
Dlaczego warto otworzyć dostęp
do polskiej adwokatury
Nieliczni, niedostępni,
nietani
MICHAŁ KŁACZYŃSKI
W całej Polsce
jest dziś tylu adwokatów, ile w jednym dużym mieście w
Niemczech. Albo inaczej: osiem razy mniej niż w samej tylko
stolicy USA. Polska adwokatura działa na zasadzie średniowiecznego
cechu. Negatywne skutki tego zamknięcia – także
finansowe – odczuwają niemal wszyscy, którzy potrzebują
pomocy prawnej. Dlatego nie jest to tylko problem tysięcy młodych
prawników, pozbawionych szans na zawód adwokata. To także
problem społeczny: dostęp do wymiaru sprawiedliwości staje się
iluzoryczny bez fachowej i powszechnej pomocy prawnej.
W miniony wtorek
Trybunał Konstytucyjny orzekł, że uzależnienie wpisu na listę
adwokatów od kwalifikacji moralnych jest zgodne z Konstytucją
i nie ogranicza prawa do wykonywania tego zawodu. Trybunał
odpowiadał na konkretną skargę, nie zajął się więc innymi
ograniczeniami dostępu do tej profesji, które w oczywisty sposób
Konstytucję naruszają. Ale po kolei.
Jednym z kłopotów demokracji w Polsce jest niewydolność
wymiaru sprawiedliwości. Dla wielu Polaków dostęp do sądu
jest iluzoryczny, co dotyka każdej dziedziny życia i podważa
zaufanie obywateli do instytucji państwa. Powodem są nie tylko
warunki organizacyjne i kadrowe sądów oraz brak pieniędzy:
zapaść sądownictwa wiąże się też z niedostatecznym dostępem
do pomocy prawnej, czyli do usług adwokatów. Ich zakres i jakość
nie odpowiada potrzebom społecznym. Większość adwokatów
trudni się tzw. ogólną praktyką, a ceny ich usług –
choć wielokrotnie niższe od honorariów ich najlepiej opłacanych
kolegów – są i tak zbyt wysokie wobec możliwości
finansowych przeciętnych obywateli. Adwokatów jest bowiem za
mało – i to również prowadzi do szkodliwego społecznie
zamknięcia wymiaru sprawiedliwości dla osób, których na
adwokata nie stać.
ADWOKAT: ZAWÓD ZAMKNIĘTY
W Polsce jest kilkanaście szkół wyższych kształcących
prawników. Co roku każdą kończy kilkuset magistrów. Jednak
droga do praktyki prawniczej jest dla nich zamknięta. Warunkiem
uzyskania uprawnień adwokata jest odbycie aplikacji
(kilkuletniego szkolenia) i zdanie egzaminu adwokackiego.
Szkolenie przyszłych adwokatów prowadzą okręgowe rady
adwokackie, które ustalają też zasady naboru na aplikację.
Samorząd adwokacki ustala też co roku limity przyjęć; np. w
2000 r. Okręgowa Rada Adwokacka w Krakowie ustaliła, że na
aplikację przyjętych zostanie 20 osób, spośród 116 kandydatów.
Zdających byłoby więcej, gdyby nie powszechne wśród studentów
prawa przekonanie, że dostanie się na aplikację graniczy z
cudem (i konieczność wniesienia wysokiej opłaty
egzaminacyjnej). Zatem tylko 20 spośród kilkuset absolwentów
prawa UJ w 2000 r. miało szansę zostać adwokatami. W skali całego
kraju osób, którym uniemożliwiono wykonywanie zawodu zgodnego
z ich wykształceniem, są tysiące. Ich wiedza i talenty mogłyby
służyć społeczeństwu, gdyby dopuszczenie ich do adwokatury
nie godziło w interes osób już wykonujących ten zawód.
Interes 8 tysięcy adwokatów – tylko tylu ich jest w
Polsce – przeważa więc nad interesem całego społeczeństwa,
jakim jest zapewnienie powszechnego dostępu do kompetentnej
pomocy prawnej.
Marginalizacja tysięcy młodych prawników niczym z pozoru nie
grozi: nie zablokują dróg jak rolnicy, nie będą demonstrować
pod Sejmem jak górnicy, większość nawet nie zabierze
otwarcie głosu. Każdy ma nadzieję, że kiedyś dostanie się
na tę wymarzoną aplikację, jeśli nie w tym roku, to w następnym...
A tym, którym się nie powiedzie, pozostaje zmiana zawodu. Jaki
jest zatem sens w kształceniu przez państwo prawników, którzy
nie będą wykonywać profesji, do której przygotowywali się
przez pięć lat niełatwych studiów?
