Apokryf






Tygodnik Powszechny” w latach 1945–1953


Zygmunt Kubiak

Wyzwanie i odpowiedź

Na paczce listów od Marii Wodzińskiej i jej matki Chopin napisał: „Moja bieda”. Coś podobnego można by napisać na paczce najdawniejszych roczników „Tygodnika Powszechnego”, 1945-1953: „Nasza bieda”. I to nie dlatego, że pismo miało wówczas ubogą (zresztą pełną wdzięku, dobrze przemyślaną) szatę graficzną. Nie, chodzi o coś ważniejszego. O to, że przeglądanie dawnego „Tygodnika” jest jedną z wypraw do tragicznych źródeł naszego świata, tego, w którym i dziś, w pół wieku po największym kataklizmie, żyjemy.
Co się działo w Polsce i w świecie, gdy z datą niedzieli 24 marca 1945 roku wyłaniał się spod pras drukarskich w Krakowie pierwszy numer nowego pisma? Miał on na czele takie słowa kardynała Adama Stefana Sapiehy: „Życząc pomocy Bożej i powodzenia nowemu pismu katolickiemu, przesyłam redakcji i współpracownikom arcypasterskie błogosławieństwo. Ufam, że po tyloletnim przymusowym milczeniu, myśl katolicka znajdzie w nim godny wyraz, a dusze nasze zdrowy pokarm w tych przełomowych dla Kościoła i Narodu chwilach”. – W tych słowach musiały wówczas dźwięczeć dla czytelników i patos prawdziwy, i groza.
Dopiero co, w dniach 4-11 lutego 1945, odbyła się na Krymie Konferencja Jałtańska, która narzuciła Europie i światu podział na dwa wielkie bloki; w jednym z nich umieszczono państwo o zmienionych granicach, położone między Bugiem a Odrą. W numerze 16 „Tygodnika Powszechnego” (8 lipca 1945) historyk Stanisław Kutrzeba w artykule „Jak to było w Moskwie” będzie zdawał sprawę z pertraktacji Komisji Konsultatywnej (w której uczestniczył) mającej za zadanie „reorganizację Tymczasowego Rządu Polskiego w myśl postanowień Konferencji Krymskiej”. Powstał z tego „Tymczasowy Rząd Zjednoczenia Narodowego” dla zorganizowania w Polsce wolnych wyborów – które jednak, jak wiemy, bynajmniej się nie odbyły. Jak w niejednej politycznej enuncjacji różnych ludzi w owym okresie, tak i w artykule profesora Kutrzeby nie zawsze jest nam dziś łatwo dostrzec granicę między łudzeniem się a przejawami taktycznego wishful thinking. Ale tendencja artykułu jest wyraźna: „Rozumie dobrze Polska, iż tylko jako kraj demokratyczny może się rozwijać”. Wyraźnie też odzywa się smutna świadomość ceny politycznego pozytywizmu: „Rozum musi rządzić naszym postępowaniem, naszą działalnością; musimy odrzucić wszystkie przeżytki romantyzmu, które długo i tak silnie nad nami ciążyły”.
Tak się zaczęły powojenne dziesięciolecia. Znaczenie, jakie w tych dziejach uzyskał „Tygodnik Powszechny”, polega na treści intelektualnej, którą pismo ten nie wybrany a nieunikniony pozytywizm zdołało napełnić. Można to zjawisko ująć w kategoriach Arnolda Toynbee: Challenge and Response – „Wyzwanie i odpowiedź”.
Wyzwanie było bardzo trudne. Po przeraźliwej wojnie nastały ciężkie czasy. Stawało się, już w pierwszych miesiącach istnienia nowego pisma, coraz bardziej widoczne, że wolnych wyborów w Polsce nie będzie. Kraje Europy Wschodniej i Środkowej ogarnęła wielka fala totalitarna. Dziś historycy zastanawiają się, czy Zachód mógł temu przeszkodzić, czy nie mógł. Istotne jest, że nie przeszkodził.
Całość systemu totalitarnego, który stopniowo, zresztą dosyć prędko, gęstniał, była tak masywna i spójna wewnętrznie, że wydawało się, iż będzie on trwał bardzo, bardzo długo – kto wie, czy nie zawsze. Opór zaś wobec niego był bardzo trudny nie tylko z powodów, chciałoby się rzec, technicznych (wielka była wówczas sprawność aparatu terroru), lecz także z przyczyn psychologicznych. Chodzi o to, że w takim kraju jak Polska wisiały wówczas dwa „trupy w szafie”. Jednym z nich było dziedzictwo anachronicznej struktury społecznej. Drugi zaś trup był nieporównanie straszniejszy i ział potworniejszym odorem: było nim wspomnienie świeżej grozy tej zdumiewającej – przynajmniej na tle Europy – wojny. Oświęcim był fabryką śmierci przekraczającą wszelkie wyobrażenia mordu. A przy tym wiedzieli w Polsce wszyscy (nawet dzieci), że Katyń był zbrodnią Stalina i że łagry w Rosji istnieją nadal. Tworzyło to stan osaczenia grozą. Jak bronić humanizmu w takim świecie?
W „Tygodniku Powszechnym” owych wczesnych lat porusza mię to, że nie poddaje się on uczuciu beznadziejności, lecz stara się czynić, co czynić było można. Czesław Miłosz napisze kiedyś w wierszu „O aniołach”:


