywność; przed 1989 r. społeczeństwa tolerowały wydatki na zbrojenia, dziś większość uważa je za zbędne; rośnie gwałtownie przestępczość przy braku pieniędzy na stworzenie metod jej zwalczania; krytyczne i często nieodpowiedzialne
„staccato” mediów rujnuje zaufanie obywateli do demokratycznych polityków, hamując angażowanie się młodych ludzi w politykę (demokrację mogą niszczyć dziś nie jej wrogowie, ale brak aktywności obywateli...).
Aż do upadku komunizmu zachodni Europejczycy cedowali sprawy polityczne na wąską elitę, częściej się z niej śmiejąc niż jej złorzecząc. Bruksela była daleko, ZSRR istniał i od czasu do czasu groził, wyścig zbrojeń angażował moce produkcyjne i wydawało się, że koniunktura gospodarcza jest wieczna. Tymczasem po 1989 r. pojawiły się zjawiska nieznane i niespodziewane: rozbrojenie zrodziło bezrobocie, a rosyjska
„demokracja” – mafie. Zachód zbyt późno i za słabo zabrał się za modernizację w obliczu szturmu krajów azjatyckich na zachodnie rynki zbytu. I zamiast działać na rzecz odbudowy rynków w Europie Środkowowschodniej, niektórzy cieszą się, że między Morzem Bałtyckim a Rumunią płace są tak niskie. Na groteskę zakrawa fakt, że w tym samym momencie zachodnie związki zawodowe wierzą w możliwość utrzymania tego wszystkiego, co dotąd wywalczyły...
Jeżeli więc w 1995 r. integracja Europy posunęła się jednak trochę do przodu, należy zawdzięczać to tym niewielu politykom jak Helmut Kohl, Felipe Gonzalez, François Mitterrand czy Jacques Delors, który kierował Komisją Europejską w czasach przełomu.
Wśród pozytywnych zjawisk można wymienić fakt, że mimo wszystko Unia przyczyniła się do złagodzenia konfliktu na Bałkanach, przede wszystkim poprzez pomoc humanitarną (winą za to, że UE zawiodła tam politycznie jest zbyt słabe jeszcze zintegrowanie Europy). Unia przyczyniła się także do zintegrowania we wspólnocie wschodniej części Niemiec. Pozytywne jest, że większość krajów UE chce pogłębienia procesów integracyjnych i angażuje się w przygotowanie konferencji
„Maastricht II” (chociaż w kwestiach fundamentalnych nadal porozumienia nie ma – nawet jeżeli wszyscy są
„za”, „przeciw” jest zawsze Wielka Brytania). Widać też wyraźnie, że prawie wszystkie kraje UE
„w zasadzie” chcą rozszerzenia na Wschód, choć niestety z różnych powodów: Brytyjczycy (i ich nieliczni zwolennicy) chcieliby więcej wolnego handlu, a mniej integracji, odrzucając ujednolicenie sfery socjalnej; z kolei Niemcy i inne kraje położone w centrum Europy chcą solidnego rozszerzenia, także ze względów bezpieczeństwa. Południowi Europejczycy akceptują rozszerzenie pod warunkiem, że na nim nie stracą (co będzie dość trudne). Wreszcie: akceptacja integracji w Polsce, na Węgrzech itd. jest dziś mniejsza, choć zwiększa się tam liczba polityków zaangażowanych w Europę.
Spójrzmy w przyszłość. Mimo zawirowań w kilku ważnych krajach Zachodu, wobec Unii
nie ma dziś alternatywy.
Nie ma także alternatywy wobec unii walutowej, nawet gdyby miała ona objąć na początku tylko część obecnych członków UE. Bez motywacji, bez takiej
„lokomotywy”, słabsi partnerzy mogą zaniechać wysiłków. Jeżeli jednak
„połączonym” emocjonalnie siłom z prawicy i lewicy uda się wywołać jakąś socjalną rewolucję przeciwko
„Maastricht”, Europa „cofnie się do lat 30.” (Helmut Kohl). Mitterrand powiedział w swej mowie pożegnalnej w Parlamencie Europejskim:
„Nacjonalizm prowadzi do wojny!” I miał rację.
Polska ma tu do odegrania szczególną rolę. Zmiana w urzędzie prezydenta nie wpłynie na poglądy żadnego z zachodnich polityków. Zachód nie obawia się Aleksandra Kwaśniewskiego, jeśli już, to raczej różowo-czerwonej i zielonej nomenklatury z SLD i PSL. Polska musi utrzymać tempo dostosowania do Unii, zwłaszcza w prywatyzacji wielkiego przemysłu. Także zachodnie partie z politycznego centrum powinny rozbudowywać stałe kontakty z partnerami w Polsce. Chodzi o coś więcej niż tylko wymianę oficjalnych delegacji. Frakcja Europejskiej Partii Ludowej (czyli chadecja) w Parlamencie Europejskim złożyła już odpowiednie propozycje Unii Wolności, za pośrednictwem Fundacji im. Roberta Schumanna. Trzeba także poszerzyć współpracę między urzędami i instytucjami. Bardzo dobrze rozwija się współpraca między zachodnimi siłami zbrojnymi a armiami Polski czy Węgier. Trochę gorzej wygląda współpraca policji.
W 1995 r. Bruksela zrozumiała, że Polska i Węgry lojalnie zaakceptowały
„filozofię” UE i chcą wnieść swój wkład w powodzenie integracji. Ich stanowisko różni się od poglądów Vaclava Klausa, który powiedział, że w Brukseli chciałby
„postawić wszystko na głowie i podnieść znaczenie państwa narodowego”.
My, przekonani Europejczycy, musimy w roku 1996 dostrzec zarówno poważne zagrożenia, jak i obiecujące perspektywy. Szczególna odpowiedzialność spoczywa na Francuzach, Polakach i Niemcach. Wiedzą oni, jaki proces edukacji przeszły ich narody w XX wieku, ale też ile jest tu jeszcze do zrobienia.
Unia Europejska jest największym ruchem pokojowym tego stulecia, mimo budzących wstyd wydarzeń w Bośni. Dlaczego mielibyśmy więc nie chcieć więcej Europy? Dlaczego mielibyśmy nie uczynić czegoś sami, zamiast stale odwracać się z oczekiwaniem na to, co zrobią Amerykanie? I to pomimo tych wszystkich ciemnych chmur, które się nad nami zbierają.
Autor jest publicystą bońskiego tygodnika ,,Rheinischer Merkur”.
|