DZIECI I SZTUKA
Źródłem frustracji młodych prawników jest też powszechnie
przekonanie, że przegrywają konkurencję z dziećmi adwokatów.
Pogląd ten potwierdzają zresztą... wypowiedzi przedstawicieli
samorządu adwokackiego. „Może się zdarzyć, że z dwóch
kandydatów, którzy wykażą się identycznymi kwalifikacjami,
komisja wybierze dziecko adwokata. Z przeglądu dokumentów
egzaminacyjnych mogę stwierdzić, że jest na aplikacjach lekka
nadreprezentacja dzieci adwokatów, ale egzamin jest uczciwy: ma
część pisemną, a z części ustnej sporządzany jest protokół”
– mówił Stanisław Rymar, prezes Naczelnej Rady
Adwokackiej („Gazeta Wyborcza” z 12 marca).
To, co dla mec. Rymara „może się zdarzyć”, nie
dziwi Andrzeja Kubasa, wiceprezesa Naczelnej Rady: „Uważam,
że nie ma niczego złego, jeżeli spośród dwóch równych
kandydatów – równych podkreślam – samorząd
wybierze dziecko adwokata. Bo dziedziczenie tradycji zawodowych
nie jest czymś nagannym” – mówił Kubas
(„Prawo i życie”, listopad 2001). Podkreślając,
że wybrać dziecko adwokata można tylko spośród dwóch równych
kandydatów, mec. Kubas daje do zrozumienia, że system naboru
jest sprawiedliwy: aby się dostać, wystarczy być lepszym od
dziecka adwokata.
Mec. Rymar sądzi z kolei, że gwarancją uczciwości naboru
jest protokół z części ustnej i wprowadzenie części
pisemnej. Odmienne stanowisko prezentuje Lech Ławrowski,
dziekan krakowskiej rady adwokackiej: „Zrezygnowaliśmy z
egzaminu pisemnego, bo słaby wynik testu uniemożliwiał przystąpienie
kandydata do części ustnej i przekreślał szanse wielu bardzo
dobrych kandydatów” („Gazeta Krakowska” z 15
marca). Przedstawiciele adwokatury zgodni są natomiast, że
system naboru jest uczciwy i słuszny, i że nie ma potrzeby
zmian.
Tymczasem zmiany są potrzebne – choć trzeba przyznać,
że problem określony przez mec. Rymara jako „lekka
nadreprezentacja dzieci adwokatów” ma znaczenie
marginalne. Zamknięcie adwokatury nie bierze się z
przyjmowania dzieci adwokatów, ale z limitów przyjęć.
Przyjmowanie 20 aplikantów – niezależnie od liczby i
kwalifikacji kandydatów – sprawia, że pozostali nie
zostaną adwokatami. Kwestia, czy dwudziestka szczęśliwców
została wyłoniona uczciwie, jest ważka moralnie, ale obojętna
z punktu widzenia tych, którym wstępu odmówiono.
Wreszcie egzamin. Obejmuje on sprawdzian wiedzy ogólnej i
orientacji kandydata w dziedzictwie kultury europejskiej.
Pytania z historii, literatury, filmu, malarstwa albo znajomości
paremii łacińskich wydają się luźno (jeśli w ogóle) związane
z kwalifikacjami do tego zawodu. A są przypadki, że to...
autorzy pytań wykazują ignorancję. Np. w teście na aplikację
w Krakowie (listopad 2000) znalazło się pytanie o autora
obrazu „Śniadanie na trawie”. Należało wskazać
jedną odpowiedź spośród: E. Delacroix, E. Manet i C. Monet.
Autor pytania chyba pobieżnie znał malarstwo impresjonistów,
bo obraz o tym tytule namalował tak Manet (w 1862-63 r.), jak
Monet (1866 r.). Po co wymagać znajomości historii sztuki od
kandydatów, skoro wykonujący zawód świetnie sobie radzą bez
niej?
JEDEN NA 5 TYSIĘCY
Problemu zamknięcia swej profesji nie dostrzega samorząd
adwokacki. „Jeżeli stworzymy możliwość dostępu do
zawodu wszystkich osób, to samorząd nie będzie miał możliwości
czuwania nad ich kwalifikacjami, zrodzi się niezdrowa
konkurencja. Nieograniczony dostęp do zawodu jest niemożliwy,
bo samorząd nie ma możliwości technicznych szkolenia tak
wielu adwokatów” – mówił Lech Ławrowski. Mecenas
myli interes adwokatów z interesem publicznym. Przecież
otwarcie dostępu do adwokatury nie oznacza obniżenia standardu
usług i pojawienia się „niezdrowej konkurencji”, w
odróżnieniu od aktualnej – w rozumieniu adwokatów
„zdrowej” – ale przeciwnie: zapewni mechanizm
podnoszenia jakości i przestrzegania zasad etyki.