Słyszałem ten głos nieraz we śnie
I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej
Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:
zaraz dzień
jeszcze jeden
zrób co możesz.


W polityce sensu stricto zrobić można było niewiele. Nadzieje na powstanie względnie niezależnej partii zostały rychło zawiedzione. Dało się tylko teoretycznie formułować zasady demokratycznego ładu społecznego, odrębnego i od anachronicznej struktury społecznej państwa przedwojennego, i od komunizmu. Będzie to czynił w wielu artykułach ks. Jan Piwowarczyk. Już w 8 numerze „Tygodnika Powszechnego” (13 maja 1945) bierze byka za rogi, pisząc o „wielkim zagadnieniu własności”: „Odrzucając indywidualizm własnościowy nie chcemy jednak popaść w drugą skrajność: w kolektywizm”. I w bezmiernie trudnej sytuacji jest on zręcznym, makiawelskim (w duchu wielkiego Machiavellego) dyplomatą, dodając: „Słusznie podniósł p. min. Skrzeszewski w jednym z pierwszych przemówień po wyzwoleniu Krakowa, że wspólna własność nie odpowiada tradycjom i charakterowi polskiego narodu”.
Obronę zasad demokratycznego ładu będzie obok ks. Piwowarczyka, a potem przejmując to dziedzictwo, prowadził Stefan Kisielewski, Kisiel, nieraz występując w imieniu „Partii Wariatów Liberałów”; humorystyczny szyld miał osłaniać felietony przed interwencją cenzury, co nie zawsze się udawało. Jak w Kongresówce bowiem czasów carskich, mogło być w prasie i książkach drukowane tylko to, co zostało dozwoleno cenzuroju, a cenzura ta, dotkliwsza od carskiej, była nie tylko polityczna, lecz także ideologiczna. Już we wczesnych numerach „Tygodnika” można dostrzec zaczątki „Ezopowego stylu” – omownego, przechytrzającego zakazy – który miał się stać dla tego pisma tak znamienny. Służył on przede wszystkim działalności w dziedzinie kultury, ta bowiem strefa korzystała z nieco większej swobody, a przez piszących została uznana za podstawową. Gdy dziś przegląda się pierwsze roczniki „Tygodnika”, rola tego niewielkiego rozmiarami, skromnego graficznie pisma w sprawach kultury jawi się jako ogromna i niepomiernie góruje nad innymi jego funkcjami. Wynikło to także z zamysłu owego grona ludzi, z trzeźwego rozpoznania, co zrobić było można.
Już w pierwszym numerze człowiek łączący nowe czasy z tradycją krakowskiej Młodej Polski, Artur Górski, w artykule „O odnowie w kulturze”, określał zasięg samego pojęcia kultury: „Kultura tkwi nie w muzeach, bibliotekach, książkach, nie w akademiach, katedrach uniwersyteckich, filharmoniach, wystawach; ona tkwi w potencjale humanizmu, jaki znachodzimy w człowieku, w nosicielu danej kultury. Dotyczy to tak sztuki jak nauki”. – Jednocześnie zaś, w tym samym numerze, Władysław Konopczyński wzywał: „Ratujmy historię” – której tak wiele dokumentów spłonęło w Warszawie, a Juliusz Osterwa w artykule pod Norwidowskim tytułem: „I ja tak widzę przyszłą w Polsce sztukę...”, opisywał kolejki, jakie w miesiąc po umilknięciu frontu stały w Krakowie przed kasą Teatru Miejskiego, „nawet w czasie słoty (...), nie mniejsze niż te znane, przed sklepami z chlebem”.
Osobliwe spotkania, budzące zamyślenie, zdarzają się nam podczas przeglądania tych wczesnych numerów. Przed chwilą zacytowałem wiersz Miłosza „O aniołach”, a oto w 3 numerze „Tygodnika” (8 kwietnia 1945) zastępuje mi drogę utwór „Aniołowie” Anny Świrszczyńskiej, nie dość pamiętanej dziś pisarki, którą właśnie Miłosz wytrwale nam przypomina, ostatnio w „Tygodniku Powszechnym” z 18-25 grudnia 1994: „Jakiegoż to gościa mieliśmy”. O aniołach pisała Świrszczyńska:


Od dawna
zatraciliśmy ciche zrozumienie dziecięce,
że przyjaźnie i słodko unosicie się wszędzie
wokół, że wasze błogie istnienia
przemieszane są w przestrzeni
z naszymi, jak gdy w melodię
wplecie się inna – piękniejsza choć ledwo 
dosłyszalna.
Ach, czujemy
że nadchodzicie. W byt nasz niższy, człowieczy
przenikając z lekkością i miłosiernie.
I z czoła śmiertelną zbrukanego męką
ocieracie nam krwawy
pot.


Obok wiersza znajdujemy w owym 3 numerze artykuł ks. Piwowarczyka „Naród Nietzschego”, zrozumiały po szoku, jakim był dla Europejczyków hitleryzm, ale niesprawiedliwy wobec tragicznego filozofa niemieckiego; obciążony też niewiedzą o tym, jak po zamilknięciu, a zwłaszcza po śmierci Fryderyka fałszowano jego teksty (ujawnił to dopiero w swych badaniach w okresie powojennym prof. Karl Schlechta, jeśli dobrze pamiętam nazwisko). Przede wszystkim zaś czytamy tu pierwszy na łamach pisma artykuł kierującego nim Jerzego Turowicza. 
Artykuł jest programowy: „Drogi do Europy”. Wojna, powiada autor, właśnie się kończy (jest to, przypomnijmy, 8 kwietnia 1945). Kiedy krwawy zamęt wreszcie dobiegnie kresu, Europa spojrzy na swoje ruiny i na krew i zapyta o sens takiego cierpienia, a raczej o drogę w przyszłość, jeśli jakakolwiek jeszcze jest. Procesu upadku kultury europejskiej autor dopatruje się w jej dziejach nowożytnych. „Stoimy dziś na olbrzymim zakręcie dziejów, wobec perspektyw gruntownej przebudowy – pisze. – Odrobić trzeba błędy epoki nowożytnej”. Po to je odrobić, aby odzyskać samą esencję europejskości, jaka się niegdyś ukształtowała też w ciężkiej niedoli, w cierpieniach „wędrówki ludów” wczesnego średniowiecza. „Trzeba – powiada Turowicz – w nowej syntezie przyswoić wiekowe doświadczenia. Trzeba przekształcić zasadniczo stosunek jednostki do zbiorowości, przesuwając wyraźnie akcent na zbiorowość, ale zarazem dając jednostce warunki do pełnego rozwoju osobowości i chroniąc ją przed naporem bezosobowych, zbiorowych sił”. 
Było wówczas coraz bardziej jawne, że „przebudowa ustroju” znajduje się w innych rękach i że zmierzała w kierunku odległym od tradycji europejskiej. Ale to samotnych Europejczyków nie wyzuwało z wszelkiej nadziei. Podobnie samotni byli niegdyś intelektualiści łacińscy w epoce wędrówki ludów. Ratunku dopatruje się autor artykułu (osłaniając swoje idee częściowo milczeniem) w tym, że fundamentalna substancja kultury może być osobliwie trwała. „Jeśli ostateczny kształt dziejów – pisze Turowicz – nie jest nam bezpośrednio dany, to właśnie dlatego, że formuje się on w infra-historycznym nurcie rzeczywistości. I ten nurt właśnie jest nam dostępny. Ten nurt to życie codzienne, praca, kultura. W nim właśnie należy rozpocząć przebudowę. Zaczynając ją od siebie, od stosunku człowieka do człowieka, od stosunku do całej rzeczywistości otaczającej. Bo w tym właśnie podziemnym nurcie historii przebiegają drogi do Europy. Byleśmy tylko umieli je odnaleźć”.
Szczególnym polem takiego pisma jak „Tygodnik” miała być oczywiście literatura. I już w pierwszym roczniku pisma określa się wyraźnie ten rodzaj literatury, jakiego będzie ono broniło, po europejsku szeroki. Hanna Malewska i Zofia Starowieyska-Morstinowa w licznych esejach piszą o wartościach artystycznych, które właśnie wobec nihilizmu, podważającego człowieczeństwo, są ważne. Jerzy Radkowski w 11 numerze (3 czerwca 1945), w artykule „Rzecz o nowej literaturze”, ostrzega przed niszczeniem literatury uproszczeniami: „Stoimy pod hasłem zwrotu sztuki ku najbliższym nam zagadnieniom życia. Strzeżmy się jednak, by się to nie odbyło kosztem zubożenia jej, rozplątania z wszelkich problemów, trudności i zagadnień; aby się nie cofnąć w porównaniu do ubiegłej, przezwyciężonej epoki. A niestety na to się zanosi. Zamiast żywej literatury, która by nam pogłębiła i rozszerzyła horyzonty wojny, tworzymy martwe szablony”.
Szablony dotyczyły nie tylko ostatniej wojny. W walce z nimi „Tygodnik Powszechny” był od samych swoich początków prawdziwie odważny. Także w strefie sporów intelektualnych brał byka za rogi. Społecznym problemom naszej literatury poświęca na przykład wiele uwag – w swojej recenzji o „Janosiku” Jalu Kurka – Antoni Gołubiew w „Tygodniku” z 9 czerwca 1946. Wymieniony przeze mnie wyżej „trup w szafie” – anachroniczna struktura społeczeństwa przedwojennego – był dla tych wileńsko-krakowskich intelektualistów całkowicie jawny. – „Czasy międzywojenne – pisze Gołubiew – stworzyły dla wsi fikcję wolności. Dały jej tylko kartę wyborczą. Chłop w masie swej nie był przygotowany, by chwycić w swe ręce ster spraw wiejskich, by opanować samorząd powiatowy i gminny, spółdzielczość, by zorganizować sprawy kulturalne, by wywrzeć decydujący wpływ na szkolnictwo”. Z tak trzeźwego rozumienia sytuacji społecznej wynika też spokojny opór wobec prób reform absurdalnych: jedną z nich była w kulturze walka z elementami „obcymi ludowi”, jej ofiarą miał paść nawet Jan Kochanowski. Wspaniały, pamiętny esej Zofii Starowieyskiej-Morstinowej w Gwiazdkowym „Tygodniku Powszechnym” (23 grudnia 1946) jest ważną datą w trudnych, mozolnych dziejach kultury polskiej po drugiej wojnie światowej: „Kochanowski był w swoim czasie – z nieistotnymi tylko różnicami, różnicami wypływającymi z odmiennych stosunków, zwyczajów i pojęć – takim samym włodarzem ziemi, jakim jest dziś chłop. Podobne miał zainteresowania, umiłowania i pojęcia. Był w nią tak samo jak chłop wrośnięty, z nią zespolony, był najdoskonalszą może emanacją polskiej wsi”. Dziwne to, że ojca poezji polskiej trzeba było wówczas bronić, ale zaiste trzeba było – i esej autorki „Kabały historii” bardzo się przyczynił do utrwalenia u nas wpływu pisarza, którego zwie ona „wielkim kmieciem z Czarnolasu”.