O ile stanowisko samorządu zrozumieć łatwo – dąży on
do ograniczenia konkurencji – to trudno pojąć, dlaczego
problem bagatelizuje minister sprawiedliwości. Na pytanie Jacka
Żakowskiego, co sądzi o faktycznym monopolu na usługi
adwokackie, Barbara Piwnik odpowiedziała: „Myślę, że
gdyby pan przeprowadził dziś sondaż i zapytał, czy najważniejszą
sprawą jest dostępność do zawodu adwokata, to jeśli chodzi
o wymiar sprawiedliwości, myślę, że wyniki tej sondy pokazałyby,
że możemy porozmawiać o czymś innym” (Radio Zet, 12
marca). Wynika z tego, że dla pani minister problem dostępu do
pomocy prawnej, przyszłości absolwentów prawa i sprzeczne z
Konstytucją praktyki samorządu adwokackiego – to
zagadnienia marginalne.
Oczywiście, w Polsce jest za mało sędziów, kuratorów sądowych,
policjantów, prokuratorów, pracowników administracji sądów
i służby więziennej. Jednak w żadnej z tych grup (może z
wyjątkiem kuratorów) dysproporcja między potrzebami społecznymi
a jej liczebnością nie jest tak rażąca, jak ma to miejsce z
palestrą. Jak 8 tysięcy adwokatów ma zapewnić pomoc prawną
dla 40 mln obywateli? Jak możliwa jest reprezentacja stron w
procesie, jeśli na jednego sędziego przypada jeden adwokat (w
2001 r. w sądach orzekało 7614 sędziów)?
W mniejszych miejscowościach ta – i tak szokująca
– proporcja między liczbą adwokatów i sędziów jest wręcz
porażająca. W sądzie rejonowym w kilkunastotysięcznym małopolskim
Brzesku orzeka 11 sędziów, gdy adwokatów jest tylko dwóch
(trzeci z figurujących w spisie ma biuro w Krakowie). Oznacza
to, że z 11 toczących się jednocześnie rozpraw pełnomocnicy
stron mogą brać udział tylko w jednej.
KONKURENCJA – NIE W POLSCE
Statystycznie na jednego adwokata przypada w Polsce 5 tys.
klientów, faktycznie – w mniejszych ośrodkach –
nawet kilkanaście tysięcy. Jeśli założyć, że każdy
potrzebuje w ciągu roku jednej prostej porady, wymagającej dwóch
godzin konsultacji, przeciętny adwokat musiałby pracować
rocznie 10 tys. godzin. Daje to liczbę ok. 42 godzin pracy
dziennie, przy pięciodniowym tygodniu pracy i bez urlopu.
Wniosek: adwokatów powinno być w Polsce 40-50 tys. (na jednego
przypadałoby wtedy ok. tysiąca potencjalnych klientów).
Niektórzy argumentują, że lukę w dostępie do pomocy prawnej
zapełnią radcowie, których jest ok. 20 tys. Argument jest
jednak chybiony. Po pierwsze, wyłącznie adwokaci są
uprawnieni do występowania w sprawach rodzinnych i karnych, a
takie stanowią większość społecznego zapotrzebowania. Po
drugie, większość radców pracuje w firmach, nie prowadząc
kancelarii. Po trzecie, kancelarie radców zajmują się zwykle
sprawami gospodarczymi. Bez znaczącego powiększenia liczby
adwokatów nie można myśleć o reformie wymiaru sprawiedliwości
i zapewnienia dostępu obywatela do sądu w podstawowym choćby
zakresie.
Zamknięty zawód rządzi się specyficznymi prawami. Brak
konkurencji między adwokatami prowadzi do tego, że nie warto
podnosić jakości usług ani obniżać ich ceny. Organy samorządu
adwokackiego nie są w stanie egzekwować przestrzegania
wysokich standardów etycznych przez swych członków. Skoro
izby liczą po kilkudziesięciu adwokatów, którzy znają się
osobiście, postępowania dyscyplinarne siłą rzeczy nie mogą
być efektywne. Niespotykane jest występowanie przeciw
adwokatowi przez klienta poszkodowanego w wyniku błędu w
sztuce tego ostatniego. Nie dlatego, że błędy adwokatom się
nie zdarzają. Po prostu: kto wystąpi przeciw koledze?