Aby przypomnieć, jaki był poziom krytyki literackiej, do której nas przyzwyczaił ówczesny „Tygodnik Powszechny”, nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania jeszcze fragmentu artykułu tej samej autorki o dwóch pierwszych jeszcze częściach Gołubiewowego „Bolesława Chrobrego” („Polska szumiąca puszczą” – w numerze z 1 czerwca 1947), o metodzie konstruowania epiki: „Takie nagłe zgarnięcie w garść wszystkich nici opowiadania przypomina trochę gotycką architekturę, gdzie cienkie nitki żebrowań zbiegają się w jedno ognisko, a potem z koncentrującego je węzła rozbiegają się na wszelkie strony. Jest też znakomitym środkiem konstrukcyjnym. Tak np. na początku rozdziału zatytułowanego »Księstwo w garści« widzimy taką olbrzymią panoramę, panoramę równocześnie dziejących się scen powieściowych. Panorama ta jest zarazem jakby kanwą konstrukcyjną. Tak też z lotu ptaka oglądamy cały kraj razem z pszczołą odbywającą swój ślubny lot. Tak zobaczywszy posłańca, którego wysłał Bolesław, widzimy i cały raid gwiaździsty tych posłów, którzy myśl i rządy księcia rozwozili po całym kraju”.
Na obszarze zagadnień malarstwa będzie tej krytyce towarzyszył swoimi artykułami przede wszystkim Jacek Woźniakowski. Czytając na przykład jego esej „Malarstwo i światopoglądy” („Tygodnik Powszechny” z 3 lutego 1953) zarówno podziwiamy sposób, w jaki broni on prawdziwego malarstwa, jak i zdumiewamy się, że było ono tak zagrożone. Najbardziej jednak wystawiona była na ataki literatura. Wprost trudno jest dziś uwierzyć, że o spektaklu komedii Musseta „Nie trzeba się zarzekać” ukazał się w jednej z gazet krakowskich artykuł pod tytułem: „Dlaczego i dla kogo” (zob. notę w rubryce „Bez ogródek” – „Tygodnik Powszechny” z 24 czerwca 1951). Krakowski bastion przy ulicy Wiślnej nie słabnął, pomimo restrykcji cenzury. Nastrój tego pisma jest też pełen powagi, z pola widzenia piszących nigdy nie znika groza epoki. W numerze z 2 listopada 1947 widzimy na pierwszej stronicy fotografię Krucyfiksu wyrytego paznokciem na tynku ściany podziemnego bunkra w bloku 11 w obozie w Oświęcimiu; a nad nim wersy Juliusza Słowackiego o Krzyżu. W numerze z 17 sierpnia znajdziemy piękny esej Woźniakowskiego o poezji Tadeusza Gajcego: „...jesteśmy też spadkobiercami tamtych ofiar i tamtych nie dokończonych prac”.
Trudny nieraz do pojęcia czar literatury polskiej – ciągle trwa w tym niewielkim rozmiarami, dziś zmuszającym nas do ostrożnego odwracania kruchych kart, piśmie. Poematy Andrzeja Jawienia (dziś: Jana Pawła II); poemat „Matka” w numerze z 10 grudnia 1950. Znakomita proza epicka Hanny Malewskiej, Jana Józefa Szczepańskiego, Jana Parandowskiego, Ksawerego Pruszyńskiego. Eseje Andrzeja Bobkowskiego, Bolesława Micińskiego, Gustawa Morcinka (mającego wówczas najlepszy okres swego pisarstwa – niezapomniane są jego wędrówki po Rzymie, jak i wędrówki Romana Brandstaettera po Capri i Asyżu). Znakomite ówczesne pisarstwo Pawła Jasienicy, jego pochylenie się nad starymi kamieniami („Tygodnik Powszechny” z 13 listopada 1949): „Ubóstwo. A dostojeństwo większe niźli w wawelskiej katedrze. Bo ten krąg surowego kamienia – to przecie trzeba ocenić – jest zarodkiem, zawiązkiem całej polskiej kultury”. – Wspaniałe wędrówki Hanny Malewskiej po europejskim średniowieczu, jej przyjaźń z „budowniczym wśród ruin” i zakonnikami z irlandzkiej wyspy. Zawsze nowe teksty Juliusza Kleinera, Stanisława Pigonia i Konrada Górskiego o polskich romantykach. Znakomite eseje Przemysława Mroczkowskiego, wspaniale wtajemniczające czytelników w wielkie nurty kultury angielskiej; na przykład „Jeremiasz w Hollywood” (o Waughu, w numerze z 11 września 1949) albo „Newman o prawach kultury – w 150. rocznicę urodzin” (z 19 sierpnia 1951); zauważmy na marginesie, że w roku 1990 upłynęła setna rocznica odejścia Newmana – niemal nie dostrzeżona u nas; w numerze z 21 września 1947 esejowi Mroczkowskiego o europejskich dociekaniach Christophera Dawsona pięknie towarzyszyły rozważania Parandowskiego o „Cahiers intimes” Anatola France’a. Bezcenne, syntetyczne eseje Marii Morstin-Górskiej, jak „Dwie rocznice” (o Chopinie, z przejmującą jego fotografią, i Słowackim, w numerze z 16 października 1949) i świetna panorama: „50 lat literatury w Europie” (z 1 lipca 1951). Samo też spotykanie się autorów i tematów nieraz nas czaruje: w numerze z 23 maja 1948, otwartym esejem Ludwika Hieronima Morstina „Sylwetka duchowa Leopolda Staffa” i kilkoma utworami autora „Barwy miodu”, znajdujemy dokończenie jednego z arcydzieł Jana Parandowskiego, „Rozmowy z cieniem” (o Horacym). Kiedy zaś cenzura stawała się w miarę gęstnienia totalizmu coraz dotkliwsza, redakcja 30 marca 1952 opublikowała numer eskapistyczny, poświęcony Tatrom. Ale numer to świetny, jeden z najlepszych, jakie się ukazały.
Dawny „Tygodnik Powszechny” miał wówczas przed sobą tylko rok dalszego istnienia, bo śmierć despoty w marcu 1953 w zaskakujący sposób spowodowała też zamknięcie pisma, które mu nie złożyło hołdu. Na kilka miesięcy przed końcem ukazał się, 16 listopada 1952, numer czterechsetny, pomimo cenzury bogaty, z listem prymasa Wyszyńskiego, z prozą Gołubiewa, ze świetnym esejem Stanisława Stommy o Podfilipskim i Jana Paczuskiego o Krzysztofie Baczyńskim; ach, znajduję tu też szkic niżej podpisanego „O drogocennym »pięknoduchowstwie«” – o czytaniu Pisma Świętego w artystycznym, żarliwym i pokornym duchu Chateaubrianda; i oczywiście felieton Kisiela „Cztery setki”.
Czego dokonał ten dawny „Tygodnik Powszechny”? Bezmiernie ważnej rzeczy: ocalił ciągłość literatury i kultury polskiej. Czynił to jednocześnie z pismami emigracyjnymi, które wówczas do nas z wielkim trudem docierały: londyńskimi „Wiadomościami” Mieczysława Grydzewskiego (od roku 1946, po wojennych „Wiadomościach Polskich” z lat 1939-40 w Paryżu, i z lat 1940-44 w Londynie) i paryską „Kulturą” Jerzego Giedroycia (od 1947). Nawet emigracyjnych pisarzy, jak Józefa Wittlina, Andrzeja Bobkowskiego, udawało się w „Tygodniku