Inaczej jest w Niemczech albo w Stanach Zjednoczonych. W samym
tylko Frankfurcie nad Menem jest 8 tys. adwokatów i rocznie
przybywa dwustu nowych. A jeśli izba adwokacka liczy kilka-
kilkadziesiąt tysięcy członków – w stolicy USA,
Washington D.C., palestra liczy 70 tys. adwokatów, a orzeka tam
300 sędziów – to klient łatwo znajdzie adwokata, który
poprowadzi jego sprawę przeciw innemu adwokatowi. Wpływa to
zbawiennie na profesjonalizm usług i etykę zawodu.
KTO OTWORZY ADWOKATURĘ
Naiwnością byłoby oczekiwanie, że samorząd adwokacki zmieni
zasady naboru i zrezygnuje z kontroli liczby konkurentów, napływających
do zawodu. Również stanowisko ministra nie pozwala wiązać
nadziei z wykonywaniem przezeń nadzoru nad samorządami.
Rzecznik Praw Obywatelskich od roku czeka na rozpatrzenie przez
ministra (kolejno: Kaczyńskiego, Iwanickiego i Piwnik) wniosku
o uchylenie wszystkich uchwał samorządów zawodowych adwokatów,
radców i notariuszy, wprowadzających limity przyjęć na
aplikacje, jako niezgodnych z Konstytucją.
Zainteresowanym zmianą systemu pozostaje droga sądowa. A można
wykazać, że ustalenie limitu przyjęć na aplikację adwokacką
narusza Konstytucję. Sprzeczne z nią jest samo przyznanie
samorządowi prawa do ustalania zasad dopuszczania do zawodu:
Konstytucja wskazuje, że do zadań samorządu należy
reprezentowanie osób wykonujących zawód i sprawowanie pieczy
nad jego wykonywaniem. Granicą działania samorządu jest
ochrona interesu publicznego. A ograniczanie liczby adwokatów
owszem ochrania, ale wykonujących dziś ten zawód.
Konstytucja zapewnia też swobodę wyboru i wykonywania zawodu.
Może ona podlegać tylko takim ograniczeniom, jakie dopuszcza
ustawa zasadnicza – ograniczenie takie musi być
ustanowione przepisem rangi ustawowej (a nie uchwałą samorządu),
a ponadto musi „być konieczne w demokratycznym państwie
dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla
ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej albo wolności
i praw innych osób”. Nie ma tu miejsca na ekonomiczny
interes adwokatów.
Tymczasem otwarcie rynku usług prawniczych i tak nastąpi: po
przystąpieniu Polski do UE zostanie on otwarty dla adwokatów z
państw Unii, zgodnie z zasadami swobód rynku wewnętrznego.
Europejski Trybunał Sprawiedliwości wypowiadał się w tej
kwestii, przyjmując stosowanie tych zasad również do zawodu
adwokata. Wkrótce łatwiej będzie więc uzyskać prawo do
wykonywania w Polsce tego zawodu prawnikowi niemieckiemu,
czeskiemu czy włoskiemu, niż absolwentowi polskiej uczelni.
Przystąpienie do Unii stworzy więc konkurencję, której
samorząd adwokacki stara się za wszelką cenę uniknąć. O
ile jednak polscy adwokaci są przygotowani do konkurowania ze
swoimi młodymi kolegami po aplikacji, to konkurencja ze strony
prawników francuskich czy angielskich może odebrać im
lukratywne sprawy. Wzmocnienie rodzimej palestry przez
przyjmowanie prawników młodych, znających języki, orientujących
się w prawie europejskim i międzynarodowym – oraz
intensywne kształcenie obecnych adwokatów – przyniosłoby
lepsze efekty niż polityka krótkowzroczna. Bo polska
adwokatura i tak straci monopol – tylko nie na rzecz Polaków.
Autor (ur. 1973) jest
prawnikiem, współpracownikiem Polsko-Niemieckiego Centrum
Prawa Bankowego UJ oraz Ośrodka Praw Człowieka UJ. Prowadzi też
zajęcia w Szkole Prawa Polskiego w Tarnopolu (Ukraina).
Naczelny Sąd Administracyjny rozpoznaje właśnie (w
rozszerzonym składzie) jego skargę, w której domaga się
stwierdzenia nieważności decyzji o odmowie wpisu na listę
aplikantów adwokackich w Krakowie jako niezgodnej z Konstytucją.
|