Powszechnym” drukować. Najważniejsze jednak jest to, że w duchu swoim nawiązywał do tradycji kultury polskiej sprzed wielkiego kataklizmu. Myślę, że to w szczególny sposób czytelników czarowało. Ze wzruszeniem spotykali nawet odwoływanie się (w numerze z 10 kwietnia 1949, w rubryce „Bez ogródek”) do słynnych przed wojną komiksów Agapita Krupki. Ale największą wagę miały związki najbardziej substancjalne. To na przykład, że Wacław Borowy potrafił w numerze z 22 sierpnia 1948 odpierać od swojej książki o poezji XVIII wieku ataki ideologów tak spokojnie i pewnie, jak to się czyniło w Polsce dwudziestolecia. Albo że redaktorzy pisma, nie zgadzając się z wieloma tezami André Gide˛’a, umieli gorąco go bronić przed pomówieniami o „burżuazyjny cynizm”. Już w numerze z 16 września 1945, komentując obrady Związku Literatów w artykule „Po zjeździe pisarzy”, Jerzy Turowicz napisał, co myśli o prostackich atakach na literaturę naszego międzywojennego dwudziestolecia: że zasługują tylko na śmiech. I formułował program pisma: „Literatura, szerzej mówiąc, sztuka – ma służyć człowiekowi. Nie partii, nie programowi politycznemu, bo te rzeczy przemijają, a człowiek zostaje. Sztuka ma służyć człowiekowi, to znaczy ma służyć ludzkości i narodowi”. Jeszcze w numerze z 7 grudnia 1952, w ciężkim już bardzo okresie, Józefa Golmont („Żołędzie i ogrody, czyli nieco o krytyce”) i Stefan Kisielewski („Refleksje polonistyczne”) wspaniale bronią rozsądku przed szaleństwem, jakie się kłębiło na VI Zjeździe Młodych w Poznaniu. W krytyce – pisze Józefa Golmont – „trzeba umieć nie zakładać sobie, co się chce znaleźć, i trzeba umieć dostrzec odrębny sposób tworzenia każdego pisarza”. 
Rozmaite urzekające sposoby tworzenia prezentowało to zmagające się z tyloma trudnościami pismo. Niejeden czytelnik na pewno pamięta olśnienie, jakiego doznał czytając już 22 numer „Tygodnika Powszechnego” (19 sierpnia 1945), gdzie na dwóch kolumnach roztoczyła się zachwycająca „Wędrówka” Hanny Malewskiej, fragment powieści z XIII wieku „Kamienie wołać będą”, ukończonej w roku 1939, a jeszcze nie wydanej wówczas, płat prozy godnej „Żywych kamieni” Wacława Berenta.
Dziś możemy położyć na stole obok siebie te trzy pisma: krakowski „Tygodnik Powszechny”, londyńskie „Wiadomości”, paryską „Kulturę”. Autentyczna linia dziejów literatury polskiej została ocalona. Jest to zasługa olbrzymia, wielki owoc spokojnego uporu. Uratowano związek nie tylko z dawnymi dziejami Europy, z Italią, Francją, Irlandią. Przechowano dziedzictwo ojców i dziadów, wielką problematykę Młodej Polski i poufałość ze wspaniałą literaturą naszego dwudziestolecia, której jeszcze ciągle nie potrafimy cenić tak, jak powinniśmy; potomni się tego nauczą.


Warszawa, 21 lutego 1995 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     

     

     























„Apokryf” nr 7 w „TP” nr 15/1995

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl